Ogłoszony w poniedziałek "Manifest kontrrewolucyjny" zapowiada m.in. walkę o teatr "opowieści uniwersalnych, bliskich każdemu człowiekowi", który "nie wstydzi się wzruszenia", "pyta o kluczowe etapy ludzkiego życia i związane z nimi problemy", docenia rolę "artystycznego kunsztu" w kontrze do panującego w polskim teatrze "nadętego bełkotu". Legnicki teatr rozpoczyna trzyletni projekt artystyczny "Teatr Opowieści", w ramach którego spektakle wyreżyserują m.in. Piotr Cieplak, Agnieszka Glińska i Ondrej Spisak. Wkrótce do 40 tys. legniczan trafią ulotki z instrukcją oswajania teatru, a już dziś na ulicach wiszą billboardy z hasłem "Masz najlepszy teatr w Polsce. Dlaczego w nim jeszcze nie byłeś?"
Rozmowa z Jackiem Głombem Magda Piekarska: Przeciwko komu ta kontrrewolucja? Jacek Głomb*: Nie dam się namówić na żadne personalne prztyczki. Jeżeli się czemuś przeciwstawiamy, to światu dekompozycji, kolaży, performance'ów, jaj, który dominuje nie tylko we współczesnym teatrze, ale i całej kulturze. To jest fatalne. Widzom coraz trudniej jest się z takim stanem rzeczy identyfikować. Występujemy przeciw tego typu praktykom, często opartym na artystycznej hochsztaplerce. Ale nie chcę się bawić w towarzyskie wycieczki, mnie interesuje system wartości, który tutaj zapisaliśmy i w zgodzie z którym chcemy działać.
To przejaw frustracji? Teatr Modrzejewskiej po okresie znakomitej festiwalowej passy sprzed kilku lat dziś pod tym względem ustępuje miejsca innym scenom. - To dziwne pytanie. Gdyby przez ostatnich pięć lat nasz teatr był kompletnie nieobecny na mapie Polski, miałbym prawo czuć się odsunięty na boczny tor. Manifest powstał na podstawie obserwacji rzeczywistości i zmęczenia faktem, że rządzą nami mody, że ważniejsze jest "bycie na fali" niż oryginalność i własna droga.
Nie walczę, żeby modny teatr zepchnąć do kąta, ale żeby reflektor kierować w inną stronę. Teatr jest zjawiskiem dużo bardziej różnorodnym, niżby się wydawało na podstawie
lektury recenzji w ogólnopolskich gazetach i znajomości festiwalowych werdyktów. Nie występujemy przeciwko komuś, ale w obronie indywidualistów, którzy jednoczą się w tym projekcie po to, żeby mieć większą siłę przebicia. Oczywiście, mam świadomość, że
moda jest dziś gdzie indziej. Ale chcę i będę dopominał się o sens odmiennych artystycznych wypowiedzi, szukam autorskiej drogi.
Dziś w modzie są spektakle Strzępki i Demirskiego, Klaty, Garbaczewskiego. - Tak. To oni wygrywają rankingi krytyków i festiwale. I reprezentują modę na pewien świat w teatrze, a ja uważam, że moda sztuce nie służy. Dlatego chcę wydeptać własną, indywidualną ścieżkę. Opartą na ludzkiej opowieści, na historii z początkiem, środkiem i końcem, z bohaterem i czytelnym dla widza sensem.
Ale przecież spektakle tych reżyserów to zupełnie inne światy. Strzępka, tak jak Wojcieszek w "Made in Poland", jednym z największych sukcesów pana teatru, tworzy pełne gniewu autorskie wypowiedzi o współczesnej Polsce. - Proszę nie łapać mnie na te nazwiska - nasz bunt ma pozytywny przekaz. Nie chodzi o to, żeby Klata i Strzępka robili mniej spektakli. Nie jestem naiwny, nie sądzę, że jednym manifestem uda mi się zmienić obraz życia teatralnego w Polsce. Ale wierzę, że uda się spowodować, że przestanie obowiązywać tu jedna możliwa preferencja - skierowana w stronę teatralnej mody. Poza wszystkim "Made in Poland" to był klasyczny teatr opowieści...
Wśród modnych spektakli jeżdżących po festiwalach są "III Furie" w reżyserii Marcina Libera zrealizowane w Teatrze Modrzejewskiej. - Nigdy w życiu nie nazwałbym tego przedstawienia teatrem opowieści, co nie znaczy, że się z nim nie identyfikuję. Jednocześnie przyznaję - tak, to jest rodzaj teatru modnego. Moim zdaniem jednak sukces ogólnopolski to jedna sprawa, a konsekwencja linii artystycznej i odpowiedzialność wobec widzów - druga.
A ich oczekiwania tak bardzo się rozjeżdżają z wymaganiami jurorów teatralnych festiwali? - Tak. Festiwale i ich werdykty kompletnie nie mają wpływu na wybory publiczności. To jest branża, moda, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Co nie znaczy, że bronię dziewiętnastowiecznego myślenia o rampie i czwartej ścianie. Przeciwstawiam się tylko udawaniu, że mówi się do ludzi, kiedy w istocie mówi się do kolegów z branży lub profesorów z uniwersytetów.
Nie próbuje pan zawracać wody w rzece? Może ta tradycyjna formuła już się wyczerpała? - Kiedy mówimy "tradycyjna", od razu przychodzi na myśl "Nad Niemnem", więc może nie używajmy tego słowa. A co do moich usiłowań, jestem przekonany, że trzeba próbować tę wodę w rzece zawrócić. Jeżeli nie będziemy w teatrze zadawać elementarnych pytań, pozostaniemy w punkcie, w którym jesteśmy teraz. I wciąż będzie panował jeden powszechnie obowiązujący styl. Ja, jako człowiek, który chce zbawiać świat z pomocą teatru, muszę wobec tego zjawiska zabrać głos.
"Niezblazowani widzowie z całej Polski, łączcie się" - czytam w manifeście. Ten zblazowany wstydzi się przyznać, że król jest nagi? - Ale to już dotarło do każdej dziedziny sztuki i nie tylko sztuki. I także do teatru. Opowiem pani anegdotę - niedawno dyrektor jednego z modnych teatrów oznajmił, że domaga się środków od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na program edukacyjny dla widzów, żeby zrozumieli, o co w tym teatrze chodzi. Bo widzowie nie rozumieją i on wobec tego uważa, że trzeba ich uczyć, jak mają ten teatr rozumieć. Ja nie mam zamiaru widza uczyć. Widz prowadzi dialog z tym, co się dzieje na scenie. My nie możemy wobec niego mieć jakichkolwiek roszczeń. A tak się, niestety, dzieje. Na festiwalu w Zabrzu w przerwie jednego ze spektakli z teatru wyszła połowa widzów. I z zaskoczeniem usłyszałem, że dla jego twórców jest to powód do radości, bo rzekomo tak właśnie, w totalnej kontrze do widowni, powinno się robić teatr. To jest dla mnie paranoja. Teatr zawsze był w przymierzu z widownią. To nie znaczy, że miał jej schlebiać. My z widzami rozmawiamy, prowokujemy ich, intrygujemy, zadajemy pytania, rozśmieszamy, wzruszamy, ale wszystko to w przymierzu z nimi. Nigdy nie powiedziałbym, że to fantastycznie, że ludzie wyszli z teatru.