http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Film "Moja łódź podwodna". Pierwsza miłość, pierwszy seks, pierwsza rozpacz

Paweł T. Felis
2012-01-27, ostatnia aktualizacja 2012-01-30 13:43

Moja łódź podwodna
Moja łódź podwodna
fot. zdjęcia promocyjne

Od dziś w kinach "Moja łódź podwodna" Richarda Ayoade. Błyskotliwy film-drobiazg, który obnaża mit młodości i zarazem próbuje go obronić

Moja łódź podwodna
fot. zdjęcia promocyjne
Moja łódź podwodna
Moja łódź podwodna
fot. zdjęcia promocyjne
Moja łódź podwodna
Kiedy Oliver Tate (Craig Roberts znakomicie balansujący na granicy realizmu i groteski) przesiaduje znudzony na lekcjach, lubi wyobrażać sobie własną śmierć. Koledzy i koleżanki rzewnie po nim płaczą, boisko przyozdobione jest kwiatami, w podkręcaną przez media żałobę wpada niemal cały kraj. Ale Tate, jak dotąd, żyje. I to życiem, po którym aż takiej wyrwy by raczej nie było.

W szkole wyzywają go od "pedałów" albo uznają za niewidocznego. W domu traktowany bywa jako nieszkodliwy dziwak, na którego rodzice patrzą z bezradnym dystansem. W miłości jest żółtodziobem i czym prędzej chciałby to zmienić. Jego uwagę przykuwa koleżanka Jordana (Yasmin Paige), ale trudno nie odnieść wrażenia, że od niej ważniejsze jest to, by w ogóle się w kimś zakochać.



Debiutujący jako reżyser filmu fabularnego 35-letni angielski komik Richard Ayoade wie, na czym powinna polegać słodko-gorzka opowieść o inicjacji. W historii Tate'a, który przemawia z offu jak wyjątkowo świadomy narrator, pomieścił nadwrażliwość i wyobcowanie, humor i nostalgię, pierwszą miłość, pierwszy seks i odkrycie, że świat dorosłych bywa bardziej groteskowy niż świat nastolatków. Ale "Moja łódź podwodna" to nie tylko smakowita komedia o dorastaniu. Najważniejszym tematem okazuje się tu teatr, który z mniejszą lub większą klasą odgrywamy na co dzień.

Rodzice Olivera wyglądają jak ekscentryczne figury neurotyków wyjęte z dawnych lat. W tym świecie nie ma telefonów komórkowych, listy pisze się ręcznie lub na maszynie do pisania, a wyznacznikiem młodzieńczej mody są gustownie skrojone płaszcze. Nie jesteśmy pewni, czy akcja rozgrywa się w latach 80., 70., czy w odrealnionej współczesności. Ważniejsze jest jednak co innego: cały ten świat utkany jest z filmowych i literackich nawiązań, wyobrażeń i tęsknot.

Reżyserski cudzysłów zderza się jednak z perspektywą nastoletniego bohatera. To on jest prawdziwym autorem tej historii, który swoją rozczarowującą banałem młodość próbuje upiększyć, usensownić, zmitologizować. Gdy chce po raz pierwszy iść do łóżka z Jordaną, zakłada krawat i szykuje różowe baloniki. Gdy mówi rodzicom o swojej miłości, dostaje od ojca kasetę z gotowym zestawem piosenek, by słuchać ich, gdy jest zakochany i gdy prędzej czy później z dziewczyną się rozstanie. "To jednak ty! A przecież jak w filmie powinnaś się odwrócić i być kimś innym" - mówi Oliver do Jordany, kiedy spotyka ją na plaży. Bo wszystko, co nie jest "jak z filmu", wydaje mu się nie dość ładne.

Nie przypadkiem jednak dziewczyna bohatera wszelkiej romantyczności i sentymentalizmu nie znosi. Sympatyczna powiastka, jaką jest "Moja łódź podwodna", kryje bowiem całkiem trzeźwą myśl, że wszystkie te płynące z ekranu tęskne muzyczne ballady, pieczołowicie rozpisane monologi i dialogi, zwolnione ujęcia i cudne krajobrazy to jedynie piękne kłamstwa. Mityczne "ubranie" dla rzeczywistości, która sama do mitu nie dorasta.

Oliver obserwuje przecież systematycznie, jak umiera miłość jego rodziców, a matka (Sally Hawkins, pamiętna Poppy z "Happy-Go-Lucky" Mike'a Leigh) naiwnie czepia się iluzji zakochania i romansuje z dawną miłością ze szkolnych lat. W domu nastolatek niby wydaje się kochany, ale zamiast czułości widzimy raczej oschłą opiekę sprowadzającą się do powtarzanych mechanicznie rytuałów. Jeśli coś trzyma ludzi razem, dowodzi reżyser, to spektakl udawania. Terror konwencji, w której na autentyczność nie ma miejsca.

"Skoro już się ze sobą przespaliśmy, powinniśmy teraz znaleźć jakieś wspólne zainteresowania" - tłumaczy Jordanie Tate. Przewrotny, ironiczny ton filmu kapitalnie rozbraja młodzieńcze mity, ale zarazem uporczywie próbuje ich bronić. Przekłuwa balon złudzeń, każe traktować je podejrzliwie, a jednocześnie nie może się bez nich obejść.

Nastoletniego Olivera reżyser kreuje w pewnym sensie na samozwańczego artystę, który wie, że prawdziwe życie, autentyczne inicjacyjne wzloty i upadki nie są ważne. Liczy się tylko to, czy można z nich zbudować prywatną opowieść - może nieco zafałszowaną, może opartą na iluzjach. Ale niezbędną, by nie dać się stłamsić rzeczywistości i nie wpaść w rozpacz.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Sposób na to, żebyśmy chcieli pracować dłużej?

Każdy pracujący Szwed dostaje co roku ''pomarańczową kopertę''. Tak ma być też w Polsce