Od piątku w kinach "Człowiek na krawędzi" Asgera Letha. To kino rozrywkowe o potencjalnym samobójcy i tajemnicy pewnego sejfu. W sam raz na zimowy weekend
fot. zdjęcia promocyjne
Człowiek na krawędzi
W tym zręcznym thrillerze, na szczęście bez artystycznych pretensji, poza samą fabułą liczy się też sposób jej przedstawienia. Oglądamy tu faceta (Sam Worthington), który zjawia się w hotelu na Manhattanie. Dostaje pokój na wysokim piętrze, zjada obfite śniadanie i... wychodzi przez okno, stając na gzymsie, kilkadziesiąt metrów nad ziemią.
Zauważony z ulicy wywołuje panikę - ludzie boją się, że skoczy. Pojawia się straż pożarna, rozkładająca na bruku ogromny materac, i policja. A my z retrospekcji dowiadujemy się, kim jest desperat. To Nick Cassidy, były policjant, odsiadujący wyrok 25 lat więzienia, obecnie na przepustce. Nie od razu dowiadujemy się, za co siedzi. Słyszymy natomiast, że Cassidy domaga się wezwania policjantki Lydii Mercer (Elizabeth Banks). To profesjonalna negocjatorka, zresztą w kiepskiej formie, bo gość, z którym ostatnio negocjowała, jednak skoczył i się zabił.
Scenariusz "Człowieka na krawędzi" ma dwie zalety - jest dynamiczny i tak skonstruowany, byśmy powoli dowiadywali się, o co naprawdę chodzi Cassidy'emu. Ta wiedza jest związana z pojawieniem się kolejnych postaci: młodszego brata bohatera Joeya (Jamie Bell), z którym Nick jest skłócony, dziewczyny brata, przeklinającej po hiszpańsku Angie (Genesis Rodriguez), oraz bogacza Davida Englandera (Ed Harris), którego nie odstępuje na krok pokorna asystentka (Pooja Kumar).
Wkrótce akcja zaczyna się rozwijać po czterech torach: Cassidy rozmawia z Mercer, brat z dziewczyną robią swoje, bogacz planuje kolejny zarobek, a pod hotelem tłum krzyczy do Nicka: "No skacz, nie rób sobie jaj", co oczywiście rejestrują ekipy telewizyjne. Na przykładzie reporterki przed kamerą (Kyra Sedgwick) mamy tu skądinąd jaskrawy dowód na "kreowanie rzeczywistości" przez media.
Poza śledzeniem akcji "Człowiek na krawędzi" daje kinomaniakowi również inną przyjemność. Już w trakcie projekcji można się niezobowiązująco zastanawiać, jakie są jego słabe punkty. Trochę za łatwo udaje się tu np. otworzyć pewien sejf. Najpierw nasłuchamy się sporo o różnych zabezpieczeniach i czujnikach, a potem szast-prast i po kłopocie. Poza tym psychologicznie wątpliwe wydaje się założenie, że człowiek, który odkrywa, że nie zdołano mu ukraść z sejfu czegoś wyjątkowo dlań cennego, sam to coś z sejfu od razu musi wyciągnąć i schować do kieszeni.
Oglądając "Człowieka na krawędzi", szybko zrozumiemy także, według jakiego wzoru sklecono jego obsadę. W roli głównej - Worthington, aktor modny, bo wylansowany przez "Avatara". Harrisowi jako czarnemu charakterowi wystarczy kilka scen, by oddać charyzmę postaci. Do tego dwie ślicznoty - asystentką złego jest była miss Indii, a Angie to Latynoska o takiej figurze, że daj Boże zdrowie. Osobiście żałuję, że tak mało czasu spędza na ekranie policjant Jack Dougherty grany przez Edwarda Burnsa, gdyż wyjątkowo lubię tego aktora o chropawym głosie. Do każdego filmu wnosi inteligentną ironię. Podoba mi się także to, że "Człowiek na krawędzi" ucieka przed polityczną poprawnością decydującą o tym, że ostatnio w amerykańskiej fabule czarnoskóra postać to musi być dobra postać.
O inscenizacyjnej biegłości autorów świadczy m.in. moment zderzenia samochodu z pędzącym pociągiem, zwłaszcza jeśli porównać go z identycznymi scenami w kinie polskim, choćby w "80 milionach" Krzystka. No i ciekawe jest, że ten thriller nakręcił syn znanego (i ambitnego) duńskiego dokumentalisty Jorgena Letha. Cóż on, u diabła, robi w Hollywoodzie? I co jego tata na to?