Czyli jak pewien australijski artysta za sprawą jednej piosenki stał się gwiazdą sieci, aby chwilę później zamienić się w obśmiewanego internetowego mema
"Gotye" wpisane do Google'a daje ponad 22 mln wyników. Podobnie jest z jego piosenką "Somebody That I Used to Know". Wystarczy wpisać do wyszukiwarki samo "somebody", a pełny tytuł numeru Gotyego wskakuje w podpowiedziach na pierwszym miejscu. Nawet przed tak często wykorzystywanym w muzyce pop zwrotem jak "somebody to love" (hity o takim tytule nagrali m.in. Queen i legenda psychodelii lat 60. Jefferson Airplane). Efekt wyszukiwania całego tytułu - ponad 100 mln adresów.
Imponująco wyglądają też statystyki YouTube'a. Najpopularniejszą wersję klipu z "Somebody That I Used to Know" obejrzało już prawie 50 mln widzów. Liczby nie kłamią. Gotye to w tej chwili być może najpopularniejszy artysta na świecie. Przynajmniej w internecie.
Naprawdę nazywa się Wouter "Wally" De Backer. Urodził się 32 lata temu w Belgii, ale gdy jeszcze był dzieckiem, jego rodzice przeprowadzili się do Australii. Na antypodach już od jakiegoś czasu jest cenionym muzykiem alternatywnym - podporą tria The Basics, od dziewięciu lat występującym też solo jako Gotye. Gra nieźle na fortepianie i perkusji (od tego instrumentu zaczęło się jego wówczas jeszcze nastoletnie muzykowanie), sam realizuje nagrania i produkuje płyty. Z zespołem i solo do tej pory nagrał w sumie siedem albumów. Pięciokrotnie zdobył nagrodę ARIA - australijski odpowiednik Grammy.
Poza rodzinną Australią był jednak znany tylko najbardziej zagorzałym tropicielom muzycznych ciekawostek. Aż do lata ubiegłego roku, gdy zakończył pracę nad swoim ostatnim jak dotąd albumem "Making Mirrors". Płyta ukazała się w Australii w sierpniu ubiegłego roku (polską premierę będzie miała na początku lutego). Wcześniej w mediach pojawił się promujący ją singiel "Somebody That I Used to Know". W serwisie YouTube charakterystyczny klip do piosenki, w którym rozebrany do naga Gotye oraz partnerująca mu nowozelandzka wokalistka Kimbra pokrywani są abstrakcyjnymi, geometrycznymi malunkami, oglądać można od 5 lipca ub.r. Tego dnia zaczęła się oszałamiająca kariera zarówno samego wokalisty, jak i jego utworu. Już kilka tygodni później media zaczęły przebąkiwać o internetowym fenomenie. 23 sierpnia australijski portal Junioronline.com.au opublikował wywiad z wokalistą, w którym wspomina on o swej gwałtownie rosnącej popularności w sieci. Jako dowód podaje, że w ciągu zaledwie paru tygodni "Somebody That I Used to Know" obejrzało ponad półtora miliona widzów. - Rzeczywiście wokół tej płyty jest sporo dobrej energii i wygląda na to, że sporo ludzi chce jej posłuchać - mówił wówczas Gotye. Piosenka wylądowała na szczycie australijskiej listy przebojów i utrzymywała się na nim przez sześć kolejnych tygodni. Najdłużej od czasu hitu formacji Savage Garden "Truly Madly Deeply" z 1997 r. W sumie singiel kupiło prawie pół miliona Australijczyków. Wkrótce zamiast o "dobrej energii" Gotye w wywiadach zaczął mówić o "prawdziwym szaleństwie". Popularność utworu przekroczyła granice kontynentów. Numer pojawił się na listach przebojów w Belgii, Holandii, Niemczech i Austrii. Także w Polsce. Gwałtowna kariera piosenki zaczęła się u nas od portali społecznościowych. "Somebody That I Used to Know" grały niektóre stacje radiowe, ale łatwiej było dowiedzieć się o istnieniu Gotye, oglądając jego klip wrzucony na profil przez jakiegoś znajomego na Facebooku. To nie przypadek, że na YouTubie pod klipem do utworu przez wiele tygodni jako najpopularniejszy widniał polski komentarz: "Polacy przejmują tę piosenkę" (znak czasów - ostatnio zastąpiło go hasło: "Polacy są zajęci sprawą ACTA"). "Somebody That I Used to Know" to w Polsce wielki przebój. Dowodem choćby lista przebojów radiowej "Trójki". Utwór pojawił się na niej po raz pierwszy 16 września ubiegłego roku. Od razu na miejscu ósmym. Tydzień później był już na szczycie. Pozostawał numerem jeden przez następne pięć tygodni. Potem spadł, aby znów na nie wrócić. I tak od kilku miesięcy nieustannie faluje. W najnowszym jak dotąd zestawieniu z 20 stycznia znów jest na pozycji pierwszej.
Gwałtowne kariery za sprawą jednej piosenki to nic nadzwyczajnego. Lista zaskakujących gwiazd znikąd jest długa i rośnie od wielu dekad. Czasem taki hit potrafi na długo wprowadzić artystę do światowej pierwszej ligi (najbardziej jaskrawe przykłady to Nirvana i "Smells Like Teen Spirit" czy Radiohead i "Creep"). Częściej jednak niszczy jego karierę i zamienia w bohatera jednego przeboju, a samą piosenkę - w muzyczną pocztówkę, która na zawsze już kojarzyć się będzie z jakimiś konkretnymi wakacjami czy karnawałem. Ten mechanizm działał w czasach przed internetem. Sprawdza się i teraz, gdy to sieć narzuca trendy. "Somebody That I Used to Know" łatwo uznać właśnie za wzorcowy przykład siły internetowego medium i możliwości wirusowej reklamy.
Internet jako narzędzie promocji muzyki to jednak broń obosieczna. Wszystko dzieje się w nim szybciej, a reakcje słuchaczy są gwałtowniejsze. Wirusowa reklama świetnie kreuje przebój. Google Trends na hasło "Gotye" wyświetla spektakularny wykres, który obrazuje liczbę wyszukiwań dotyczących Australijczyka na osi czasowej. Gdy w lipcu ubiegłego roku do sieci trafił klip z "Somebody That I Used to Know", krzywa wystrzeliła nieomal pionowo do góry - nowo pozyskani fani zachęceni obrazkiem, który zobaczyli u znajomych w portalu społecznościowym, sami chcieli znaleźć jakieś informacje o wykonawcy piosenki. Tak zaczyna się popularność. Na tym też może się kończyć. Atrakcyjny obrazek to przepustka do zdobycia uwagi internautów. Ale niekoniecznie gwarancja sprzedaży płyt. Przekonał się o tym choćby zespół OK Go, który całą swoją promocję oparł na kapitalnych pomysłach na klipy. Najsłynniejszy to ten do numeru "Here It Goes Again", w którym czterej muzycy grupy prezentują zaskakujący układ choreograficzny na bieżniach z klubu fitness. Ogromna popularność klipu, do którego internauci przesyłali sobie linki (do dziś - ponad 11 mln widzów), wcale nie dała grupie wielkiego sukcesu komercyjnego.
Po promocję w stylu viral sięgali tak uznani wykonawcy jak M.I.A. czy grupa Fall Out Boy. Internet jednak z niezwykłą łatwością homogenizuje przenoszone treści. To nie ich wirusowe kampanie zapadły w pamięć internautom, lecz spontaniczne rozpowszechniane muzyczne filmiki z amatorami w roli głównej. Jak na przykład niedawno Rebecca Black i jej okrzyknięty najgorszą piosenką w dziejach muzyki pop "Friday".
A wcześniej ciemnoskóry Tay Zonday śpiewający dziwacznie niskim głosem utwór "Chocolate Rain".
Albo słynne "Numa Numa" sprzed lat, czyli pochodzący z New Jersey Gary Brolsma szalejący przed kamerą do piosenki mołdawskiej grupy O-Zone "Dragostea din tei". Potrzeba było dopiero tego filmiku, żeby Ameryka dowiedziała się o istnieniu takiego europejskiego przeboju.
Internetowy viral żyje własnym życiem. Im bardziej jest popularny, tym więcej wywołuje mutacji, zacierając granicę pomiędzy tym, co artystycznie znaczące, a zwykłym internetowym wygłupem. Popularność Gotyego przekroczyła właśnie masę krytyczną. Razem z liczbą odsłon oryginalnego klipu "Somebody That I Used to Know" rosnąć zaczęła też liczba parodii, przeróbek i żartów z piosenki. Cover w wykonaniu kanadyjskiej grupy Walk Off the World, w którym pięcioro członków zespołu śpiewa numer Gotyego, grając na jednej gitarze, można jeszcze uznać za swoisty wyraz sympatii dla talentu Australijczyka.
Ale już przeróbka klipu na opowieść o chłopaku, który przesadził z alkoholem na balandze i obudził się nagi, jaką przygotowali twórcy australijskiego programu telewizyjnego "The Riff" to już ewidentna kpina.
Popularność Gotyego zaczęła też irytować Polaków. Od haseł typu "Kto z moich znajomych wrzuci numer Gotyego na swoją ścianę, dostanie bejsbolem", przez dowcipy w stylu "- Puk, puk! - Kto tam? - Somebody That I Used to Know", aż po wypróbowany w dziesiątkach innych internetowych żartów patent - fragment filmu "Upadek", w którym do monologu Hitlera uwięzionego w berlińskim bunkrze podłożono napisy sugerujące, że führer wścieka się na wieść o popularności australijskiego muzyka na Facebooku - polska sieć kpi na potęgę z Gotyego i "Somebody That I Used to Know". Australijczyk i jego przebój stali się internetowym memem (tekstem, zdjęciem czy filmem, który lawinowo obrasta spontanicznymi, najczęściej ironicznymi lub prześmiewczymi cytowaniami lub przeróbkami).
To kolejna pułapka internetu, który nie tylko zrównuje ze sobą traktujących muzykę poważnie artystów z amatorskimi klipami, ale też muzykę w ogóle z innymi wytworami sieciowej popkultury. Gotye i jego teledysk jako internetowy mem przestaje się specjalnie różnić od takich hitów jak brzdąc, który po wyjściu od dentysty nie może dojść do siebie po znieczuleniu czy kichająca mała panda. O wskakującym do pudełka kocie Maru nie wspominając. Sprowadzony do poziomu mema Gotye może liczyć raczej na to, że zostanie zapamiętany jako sieciowy fenomen, a nie gwiazda muzyki. Ktoś z internautów być może zauważy, że poza "Somebody..." Australijczyk ma parę innych piosenek. Ktoś inny zwróci uwagę, że śpiewająca z Australijczykiem Kimbra nagrywa własną, świetną muzykę. Ale cała reszta internautów znajdzie sobie nowych bohaterów na kolejny przebój sieci. Pierwsza kandydatka już jest. Wywołuje furorę klipem pod tytułem "My First Hardcore Song", w którym z zapałem do ultraczadowej gitarowej muzyki wykrzykuje, że kocha swojego psa i rybki z akwarium, choć śmierdzą. Nazywa się Juliet, ma osiem lat i podobnie jak Gotye jest z Australii.