"Kordian", wg Juliusza Słowackiego reż. Szymon Kaczmarek, scen. Kaja Migdałek Narodowy Stary Teatr w Krakowie, premiera 21 stycznia
Coraz łatwiej wyobrazić sobie koszyk kulturalny osoby rozważającej eutanazję. DVD z filmem "Code Blue" Urszuli Antoniak, kolekcja książek Houellebecqa, a od soboty do zestawu można dołączyć bilet na spektakl "Kordian" w Starym Teatrze.
Krakowska scena narodowa pod dyrekcją Mikołaja Grabowskiego zapełniła się klasycznymi lekturami. "Kordian" w reżyserii Szymona Kaczmarka (ur. 1986) znalazł się w repertuarze obok Mickiewiczowskiego "Pana Tadeusza" (w reż. Grabowskiego), wielogodzinnej "Trylogii" Sienkiewicza (reż. Jan Klata), "Odprawy posłów greckich" Kochanowskiego (reż. Michał Zadara). Nie były to spektakle dla fanów stylu Hoffmana czy Wajdy. Reżyserzy nie ukrywali, że teksty powstały w odległych epokach, próbowali jednak zrozumieć, co te epoki kształtowało i jak one wciąż wpływają na współczesność. Zadara eksponował dźwiękową obcość staropolszczyzny, Klata zdumiewał się polskim instynktem autodestrukcji "za sprawę". Grabowski tęsknił za wartościami.
Szymon Kaczmarek nie odczytywał "Kordiana" na nowo. Nie użył tekstu Słowackiego z 1833 r. do interpretacji aktualnej sytuacji w Polsce. Potraktował dramat jako element koszmarnego koncertu życzeń, którego sparaliżowany Stary Kordian (Adam Nawojczyk) żąda od swoich najbliższych. Zgromadzeni w surowym wnętrzu loftu goście przedwczesnej stypy mają umilić umierającemu ostatnie chwile przed eutanazją. Za pomocą cytatów z kultury wysokiej wprawiają go w odpowiednio dramatyczny i podniosły nastrój. Młody Kordian (Szymon Czacki), Matka (Beata Paluch), Ojciec (Jacek Romanowski), Ksiądz (Zbigniew Ruciński) i Laura (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik) odczytują mu ulubione kawałki romantycznego tekstu na role. Z głośników audiofilskiego sprzętu dobiegają pieśni Schuberta.
Młody Kordian ściąga z półek lektury uzupełniające - w eseju Ortegi y Gasseta wyszukuje zgrabny fragment o duchowej wyższości jednostek niedopasowanych do prymitywnego świata. Dyskutuje się o okrucieństwie przyrody, przywołując burzowy klimat obrazów Caspara Davida Friedricha.
Stary Kordian siedzi nieruchomo na wózku inwalidzkim. Mikroport przy jego ustach przypomina rurkę tlenową.
Na swoją egzekucję wybrał szczególne wnętrze. To ruina zrewitalizowana tak, by niszczała nadal, ale w sposób starannie zaprojektowany. Z surowej ściany zadają się osypywać precyzyjnie wykrojone bloki. Pod ścianą czeka tanatron - urządzenie, które uwolni do żył Starego Kordiana środek znieczulający i pavulon. Wystarczy, że samobójca pociągnie zębami za sznurek.
Wśród utrwalonych w polskiej tradycji scenicznej wesel, pogrzebów i styp, podobnej uroczystości eutanazyjnej faktycznie brakowało. Przy okazji ślubu musi pojawić się "Ave Maria", na wesela śpiewa się "Windą do nieba" Dwa Plus Jeden. Czemu by nie ustanowić nowego zwyczaju i na pożegnaniu "przedeutanazyjnym" nie przeczytać "Kordiana" na głosy?
W niezwykłym spektaklu "Ostrzeżenie przed przyszłością" (festiwal Dialog '05 we Wrocławiu) szwajcarski reżyser Christoph Marthaler kreślił wizję społeczeństwa zalecającego "eutanazję jako obowiązek każdego odpowiedzialnego obywatela po sześćdziesiątce". Przedstawienie zostało przyjęte jako wypowiedź zatroskanego humanisty, patrzącego z ironią i niepokojem na świat Zachodu. Świat, w którym zanikają stare wartości moralne i konwencje, przetrwała za to wiara w konieczność "ulepszania" gatunku ludzkiego, eliminowania wszystkiego, co obciąża społeczeństwo. Dziś o eutanazji rozmawia się innym językiem, do tego stopnia, że czasem wydaje się ona naturalnym, zdroworozsądkowym wyborem dla tych, którzy osiągnęli pewien graniczny stopień cierpienia i samotności. Bądź cynizmu.
Scenariusz tego spektaklu jest niewątpliwie bardzo elegancki. Wielu mogłoby zdecydować się, by odejść w ten sposób. Jednak próby dosłownego odczytywania poszczególnych fragmentów tekstu Słowackiego nie osłabiają patosu, wprowadzają za to zakłopotanie. Czy każdy żart faktycznie musi być aż tak ciężki? Gdy Młody Kordian czyta tekst Szatana i nazywając się "zapaleńcem", zapala zioło w fifce, absurd osiąga kulminację.
Szymon Kaczmarek uzasadniał swój pomysł, podkreślając, że cały dramat dotyczy przecież "pragnienia śmierci". Nie powiedział jednak nic nowego o powodach współczesnej rezygnacji z życia. Ani o hipokryzji społeczeństwa zabraniającego eutanazji osobom skazanym na dożywotni ból. Pokazał, jak absurdalnie może brzmieć tekst użyty w formie banalnego rekwizytu mającego stworzyć nastrój, a nie sens. Przygotował też grunt pod dalsze dosłowne interpretacje dzieł klasycznych na scenach narodowych. Bo skoro "Kordian" jest o samobójstwie, to "Hamlet" zapewne o deratyzacji ("Cóż to? Szczur! Bij, zabij szczura!"), a niderlandzkie martwe natury - o wazonach.