* fake - ang. fałszywyBrytyjski "Guardian" bez namysłu namaścił 25-letnią amerykańską wokalistkę Lanę Del Rey na największą gwiazdę nadchodzącego roku. Wystarczyła zaledwie jedna piosenka "Video Games", zapowiadająca album "Born to Die", który ukaże się 27 stycznia. Krytycy muzyczni z tego dziennika uznali ją w swoim głosowaniu za najlepszą kompozycję minionego sezonu.
Brytyjczycy zapałali do tego utworu szczególną atencją. I to bez względu na wyznawane na co dzień muzyczne gusty. Podobną opinię co "Guardian" wydali także autorzy pisujący do "New Musical Express" - wyspiarskiej biblii muzyki niezależnej. Tylko ten jeden utwór sprawił, że do swojego programu "Later... with Jools Holland" Lanę zaprosił słynny prezenter telewizyjny Jools Holland. To był wyjątkowo prestiżowy występ - zaśpiewała m.in. obok Petera Gabriela.
Urokowi jej głosu uległ też świat mody. "Video Games" we wrześniu pojawiało się jako ścieżka dźwiękowa do pokazów Londyńskiego Tygodnia Mody, a sama wokalistka podpisała kontrakt z działającą na całym świecie agencją modelek Next.
Urodzona pod Nowym Jorkiem Lana została dostrzeżona także we własnym kraju. Magazyn "Rolling Stone" okrzyknął ją "wschodzącą gwiazdą internetowego popu", a twórcy popularnego programu rozrywkowego "Saturday Night Live" zaprosili ją do zaśpiewania dwóch piosenek na żywo. Rozpisywali się o niej zarówno alternatywni blogerzy, jak i autorzy giganta muzycznego podziemia - wyznaczającego nowe trendy chicagowskiego portalu Pitchfork Media. Gdy Lana w końcu ogłosiła daty pierwszych koncertów w Nowym Jorku, zainteresowanie było tak duże, że bilety wyprzedano w ciągu kilku minut, a występy trzeba było przenieść do znacznie większych sal.
Ekstremalna pin-up girl Łatwo zrozumieć ten entuzjazm. Del Rey jest idealnym materiałem na nową gwiazdę alternatywnego popu, a jej
piosenki robią duże wrażenie. "Video Games" to piękna, stonowana, stylizowana wyraźnie na lata 60. kompozycja, która znakomicie pasuje do niezwykle modnej obecnie estetyki retropopu. Tym jednym utworem Del Rey ustawiła się obok najważniejszych reprezentantek tego stylu - Amy
Winehouse czy Adele.
Swoje aspiracje potwierdziła kolejnymi numerami. Jej drugi oficjalny singel "Born to Die" także przywołuje na myśl lata 60. To numer, w którym słychać echa klasycznych, z lekka sentymentalnych ballad z tamtej dekady w rodzaju "Crying Game" Dave'a Berry'ego czy "You Don't Have To Say You Love Me" Dusty Springfield. Inna piosenka "Blue Jeans" ma w sobie urok i dramaturgię znaną choćby z niezapomnianego numeru Chrisa Isaaka "Wicked Game" z końca lat 80., wówczas również stylizowanego na retro. Bardziej dynamiczny utwór "Off to the Races" kapitalnie miesza słodkie, nieco archaiczne brzmienia instrumentów smyczkowych z nowoczesnym popem i rytmiką pożyczoną z jak najbardziej współczesnych nagrań r'n'b.
Del Rey świetnie wypada jako wykonawczyni. Ma dziewczęcy głos, który urokliwie się łamie, gdy popada w wysokie rejestry. Ale równocześnie potrafi śpiewać bardzo nisko, zmysłowo mrucząc do mikrofonu kolejne wersy. Kapitalnie współgra to z jej image'em, w którym sprytnie łączy nieomal nastoletnią niewinność z erotyczną prowokacją. Włosy ułożone we fryzurę z lat 60., lekko przymknięte oczy i przede wszystkim wydęte zmysłowo usta - taką Laną zainteresowały się media, nazywając ją "ekstremalną pin-up girl" czy "Nancy Sinatrą w stylu gangsta". Taką zachwycili się też internauci, gdy latem ubiegłego roku klip do "Video Games" trafił do sieci.
Historia tej piosenki to wzorcowy przykład alternatywnego, wirusowego marketingu. Bez udziału stacji radiowych czy koncernu płytowego numer dotarł do tysięcy fanów na całym świecie, którzy linkowali go na swoich stronach albo wrzucali na profile w portalach społecznościowych. Posklejany z fragmentów starych filmów teledysk znakomicie pasował do tej formy promocji. Del Rey w wywiadach mówiła, że jak przystało na alternatywną artystkę, swoje klipy produkuje metodą "do-it-yourself", samodzielnie lepiąc pozornie nieprzystające do siebie obrazy. W tych samych wywiadach ujawniała też nieco ze swojej biografii, mówiąc o biednym dzieciństwie spędzonym na osiedlu przyczep kempingowych. Rozwodziła się na temat muzycznych fascynacji - od Elvisa Presleya po Kurta Cobaina.
Trup w szafie ma na imię Lizzy Historia Del Rey wydaje się modelową opowieścią o sile talentu i charyzmy przezwyciężającej społeczne ograniczenia. Kłopot w tym, że praktycznie wszystko, co związane z Del Rey, okazało się nieprawdą. W rzeczywistości nazywa się Lizzy Grant. Jako córka milionera Roba Granta, który wzbogacił się na handlu prawami do nazw internetowych domen, nie miała szansy być pucybutem. Chodziła do porządnej szkoły z internatem. Ojciec finansuje jej artystyczne próby od kilku lat. Już w 2008 r. pomógł córce w wydaniu jednego podpisanego jej prawdziwym nazwiskiem minialbumu "Kill Kill", a dwa lata później - pełnowymiarowej płyty zatytułowanej "Lana Del Rey a.k.a. Lizzy Grant". Za przemianą Lizzy w Lanę stoi cały sztab konsultantów, który dokładnie zaplanował każdy kolejny ruch w marketingowej strategii. Wszystko jest starannie przemyślane. Jej pseudonim to połączenie imienia Lany Turner, jednej z filmowych gwiazd złotej ery Hollywood, i starego modelu Forda Del Rey. Pozornie amatorskie teledyski Lany żerują na nostalgii za utraconą niewinnością Ameryki.
Gdy internauci wytropili tę marketingową mistyfikację, z zapałem zabrali się do demaskowania wizerunku Lany. Z otchłani sieci wygrzebali jej stare zdjęcia i nagrania. Okazało się, że w dawnej Lizzy nie było wiele z alternatywnej, uwodzącej dwuznacznie depresyjnym klimatem piosenek diwy. Była zwykłą 20-latką o typowej fryzurze i wąskich ustach.
Właśnie usta stały się kroplą, która przelała czarę goryczy. Czyżby symbol wdzięku i naturalności poprawiał sobie urodę, wstrzykując w nie kolagen? Lana nie wydała jeszcze płyty, a uwielbienie fanów przerodziło się w dezaprobatę. Po jej występie sprzed tygodnia w "Saturday Night Live" na wokalistkę posypały się gromy. Wyglądała na potwornie stremowaną i kiepsko radziła sobie z trudniejszymi wokalnymi partiami. Została szybko zaklasyfikowana jako "największa porażka w historii SNL".
Mikrofon spada, głos nie milknie Historia muzyki rozrywkowej zna wiele historii upadków sztucznie wykreowanych gwiazd. Przypadek Del Rey jest jednak szczególny z dwóch powodów. Po pierwsze, obnaża archaiczne myślenie przemysłu rozrywkowego, który najwyraźniej wciąż wierzy, że w dobie internetu można dokonać mistyfikacji na taką skalę. Menedżerowie Lany szli w zaparte, próbując tuszować całą sprawę jeszcze wtedy, gdy internauci przesyłali już sobie dowody na ich ściemę. Ze sklepu iTunes nagle zniknął pierwszy album Lizzy Grant. Z sieci próbowano usuwać fragmenty występów i zdjęcia związane z muzyczną działalnością poprzedniego wcielenia Lany. Zupełnie jakby cały ten sztab specjalistów nie zdawał sobie sprawy z tego, jak działa internet i że rzeczy raz umieszczone w sieci zawsze zostawiają ślad i gdzieś tam w jej zakamarkach musi ostać się choć jedna kopia strony, do której prędzej czy później dotrze jakiś wścibski fan. W dobie informatycznej globalizacji, Facebooka i Twittera skrupulatne budowanie całkowicie wykreowanej biografii nie ma najmniejszego sensu. Tak samo jak sensu nie ma skrupulatne ukrywanie - choćby najbardziej wstydliwej - artystycznej przeszłości.
Jednak równie znacząca jest reakcja jej fanów. Także internauci rozczarowani prawdą o Lanie pokazują, że ich myślenie o scenie muzycznej jest mocno obarczone archaicznym wyobrażeniami.
Owszem, współczesna popkultura nie pozostawia żadnych złudzeń. Jej treść to dziś obrazy i dźwięki wypreparowane, pozbawione naturalności - a to za sprawą Photoshopa, a to przy użyciu programów do obróbki dźwięku, które z nawet największego beztalencia potrafią zrobić dobrego wokalistę. Ale mistyfikacja zawsze była narzędziem, z którego chętnie korzystali artyści. Zmieniane nazwiska, fałszowane metryki, wymyślane biografie - z tego słynęli nawet najwięksi. Bob Dylan na okrągło wymyślał nowe "fakty" ze swojego życia - podawał np. różne miejsca urodzenia, a na początku kariery przedstawiał się pseudonimami innych, popularniejszych od niego muzyków. Jim Morrison wciskał dziennikarzom, że jest sierotą, pragnąc wymazać z biografii ojca, wysoko postawionego oficera amerykańskiej armii. Joe Strummer z
The Clash pozmieniał dokładnie wszystko - od nazwiska, bo chciał ukryć, że jest synem dyplomaty, aż po wiek, aby uwiarygodnić się przed młodą i zbuntowaną punkową publicznością. Na tle ich blaga Lizzy vel Lana wygląda niewinnie.
Koniec ery autentyczności? Jeśli wierzyć oficjalnym informacjom, Del Rey podpisana jako współautorka większości swych piosenek jest wykonawczynią własnej twórczości. Daleko jej do bezczelności gwiazdek w rodzaju Britney Spears, którym zdarzało się na koncertach upuszczać mikrofon, podczas gdy z głośników w najlepsze płynął ich wokal. Dlaczego więc jej fani czują się oszukani? Czy w słuchaniu piosenek przeszkadza wymyślona biografia lub podkręcona sztucznie uroda? Przecież fani nieustannie funkcjonują w rzeczywistości medialnej, która uczy dystansu do podsuwanych przez nią produktów.
W biorącym wszystko w nawias świecie internetowych pogłosek powinni przyjąć aferę wokół Del Rey równie naturalnie, jak na przykład rewelacje o ciąży innej muzycznej gwiazdy Beyoncé Knowles, której dziecko miała urodzić surogatka, podczas gdy piosenkarka w ostatnich miesiącach pokazywała się publicznie ze sztucznym ciążowym brzuszkiem.
Lana to jednak nie Beyoncé. Ta dziewczyna miała być symbolem alternatywnego popu. Naturalną odpowiedzią na przeładowane produkcje wystylizowanych gwiazd pokroju Lady Gagi, wyrazem wciąż żywej tęsknoty za scenicznym autentyzmem. Okazała się kolejnym produktem przemysłu muzycznego. Oto prawdziwy paradoks obnażający brutalną prawdę o współczesnej muzyce - sama w sobie nieautentyczna popkultura zauważyła zapotrzebowanie na autentyczność i szczerość, po czym w osobie Lany stworzyła jej perfekcyjną podróbkę. Być może właśnie to rozczarowanie tłumaczy gwałtowną reakcję fanów.
Najzabawniejsze w tej historii jest to, że ostatecznie rację mogli mieć menedżerowie Del Rey (może zresztą ich szatański plan zakładał wpadkę informacyjną jako środek zyskania jeszcze większego rozgłosu zgodnie z odwiecznym prawem show-biznesu, że każdy rozgłos - dobry czy zły - jest równie pożądany). W dzisiejszej muzyce rozrywkowej, gdzie producenci odgrywają często rolę większą niż wykonawcy, a praktycznie każdą wokalną wpadkę można perfekcyjnie zatuszować, pojęcie autentyczności nie ma większego sensu.
W świecie sampli, cytatów i remiksów trzeba raczej nauczyć się cenić po prostu efekt finalny - trochę jak dawna Europa ceniła śpiewających kastratów, którzy też nie byli "autentyczni", choć udawali autentyczność chłopięcego śpiewu. Piosenki podpisane przez Lanę są mimo wszystko dobre i tego faktu nie przesłoni nawet największa afera. Ona sama - nawet za cenę skandalu - jest już świetnie wylansowaną marką. Zapewne znajdzie się sporo osób, które kupią jej płytę choćby z ciekawości.
Z czego ulepiono Lanę Del Rey? Czytaj w "Wysokich Obcasach"Trzy wielkie mistyfikacje muzyki rozrywkowej The Masked Marauders
Gdy w 1969 r. redaktor magazynu "Rolling Stone" Greil Marcus opublikował żartobliwą recenzję z płyty supergrupy, którą mieli tworzyć Bob Dylan, Mick Jagger, John Lennon and Paul McCartney, wielu czytelników uwierzyło, że taki zespół powstał naprawdę. Redakcja postanowiła pociągnąć dowcip, zatrudniła muzyków sesyjnych, a efekt nagrań wydała poważna wytwórnia Warner Bros. Album znalazł 100 tys. nabywców.
Milli Vanilli
Niemiecki producent Frank Farian miał już na koncie wiele sukcesów (wylansował między innymi Boney M.), gdy pod koniec lat 80. wpadł na pomysł stworzenia męskiego duetu wykonującego muzykę taneczną. Zatrudnił dwóch tancerzy i modeli: Faba Morvana i Roba Pilatusa. Żaden z nich nie umiał śpiewać, za to obaj świetnie wyglądali, więc po prostu udawali na koncertach, że wykonują utwory nagrane w studiu. Zanim sprawa się wydała, grupa podbiła listy przebojów, a nawet zdobyła nagrodę Grammy.
Platinum Weird
W 2004 r. Dave Stewart z Eurythmics oraz jurorka amerykańskiej wersji programu "Idol" Kara DioGuardi dostali zamówienie na napisanie piosenek dla zespołu
Pussycat Dolls. Stworzyli materiał, który został odrzucony, bo nie pasował do stylistyki grupy - brzmiał jak
muzyka z lat 70. Zamiast zapomnieć o niepowodzeniu, Dave i Kara nagrali materiał, przekonując świat, że mamy do czynienia z nieznaną formacją sprzed trzech dekad. Powstały nawet film dokumentalny i strona internetowa poświęcone grupie.