John C. Reilly, Jodie Foster, Christopher Waltz i Kate Winslet, czyli bohaterowie ''Rzezi'' Polańskiego
Fot. Kino Świat
Od dziś w kinach "Rzeź" Romana Polańskiego. Nie należy do arcyważnych filmów, ale za to doskonale pokazuje jego reżyserski kunszt. A aktorski kwartet Foster - Winslet - Reilly - Waltz naprawdę robi wrażenie
Dwa nowojorskie małżeństwa - Penelope (Jodie Foster) i Michael Longstreet (John C. Reilly) oraz Nancy (Kate Winslet) i Alan Cowan (Christoph Waltz) - spotykają się w mieszkaniu tych pierwszych. Ich 11-letnie dzieci pobiły się po szkole - Zachary Cowan uderzył Ethana Longstreeta kijem w twarz, uszkadzając mu dwa zęby. Rodzice mają uzgodnić wspólne stanowisko w tej sprawie - chodzi o jej wychowawcze konsekwencje i o pieniądze na leczenie Ethana. Spotkanie małżeństw rozpoczyna się przyjaźnie, ale szybko agresja dzieci okazuje się niczym wobec agresji dorosłych.
Polański, pytany w wywiadzie dla paryskiego "Le Monde", co go uwiodło w sztuce Francuzki Yasminy Rezy ("Bóg mordu" z 2006 r.), mówi, że "odrzucenie politycznej poprawności. To, że postaci pokazują prawdziwą ludzką naturę, że są zdolne do nienawiści, egoizmu, co jest zwykle ukrywane przez klasę średnią pod politurą bycia cywilizowanym". A pokazywanie prawdziwej ludzkiej natury, jak powiada Polański, interesuje go począwszy od debiutanckiego "Noża w wodzie", który kręcił, mając 27 lat.
Scenariusz "Rzezi" Polański pisał częściowo w areszcie domowym w Szwajcarii (Szwajcarzy zatrzymali go w Zurychu i zastanawiali się, czy należy go odesłać do USA, gdzie jest ścigany za stosunek seksualny z nieletnią). Areszt akurat w tym przypadku okazał się pomocny, gdyż reżyser mógł się skoncentrować wyłącznie na robocie. Z Rezą Polański współpracował wcześniej w paryskim teatrze, gdy przetłumaczyła na francuski "Przemianę" Kafki, a on zagrał Gregora Samsę, który "zmienił się w łóżku w potwornego robaka".
"Rzeź" ma 79 minut i tyleż trwa opisywane w niej wydarzenie. Kunszt Polańskiego polega na tym, iż sprawił, że pomimo dość banalnego tematu trudno się od tego oderwać. Po jego poprawkach nie ma tu żadnej zbędnej sceny ani dialogu. Postaci "ostrzeliwują się" słowami, akcja pulsuje w nerwowym rytmie, jest śmiesznie i trochę straszno.
Bohaterowie są systematycznie obdzierani z kolejnych warstw pozy i udawactwa. Najpierw są starania, by zaimponować gościom: kupowanie tulipanów na stół w salonie i pieczenie szarlotki. I jest podkolorowywanie własnych wizerunków. O Penelope słyszymy, że to pisarka, choć na razie pracuje w księgarni. Nancy mówi coś o zajęciu w nieruchomościach, ale brak szczegółów wskazuje, że to lipa. O facetach od razu wiemy, że mają podłe zajęcia. Alan ciągle gada przez komórkę: jest obłudnym prawnikiem broniącym firmy farmaceutycznej, która właśnie wypuściła na rynek szkodliwy lek. A wyzbyty ambicji Michael wciska ludziom sprzęt kuchenny.
Na nieśmiałe sugestie państwa Longstreet, że państwo Cowan chyba nie najlepiej wychowali syna i że może stosowne byłyby tutaj przeprosiny z ust Zachary'ego, Cowanowie wzruszają ramionami. Mają jasność co do natury ich syna i nawet trochę podoba im się jego agresywność. No bo czyż każdy chłopak nie należał w młodości do jakiejś bandy?
Po tym wzruszeniu ramion psychologiczny striptiz obu par nabiera tempa. Przedmiotem kpiny staje się artystyczno-polityczne zadęcie. - Ach, mój Kokoschka - wzdycha Penelope nad pobrudzonym albumem z reprodukcjami. Równie pretensjonalnie przejmuje się nieszczęściami w Afryce. Odkrywamy, że bohaterów dręczą bezrozumne fobie - Michael wyrzucił z domu chomika należącego do syna, skazując gryzonia na nieuchronną śmierć, i natręctwa rodzinne - do Longstreetów ciągle wydzwania jego chora matka, mimo iż jest proszona, aby tego nie robiła. A małżeństwo z każdą minutą jawi się tu, coraz wyraźniej, jako instytucja opresyjna (Reza żartuje w wywiadach, że z założenia nie ma ono nic wspólnego z miłością): mąż nie może palić w domu cygar, gdyż żona mu na to nie pozwala, itp.
Bohaterowie dotąd dusili w sobie to wszystko, ale teraz przyjdzie im to w końcu wyrzygać - dosłownie i w przenośni. Środkiem przeczyszczającym, poza rozbuchanymi emocjami, okaże się także alkohol. Co ciekawe, podczas tego rendez-vous jesteśmy świadkami częstych zmian sojuszy: wpierw małżeństwa występują przeciwko sobie, później każde z małżonków przeciwko swemu partnerowi, wreszcie mężczyźni przeciwko kobietom i na odwrót. Te zmiany stara się uchwycić kamera, ilustrując je za pomocą odpowiedniego ustawienia postaci w kadrze. Tu przypomnijmy, że po raz kolejny kamerę prowadził u Polańskiego Paweł Edelman.
Jedyny poważny zarzut, jaki da się postawić "Rzezi", to jej teatralność. Wszak dzieje się w jednym mieszkaniu, głównie w salonie, trochę w łazience i kuchni. Polański z tym walczy: bohaterowie wychodzą na korytarz, już przywołują windę, ale jednak wracają zwabieni obietnicą kawy. W tej zamkniętej przestrzeni ciągle jest jakiś ruch. Zdarza się, że goście zwracają uwagę na to, co dzieje się za oknem, więc przez nie wyglądamy. Z tym był zresztą problem, bo za oknem winien być Nowy Jork, a Polański przecież nie mógł pojechać na zdjęcia do Stanów, bo zostałby tam natychmiast zatrzymany.
Nominacje do Złotych Globów dostały obie panie występujące w "Rzezi", choć mnie akurat bardziej podobają się panowie. Grają finezyjniej, Foster i Winslet bardziej kurczowo trzymają się tego, co w ich rolach stereotypowe (np. Foster odgrywa model "zakompleksiała szara myszka z ambicjami").
Całość wieńczy przewrotny finał. Gdy już sądzimy, że wszelkie złudzenia prysły, że obracamy się wśród ludzi przegranych i że nawet ta kłótnia nie ma w sobie nic z katharsis, nagle okazuje się, że wcale nie jest tak źle, bo życie podsuwa samoistny happy end. To zastanawiający jak na Polańskiego optymistyczny akcent. Dość przypomnieć sobie ponure zakończenia "Matni", "Lokatora", "Dziecka Rosemary" czy "Chinatown". Czyżby z wiekiem Polański - miłośnik czarnego humoru i tropiciel absurdów życia - złagodniał?