http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Otwarty umysł

Miłada Jędrysik
2012-01-17, ostatnia aktualizacja 2012-01-17 13:34

Pisana tuż przed śmiercią wspomnieniowa książka Tony'ego Judta to dobra lekcja, jak patrzeć krytycznie i nie liczyć się z opinią większości

Tony Judt
Fot. Gina LeVay/Redux Gina LeVay/Redux/EAST NEWS
Tony Judt
SERWISY
"Pensjonat pamięci"
Tony Judt
przeł. Hanna Jankowska
Czarne, Wołowiec


Szacunek. To pierwsze słowo, jakie się ciśnie na usta po przeczytaniu "Pensjonatu pamięci" Tony'ego Judta. A nawet sformułowałabym to bardziej młodzieżowo: "szacun", choć rozumiem, że niektórym brzmi to w tym kontekście niezdarnie albo niewłaściwie.

To skojarzenie po rozmowie z prof. Barbarą Fatygą, socjolożką zajmującą się młodzieżą, która bada m.in. jej stosunek do autorytetów. Okazuje się, że oczywiście o autorytecie w sensie takim jak w definicji Webera, w dzisiejszym świecie, który z podejrzliwością patrzy na Boga i na wartości narzucane z góry, mowy być nie może. Autorytet nie jest dany ex cathedra, "bo wielkim poetą był". Ale przecież to nie anihiluje wartości. Młodzież dzisiaj, mówi prof. Fatyga, tworzy sobie autorytety "patchworkowe", jednego ceni za to, innego znów za tamto. Razem dałoby się z tego pozlepiać jakiegoś Golema autorytetu, ale byłby to twór sztuczny. Nie ma ludzi idealnych, ale są ludzie, którzy mają wiele wspaniałych cech charakteru.

Są też tacy, którzy się na tle innych naprawdę wyróżniają, jak Tony Judt, syn żydowskich drobnomieszczan z Londynu. Historyk, którego w USA okrzyknięto "publicznym intelektualistą". Nie byłby sobą, gdyby i do tej ostatniej etykietki nie podchodził z podejrzliwym dystansem.

Judt cierpiący na obezwładniającą ciało chorobę wyrok, stwardnienie zanikowe boczne, dyktował swoje eseje z - kiedyś by się powiedziało - "łoża śmierci". Dziś dzięki technologii i postępowi medycyny był to specjalny fotel. Ale też przebywanie na tym "łożu" wydłużyło się dzięki temu do kilkunastu miesięcy. I to spowodowało, że ten przebłysk świadomości i pamięci, który podobno towarzyszy umierającemu oglądającemu w agonalnym fotoplastikonie obrazy ze swojego życia, u Judta przybrał postać książki.

I tu pierwszy "szacun": że można mieć tyle siły woli, żeby przetworzyć swoją agonię i cierpienie w podzielenie się wspomnieniem, opinią i radą.

I drugi, ten najważniejszy, za odwagę głoszenia poglądów niepopularnych. Judt nie chwali się w swoich esejach zbytnio tym, że włożył kij w kopiec termitów, zadzierając z amerykańskimi Żydami w kwestii Izraela i niepodległości Palestyny. On, potomek mieszkańców sztetlów litewskich, polskich i rumuńskich, przez wojujący syjonizm przeszedł jako nastolatek, a skończył z nim przed dwudziestką. Tylko pozazdrościć tak łagodnego i szybkiego przebiegu zakaźnej choroby.

Teksty Judta na ten temat w "New York Review of Books" zaowocowały znanymi skandalami i przede wszystkim naraziły go na bezustanne ataki. Ale on nie o tym w "Pensjonacie pamięci" pisze, bo swoje racje w sprawie izraelsko-palestyńskiej przedstawił już wcześniej. Pisze za to o tym, że odrzuciliśmy z przeszłości wiele rzeczy, które wydawały nam się złe, ale brakuje nam wnikliwości i odwagi, żeby nasze przekonania przynajmniej od czasu do czasu rewidować.

Takiej rewizji powinien według niego zostać poddany np. brytyjski system nauczania, który w latach 50. i 60. pozwolił Judtowi i jego podobnym na klasowy awans i studia w King's College w Cambridge, ale teraz poszedł za daleko w egalitaryzmie, zapominając o pielęgnowaniu talentów. Na dodatek ten enfant terrible brytyjskiej szkoły czule wspomina autorytarnego nauczyciela niemieckiego z liceum, który kazał wkuwać gramatykę i słówka na pamięć, a jednak języka nauczył go lepiej niż inni (to tak a propos autorytetów).

Jest w tym oczywiście i nostalgia za starymi dobrymi czasami, i krytyka neoliberalnych reform, które zabrały Wielkiej Brytanii wiele z jej dawnego poczucia obywatelskiej wspólnoty współtworzonego również przez państwo. Judt pisze o tym w pięknym eseju o autobusie Zielonej Linii spinającym centrum Londynu z przedmieściami. Ale przede wszystkim jest tu uparta próba patrzenia krytycznie i nieliczenia się z opinią większości.

A ponieważ dzisiaj nowe technologie próbują nas skłonić do tego, by myśl i uwaga nie dążyły w sposób linearny do końca zaplanowanego zadania, lecz rozpraszały się albo i "ubogacały" ciągłymi dygresjami i wycieczkami, moje właśnie skierowały się ku Facebookowi, gdzie kolega z Singapuru wrzucił maksymę Williama Jamesa: "Wielu ludziom wydaje się, że myślą, podczas gdy po prostu przestawiają w głowie z miejsca na miejsce swoje przesądy".

Tony Judt nie musiał przestawiać w głowie przesądów, ale przykuty do łóżka podczas bezsennych nocy pracował nad swoimi esejami, korzystając z antycznej mnemotechnicznej metody, rozpowszechnionej na początku ery nowożytnej i zwanej "pałacem pamięci".

Aby zapamiętać swą wiedzę, XVI-wieczni podróżnicy konstruowali sobie w wyobraźni pałace. "Pałac pamięci" przeniknął już do popkultury: w "Hannibalu" Thomasa Harrisa doktor Hannibal Lecter tak zapamiętuje adres agentki Starling: "Trzecią alkowę od drzwi po prawej stronie zdobi obraz przedstawiający świętego Franciszka, który podaje szpakowi ćmę. Na podłodze przed obrazem znajduje się tableau naturalnej wielkości: parada na cmentarzu Arlington prowadzona przez trzydziestotrzyletniego Jezusa, który siedzi za kierownicą forda T z tysiąc dziewięćset dwudziestego siódmego roku. W przyczepie ciężarówki stoi J. Edgar Hoover ubrany w spódniczkę baletnicy i macha do niewidocznego tłumu. Za samochodem maszeruje Clarice Starling z enfieldem 308 na ramieniu. Doktor Lecter najwyraźniej cieszy się na widok Starling. Dawno temu zdobył jej adres w Stowarzyszeniu Absolwentów Uniwersytetu Wirginia. Przechowuje go w tym żywym obrazie i teraz, dla własnej przyjemności, przywołuje liczby i nazwę ulicy, przy której mieszka Starling: 3327 TINDAL ARLINGTON, VA 22308".

Skromny Tony Judt nie chciał budować pałacu, wybrał więc szwajcarski pensjonat, do którego jeździł jako dziecko z rodzicami: "Przemierzam znajome krótkie korytarze z wytartymi kamiennymi stopniami, zasiadam w jednym z dwóch, a może trzech foteli - tak się pomyślnie składa, że nikt nie zdążył ich zająć. I wtedy, gdy z życzenia rodzi się myśl, wyczarowuję, segreguję i porządkuję opowieść, wywód albo przykład, które planuję wykorzystać w czymś, co napiszę następnego dnia".

Meblowanie w pensjonacie Judta nie wytwarza obrazów statycznych, nie wyklucza wnikliwej obserwacji zmiany. Znalazło się tam miejsce i na wspomnienie o Putney, londyńskiej dzielnicy, w której się wychowywał i w której w tamtych czasach były jeszcze zaułki, gdzie ostatni rzemieślnicy trzymali swoje zwierzęta (bardziej zaawansowani swoje stajnie przerobili na warsztaty). Na esej o jedzeniu, które w drugim pokoleniu żydowskich emigrantów z Europy Wschodniej nie determinowało już tożsamości, a może determinowało ją pokrętnie: bo matka gotowała tylko po angielsku, co w tych czasach oznaczało nieszczęście, a urodzony w Belgii ojciec kochał wszystko, co kontynentalne. I tylko u dziadków był prawdziwy szabat i prawdziwe latkes. A młody Brytyjczyk Judt gdzie znajdował przed tą kulinarną kakofonią schronienie? W kuchni indyjskiej oczywiście, jedynej prawdziwej brytyjskiej.

Pyszna jest też opowieść o autorytarnym duchu kibucu, z którego młody Judt został wyklęty za pomysł, by studiować nie w Ziemi Obiecanej, ale w jakimś Cambridge, i gdzie po latach najbardziej radykalni kibucnicy nie podawali mu za to ręki. I ta o Cambridge drugiej połowy lat 60., do którego trafił jako jeden z niewielu jeszcze wtedy zdolnych studentów z niższej klasy średniej, oszołomionych tym, że do prania skarpetek adepci mają tam kampusowe pokojówki. I mądrze pisze Judt o tym, że nadciągająca i nad King's College rewolucja seksualna - z jej przekonaniem, iż nie tylko wszystko wolno i że wszyscy są równi -głęboko urażała strażników i pokojowe, które przecież sens życia zbudowały na tym, by służyć przyszłej elicie Brytanii. "Może i była słabo wykształconą półanalfabetką, ale dzięki nieomylnemu instynktowi zrozumiała, na czym polegają stosunki społeczne, niepisane zasady, które je podtrzymują" - pisze Judt o pokojowej dotkniętej tym, że grupa młodzieży płci obojga dokazywała rano nago na wypielęgnowanym trawniku.

No to wreszcie ostatni "szacun" - za literaturę. Za rozpoczynający tom esej "Noc" o męczarniach chorego przykutego do łóżka, któremu przez osiem godzin nikt nie poprawi poduszki. Za kończący go tekst o szwajcarskiej miejscowości, w której nie dzieje się zupełnie nic, a to, co się dzieje - wjazd i zjazd linowej kolejki - odbywa się oczywiście jak w zegarku. Za spostrzeżenie, że takim nudnym rytmem odmierzane jest także nasze życie, i dobrze, że tak jest. Bo i myśl musimy czasem zamknąć w pałacu albo w szwajcarskim pensjonacie, inaczej nam ucieknie. Nie w otchłanie facebooków i wikipedii, ale rytualnej bezmyślności, o której wspominał William James.

A napisał to Tony Judt, człowiek, którego wspominamy jako jeden z najbardziej otwartych umysłów naszych czasów. Właśnie dlatego był w stanie coś takiego napisać.

Tony Judt (1948-2010) - brytyjski historyk, profesor na Uniwersytecie Nowojorskim, publicysta. Był przenikliwym badaczem myśli politycznej i kondycji Zachodu, autorem książek, których wagę porównuje się do dzieł Orwella, Koestlera, Camusa i Arendt. W Polsce ukazały się: "Wielkie złudzenie? Esej o Europie", "Powojnie: historia Europy od roku 1945" i "Źle ma się kraj".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5
  • 1
  • 6
  • 1
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':