New York Philharmonic Orchestra, jedna z najsłynniejszych i najdłużej istniejących orkiestr symfonicznych świata, na koncercie w Warszawie, w 2008 roku. Dyryguje Alan Gilbert
Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta
Filharmonicy nowojorscy właśnie kończyli IX symfonię Gustava Mahlera, gdy na widowni zaczął dzwonić telefon komórkowy. Dzwonił i dzwonił. W końcu dyrygent przerwał koncert, ale nie zgadniecie, dlaczego meloman nie wyłączył telefonu od razu...
Orkiestra Filharmonii Nowojorskiej wykonywała we wtorek w Nowym Jorku IX symfonię Gustava Mahlera. Gdy dzieło zbliżało się już do zakończenia, brzmiały najbardziej delikatne, czułe i uduchowione tony, gdzieś na widowni zaczął dzwonić telefon komórkowy. Orkiestra - jak zwykle w tych nie tak rzadkich wypadkach - kontynuowała, ale właściciel nie wyłączał telefonu. Jego dźwięk był bardzo wyraźny, więc prowadzący orkiestrę dyrektor artystyczny FN Alan Gilbert po prostu zatrzymał Mahlera.
Przerwanie wykonania nie zdarza się w salach koncertowych prawie nigdy. Gilbert udał się w stronę, skąd nieprzerwanie dobiegała melodyjka. Poprosił "nieznanego sprawcę" na widowni szacownej Avery Fisher Hall o wyłączenie aparatu.
- Nic się nie wydarzyło - relacjonował później dyrygent. - Nikt się nie przyznał. Sprawca nic nie zrobił, żeby wyłączyć wciąż dzwoniący telefon. To było surrealistyczne.
W sali rozległy się gniewne okrzyki słuchaczy koncertu: "Tysiąc dolarów kary!", "Wyrzucić go!", i podobne. Kilka osób na widowni wskazało parę, od której dobiegały wesołe tony iPhone'owej melodii "marimba". - Patrzyli na mnie z dużą pewnością siebie - opowiadał Gilbert. W końcu mężczyzna sięgnął do kieszeni i wyłączył telefon. Skinął głową, gdy dyrygent zapytał go, czy dzwonek został wyciszony.
Alan Gilbert wrócił na scenę, przeprosił widzów, tłumacząc, że zwykle w takich sytuacjach ignoruje się źródło hałasu, ale tym razem granica została przekroczona. Publiczność nagrodziła dyrygenta owacją, po czym orkiestra po prostu dokończyła wykonanie dzieła Mahlera.
Sytuacja była tym dziwniejsza, że nie tylko w Avery Fisher Hall przyjęte jest, że w razie podobnego zamieszania z dzwoniącym telefonem sytuację rozwiązują bileterzy czy pracownicy obsługujący salę. Podchodzą po prostu do delikwenta i dyskretnie zwracają mu uwagę, by uciszył aparat. Tu musiał interweniować szef Filharmonii.
Historia z wtorku na tym się jednak nie zakończyła. Okazało się, że sprawca zamieszania, 60-letni menedżer kierujący dwiema firmami, jest bywalcem Filharmonii Nowojorskiej, ma abonament od 20 lat, a nawet przyjaźni się z kilkoma jej muzykami. Powiedział, oczywiście anonimowo, że od czasu wydarzenia w Avery Fisher Hall nie może spać. Przeprosił za wtorkowy incydent publiczność i orkiestrę.
Niefortunny meloman stwierdził, że urzędnik orkiestry zidentyfikował go po zajmowanym miejscu i zadzwonił z prośbą, by niczego podobnego nie robił już w przyszłości. Menedżer wykorzystał okazję, by poprosić o rozmowę z Alanem Gilbertem. Osobiste przeprosiny zostały przyjęte. Działo się to w czwartek.
W międzyczasie historia obiegła cały świat, była szeroko komentowana w blogach i na Twitterze, m.in. przez kompozytora Daniela Dorffa, który napisał: "Zmieniłem dzwonek na Dziewiątą Mahlera, tak na wszelki wypadek".
Nieszczęsny menedżer twierdzi, że nie miał pojęcia, że to on był sprawcą incydentu. Ponoć dzień wcześniej jego firma zamieniła mu aparat BlackBerry na iPhone'a. Tłumaczy - w sposób jak na szefa dwóch firm uroczy - że nie zdawał sobie sprawy, że w telefonach są alarmy.