http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Człowiek z kamerą. Świat według Wojciecha Staronia

Rozmawiała Donata Subbotko
2012-01-13, ostatnia aktualizacja 2012-01-13 18:49

Wojciech Staroń podczas kręcenia ''Argentyńskiej lekcji'', ok. 1 tys. km od Buenos Aires
Wojciech Staroń podczas kręcenia ''Argentyńskiej lekcji'', ok. 1 tys. km od Buenos Aires
Fot. ARCHIWUM PRYWATNE

Lubię doświadczać wszystkiego na własnej skórze. A kamera to dla mnie część ciała. Zadanie: zdawać relację z tego, co dzieje się ze mną i moją rodziną w momencie podwyższonego stanu emocjonalnego. Np. na Syberii albo w Andach

Wojciech Staroń odbiera Srebrnego Niedźwiedzia za zdjęcia do filmu ''El Premio''. Berlinale 2011
Fot. FABRIZIO BENSCH REUTERS
Wojciech Staroń odbiera Srebrnego Niedźwiedzia za zdjęcia do filmu ''El...
SERWISY
Donata Subbotko: Film "El Premio", za zdjęcia do którego dostałeś Srebrnego Niedźwiedzia, wchodzi do kin 27 stycznia. To koprodukcja meksykańsko-francusko-polska. Podobno z reżyserką Paulą Markovitch, która jest Argentynką, poznaliście się przez Facebooka?

Wojciech Staroń: Początek nie był taki prosty. W 2009 r., po pierwszym roku pobytu w Argentynie, gdzie żyliśmy z rodziną w miasteczku 1 tys. km od Buenos Aires, wpadłem na chwilę do Polski. Tu spotkałem kolegę z Filmówki, pracującego w Meksyku Wenezuelczyka, powiedziałem mu, że kręcę dokument w Argentynie, ale chętnie bym tam popracował przy jakichś filmach lokalnych. I to on pokazał Pauli moje filmy, w tym "Syberyjską lekcję", bo "Argentyńska" dopiero powstawała.

"El Premio" i "Argentyńska lekcja" opowiadają o dzieciach, choć nie zawsze to dziecko opowiada historię.

- W każdym projekcie kamera musi być kimś innym. W literaturze zwykle od razu wiadomo, kto jest narratorem, a w filmie trzeba się tego domyślić. W "Argentyńskiej lekcji" opowiada człowiek, który przygląda się dwójce dzieci: 8-letniemu chłopcu, który przyjechał z Polski do Argentyny, i 10-letniej Marcii, córce polskiego emigranta, dziewczynce, która swojego miasteczka - Azara, założonego przez Polaków sto lat temu - nigdy nie opuszczała. To, że opowiadam o swoim synu Jaśku, zdradzają dopiero napisy końcowe. Z kolei "El Premio" to film opowiadany przez dorosłą osobę, która wspomina swoje dzieciństwo.

Ważne jest też, jak widzi ten, który opowiada. Czy przez mgłę, bo coś sobie przypomina, czy jaskrawo, z bliska, bo w tej historii uczestniczy. Dlatego "Argentyńska lekcja" była wybuchem kolorów, a "El Premio" to film nieco zmatowiały. W pierwszym kamera ma rytm postrzegania świata przez dziecko, a w drugim trzyma dystans, tylko czasem pojawiają się detale, tak jak to bywa ze wspomnieniami.

Lubisz filmować to, co jest najbliżej. To stało się dla ciebie sposobem życia. "Syberyjska lekcja" to opowieść o twojej żonie Gosi, o waszym życiu i pracy nad Bajkałem, w "Argentyńskiej" filmujesz 8-letniego syna, ale w tle jest i Gosia, i 2-letnia Aniela.

- Dzisiaj Nela ma 5 lat i oburza się, dlaczego jej nie ma w napisach końcowych. Marcia przyjechała teraz do nas, sama, na dwa miesiące. Bilet kupiła jej Joanna Łapińska, dyrektorka festiwalu Nowe Horyzonty. Pierwszy raz w życiu wyjechała z Azara na dłużej, wcześniej była tylko w Buenos Aires, gdzie zabraliśmy ją na konkurs języka polskiego, który zresztą wygrała. Chce się dalej uczyć polskiego, chodzi tu do szkoły.

O ile "Syberyjska lekcja" była dla nas filmem bardzo intymnym, o tyle "Argentyńska" niekoniecznie. Bliska jest mi forma, kiedy z fragmentów dokumentalnych buduję właściwie fabułę. Sceny nie są aranżowane, nie ustawiam ich, nie mówię bohaterom, co mają mówić. Zbieram żywy materiał, a potem opowiadam po swojemu. Największa sprawa to montaż, konstrukcja tego, co się ukradło rzeczywistości.

Interesuje mnie obserwacja codzienności, zwłaszcza takiej, w której jesteśmy postawieni przed jakimiś trudnościami. Lubię doświadczać wszystkiego na własnej skórze. Kamera to dla mnie część ciała. Myślę, że nie potrafiłbym opowiedzieć historii dokumentalnej, której sam jakoś nie przeżyłem. To dla mnie ważne: samemu stanąć przed wyzwaniem i zdawać relację z tego, co się dzieje ze światem, który jest najbliżej mnie, ze mną czy z moją rodziną, w momencie podwyższonego stanu emocjonalnego.

Podwyższone stany emocjonalne pewnie sporo kosztują.

- Życie w Warszawie też jest trudne. Więc jest kwestia wyboru: czy chcemy codzienności tutaj, czy gdzieś na końcu świata. My wybieramy to drugie, bo szukamy wyzwania. Otwarcia na świat i ludzi, pretekstu, żeby coś w tym życiu zmienić. Czy na lepsze? Nie wiem. Ale chodzi o to, żeby poszukiwać, wykonać jakiś krok, gdzieś wyjechać. A tam przy okazji robić coś pożytecznego i kręcić film, i być ze sobą jako rodzina - taka była idea "Argentyńskiej lekcji". Czyli własne życie traktujemy jako temat do filmu. Pewnie gdybym nie robił filmu, nie mielibyśmy tak silnego impulsu, żeby gdzieś na rok czy dwa wyjechać, ale dla samego filmu bym tam nie pojechał. Tak jak ja mierzyłem się z filmem, tak Jasiek mierzył się z nową szkołą, a Gosia z pracą. Dla każdego z nas to był podobny poziom wyzwania, to wnosiło pewną harmonię. Tzn. Jasiek widział, że ja nie mam łatwo z tym filmem, a ja widziałem, jak jemu jest ciężko, gdy - mając już za sobą rok szkoły w Polsce - szedł do pierwszej klasy z dziećmi w Argentynie.

W filmie widać jego stres, płacz. On to dobrze wspomina?

- Tak, bo wbrew pozorom mieliśmy tam spokojniejsze życie niż tu, w Warszawie. Byliśmy odcięci od telewizji, internetu, gier, miejskich rozrywek. Wynajęliśmy dom i wiadomo było, że Gosia ma uczyć języka polskiego dzieci polskich emigrantów, a ja ruszyć z filmem, nie wiedząc, w którą stronę to pójdzie. Plan był tylko taki, żeby nakręcić podróż i Jaśka w pierwszym dniu szkoły, a potem obserwować, co się wydarzy.

Jasiek nie znał hiszpańskiego, ale dla ośmiolatka wyjazd z dużego miasta to jednak dobra rzecz. W Polsce to obowiązkowo: dobra szkoła, sport, fortepian, angielski... Tam odetchnął, szkoła kończyła się w południe i świat należał do niego. Na początku wracał do domu, czytał książki i nieśmiało wychodził na dwór, z czasem ta przestrzeń się dla niego otwierała i mógł sobie wszędzie chodzić sam. Mnie się wydaje, że ta Argentyna jest w nim głęboko, to jego zapas na przyszłość.

Po dwóch latach w Argentynie trudno było mu się odnaleźć w Polsce. Tutaj są jednak inne relacje między ludźmi, także między dziećmi w szkole i między dziećmi a nauczycielami.

Gorsze?

- Tam jest więcej akceptacji dla drugiego człowieka. Ludzie mają mniej agresji, zostawiają sobie nawzajem dużo swobody, natomiast tutaj Jasiek został od razu wrzucony w tryb, jakim żyją 10-letni chłopcy - z głową nabitą gadżetami, i musiał im dorównać. Miał poczucie, że w Argentynie coś stracił, tu jego rówieśnicy żyli nowoczesnością, a on siedział w jakiejś dżungli i bawił się patykiem albo kąpał w rzece. Powrót był więc dla niego trudny, zwłaszcza że jego przeżycia nikogo w szkole nie obchodziły. Teraz nas z Gosią znowu ciągnie w drogę, a on już chyba wolałby, żebyśmy nigdzie nie jechali, żebyśmy mieli kablówkę i siedzieli wieczorem na kanapie.

Skąd ten zew drogi? Twoi rodzice też tak cię ciągali z miejsce na miejsce?

- Nie, prowadziliśmy dość mieszczański tryb życia, rodzice byli nauczycielami, chociaż... Urodziłem się w Ostrowcu Świętokrzyskim, ale przeprowadziliśmy się do Lublina, a później do Warszawy. Nawet pamiętam, jak jechaliśmy starem załadowanym meblami.

U mnie podróżowanie zaczęło się od fotografii. Najpierw była kilkumiesięczna wyprawa z Gosią do Kazachstanu, w czasie studiów, z aparatem. Tam zachłysnęliśmy się przyrodą, swobodą, poczuciem, że można moderować swoje życie, funkcjonować nieschematycznie. Spotykaliśmy różnych ludzi. W tym roku skończę dokument o dwóch braciach, Polakach, którzy w 1935 r. jako dzieci byli wywiezieni przez Stalina z terenów dzisiejszej Ukrainy. NKWD zamordowało im ojca i pięciu stryjów, jako kilkunastoletni chłopcy uciekli z łagru przez tajgę, 400 km, przeżyli wojnę i potem już zostali w Sojuzie. Starszy był kartografem, sporządzał mapy syberyjskiej tundry, młodszy, malarz, jeździł razem z nim i malował pejzaże. Ich marzeniem był powrót do Polski i w 1998 r. im się udało, wrócili na Mazury jako repatrianci. Teraz mają po blisko 90 lat. Mieczysław i Alfons Kołakowscy. Kręcę ich od sześciu lat, ale w filmie wykorzystam także ich własne materiały, bo jeden z nich całe życie filmował na taśmach 16 i 8 mm. Starszy więcej opowiada, młodszy mniej, nie interesują go wspomnienia. Zwłaszcza że spalił im się dom, w tym obrazy, które przywiózł z Kazachstanu, i teraz chce malować je od nowa. Więc to będzie film o ciągłym odnawianiu swojego życia.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':