"Code Blue"
reż. Urszula Antoniak
Holandia-Dania 2011, dystr. Stowarzyszenie Nowe HoryzontyPrzed premierą w Cannes - w prestiżowej sekcji Piętnastka Reżyserów - na ścianach kina Palais Stéphanie pojawiły się kartki od organizatorów: "Ten film może zranić uczucia publiczności". Jednak "Code Blue" ani przez chwilę nie szokuje na siłę, a canneńska publiczność widziała już rzeczy bez porównania mocniejsze. Bez wątpienia jednak nie jest to film, który da się "lubić". Antoniak wprowadza widzów w rodzaj transu - operuje symbolem i naturalizmem, zmusza do odbioru daleko poza standardową granicą filmowej przyjemności.
Punktem wyjścia jest zimny, diabolicznie cichy, labiryntowy szpital przypominający raczej scenerię odrealnionego kina science fiction. Zanurzoną w bezczasie poczekalnię, w której pacjenci wegetują w oczekiwaniu na śmierć. Ich powierniczką staje się niedawno zatrudniona tu pielęgniarka Marian - myje schorowane ciała, okrywa kocem, wpatruje się w nieme twarze. Widać w tym czułość, ale też coś oschłego, mechanicznego. Jakby Marian kreowała na własną rękę wzniosły spektakl umierania i samozwańczo przejmowała nocami władzę. Nad szpitalem, chorobą i nad śmiercią - tym, którzy, jak sądzi, nie chcą już więcej cierpieć, wstrzykuje śmiertelny zastrzyk.
Ta enigmatyczna bohaterka buduje cały film. Koścista, androgyniczna Bien de Moor - aktorka o wybitnym talencie - hipnotyzuje swoją fizycznością, a jednocześnie wydaje się postacią wyjętą z abstrakcyjnego obrazu. W kontaktach z ludźmi jej bohaterka zachowuje się autystycznie, ale potrafi też cynicznie upokorzyć kasjerkę, która źle policzyła rachunek. Żyje samotnie, ale w swoich fantazjach ma córkę, kochanka i znajomych, dla których urządza przyjęcia. Wierzy w porządek, trzyma się ściśle ustalonych rytuałów. Choć tak naprawdę instynktownie szuka pretekstu, by się z nich wytrącić.
"Popełniłam błąd" - powtarza wielokrotnie, gdy jeden z pacjentów, któremu wstrzyknęła truciznę, w ostatnim geście próbuje się zbuntować. Jego agresja, krew z zadrapanego policzka to nagły wyłom w perfekcyjnie sterylnym, nierzeczywistym świecie Marian. Misterna konstrukcja "Code Blue" zasadza się właśnie na kontraście między higieniczną wzniosłością a naturalistycznym instynktem. Jak w scenie wypożyczania płyty DVD: pielęgniarka, tak jak mężczyzna, którego śledziła, zabiera do domu na wieczór "Doktora Żywago" i... film porno.
Ten mężczyzna (niemiecki aktor teatralny Lars Eidinger) to sąsiad, który mieszka w bloku naprzeciwko. Poznają się w sytuacji skrajnej: oboje z okien swoich mieszkań widzą brutalny, zbiorowy gwałt. Krążą wokół siebie, przypadkowo spotykają i mijają. Gdy zostaną u niej sam na sam, nie będą parą zakochanych, ale wygłodniałych seksualnie obcych sobie ludzi.
Marian, w przeciwieństwie do tytułowej "Pianistki" z filmu Hanekego, do której "Code Blue" zbyt łatwo się porównuje, nie ma skłonności do perwersji. Przypomina raczej postać nie z tego świata, która przygląda się seksualności ze zdziwieniem i sama dokonuje na sobie erotycznych eksperymentów. Pacjentów dotyka w sposób wyraźnie zmysłowy, w domu trzyma brudny materac, który mógł należeć do poprzednich właścicieli, podnosi zużytą (i to podczas gwałtu) prezerwatywę, a w autobusie odurza się męskim zapachem. Fascynuje ją związany z seksem "brud", erotyczna fizjologia odkrywana tak, jakby ta sfera życia wcześniej dla niej nie istniała.
Być może Marian to zaplątany we współczesność Anioł Śmierci, dziwna istota poza płcią i czasem. Ale można też na nią patrzeć jak na Anne z debiutanckiego filmu Antoniak "Nic osobistego", tyle że po latach. Tamta bohaterka doświadczała trwającego chwilę cudu spotkania zakończonego nienaprawialną stratą: mężczyzna umierał na jej oczach, a ona owijała jego ciało w prześcieradło i wyrzucała pozostałe po nim przedmioty. Marian zachowuje się tak, jakby jakaś trauma z przeszłości zamroziła ją, zakleszczyła w życiu zastępczym. A przecież robi dokładnie to co Anne: pielęgnuje ciała zmarłych, przykrywa je prześcieradłem, przeprowadza innych "na drugą stronę". I żyje jak ascetka - w pustym mieszkaniu leżą nierozpakowane kartony z rzeczami, a najważniejszym przedmiotem jest szafka z "pamiątkami" po szpitalnych pacjentach: jakiś grzebień, obgryziony ołówek, guzik.
"Code Blue" to film pod względem formalnym chirurgicznie precyzyjny, mistrzowsko operujący ciszą, montażem i hipnotycznymi zdjęciami Jaspera Wolfa: widać wyraźnie, że wśród ważnych dla reżyserki twórców jest nie tylko Haneke, ale też Ulrich Seidl czy Carlos Reydagas. Ale ten zimny, obezwładniający obraz łączy z jasnym "Nic osobistego" więcej, niż się na pozór wydaje - w obu najważniejszy staje się ślepy wyrok śmierci i tęsknota za spotkaniem, które pozwoliłoby oswoić obcość świata.
W "Nic..." to spotkanie staje się możliwe, chociaż na chwilę. W "Code Blue" okazuje się już mrzonką. Brutalny finał, do którego Antoniak przygotowuje widza konsekwentnie, jak w thrillerze, obnaża trywialność seksu, ale też łączącą przypadkowych kochanków, rozpaczliwą bezradność. Skoro nieosiągalne są bliskość i intymność, pozostaje tylko chwilowe spełnienie, ekstatyczny wybuch, który upokarza obie strony. I rozpoznawanie na własną rękę, co wolno, a co nie, co jest grzechem, a co świętością.
Film Antoniak, który jest ubranym w cudzysłów spektaklem (nieprzypadkowe ujęcie zasuwania zasłony jak kotary w teatrze), nie tylko nie obraża żadnych uczuć, ale zgodnie z tytułem, zaczerpniętym ze szpitalnej terminologii, je reanimuje: w bohaterce i w widzu. Rzadko zdarza się dziś w kinie przeżyć katharsis. Ale też rzadko wśród filmowców początkujących pojawiają się twórcy tej klasy.
Mieszkająca w Holandii Polka już ma kilka planów na filmy w Polsce - jej reżyserska precyzja, erudycja i odwaga mogłyby stać się dla naszego kina ożywczym otrzeźwieniem.