Ten film jest oparty na historii prawdziwej, opisanej w dwóch amerykańskich książkach: "W kanałach Lwowa" Roberta Marshalla i wspomnieniowej "Dziewczynce w zielonym sweterku" Krystyny Chiger. Kanalarz Leopold Socha spotyka grupę Żydów, którzy zbiegli do kanałów podczas likwidacji getta. Chroni ich, początkowo za pieniądze, później bezinteresownie. Tak jak inne głośne filmy o Holocauście również ten prowadzi do finałowego ocalenia, wyzwolenia, nadziei, momentu zwycięstwa dobra.
Jednak Agnieszce Holland udało się uniknąć pewnej pułapki. Pojawia się ona za każdym razem, gdy temat zagłady i solidarności zostaje nagięty do wzorów bajki lub przypowieści o zwycięstwie życia nad śmiercią, o dobru pokonującym zło. Triumf dobra wydaje się wtedy czymś naturalnym. Widz myśli: na miejscu bohatera ja też pomagałbym Żydom. Przenosimy w przeszłość nasze obecne wyobrażenia wyniesione z sytej i bezpiecznej rzeczywistości. Czy gdybym żył za okupacji i codziennie mijał tramwajem mur getta, za każdym razem czułbym podobny wstrząs jak dziś, kiedy oglądam zdjęcia i dokumenty z tamtego czasu? To złudzenie. Świadectwa żyjących wtedy ludzi mówią co innego. Kluczem do zrozumienia ówczesnej świadomości wydaje się zdanie Zofii Nałkowskiej zapisane w dzienniku w 1943 r., w momencie pożaru getta: "Czy świat jest straszliwy? Świat jest zwyczajny, to trzeba założyć. Świat j e s t taki. Dziwna w nim jest tylko moja zgroza i takich jak ja". Normą było przyzwyczajenie, czymś niezwykłym - przebudzenie świadomości, o którym opowiada "W ciemności"
Ten film będzie zestawiany z dwoma najsłynniejszymi filmami o zagładzie i ocaleniu - "Listą Schindlera" Spielberga i "Pianistą"
Polańskiego. Jednak różni się od nich zasadniczo, w moim poczuciu - na korzyść. Holland wprowadza inny punkt widzenia, innego bohatera - zwykłego człowieka, który nie zdaje sobie sprawy z własnego dobra, z charyzmy, którą ma w sobie.
Dobro jako odkrycie Holland również - jak tamci - uruchamia straszliwy teatr zagłady w scenach likwidacji getta. Ale zarazem nie gra na uczuciach widza, pozwala na ironię i dystans. Popularne filmy o Holocauście biorą widza w kleszcze wzruszenia. Najpierw konfrontują nas z orgią zła, aby potem chwycić za gardło obrazem triumfu dobra. U Holland - inaczej. Już sama koncepcja wizualna, stworzona przez autorkę zdjęć Jolantę Dylewską, rozprasza w obrazie elementy dobra w sposób niezwykły, nienarzucający się, ale jednak stale obecny.
Dobro ukazane jako odkrycie, coś, co świeci w ciemnościach - tak właśnie świecą w kanałach ludzie i rzeczy na zdjęciach Dylewskiej. Wszystko jest tu zanurzone w mroku. Dobro wynika z sumy odruchów i zachowań, które wcale na to nie wskazują. Bez emocjonalnego szantażu udało się ukazać dynamikę jego powstawania - jako czegoś nieoczywistego, zaskakującego, rodzącego się w człowieku. Istotne, że przemiana kanalarza Poldka Sochy w kreacji Roberta Więckiewicza, a także przemiana ludzi, których przez 14 miesięcy chronił w komorze kanału i których w ostatniej, olśniewającej scenie nazwie "moimi Żydami", powstaje na gruncie okupacyjnej normalności.
Jej prawdziwy obraz został z naszej świadomości wyparty - Holland go przywraca. Normą było zmęczenie, zobojętnienie na zło czy wręcz przyzwolenie na nie. Bywało coś jeszcze, o czym wciąż wstydzimy się mówić - przyjęcie elementów ideologii hitlerowskiej z jej antysemityzmem zawartym w samym języku czy w plakatowym porównaniu: "Żydzi - wszy - tyfus". Poldek przejmuje ten język, kiedy mówi do Żydów w kanale: "Nalazło was tu jak wszy". Zna też inny argument, który wytoczył w kościele jakiś "ksiądz Tadeusz": że Żydzi cierpią za swoje winy. "To Pan Jezus był Żyd?" - dziwi się kanalarz Szczepko, słysząc tę rewelację od żony Poldka.
Świętości w służbie zbrodniW znakomitym, na nowo odkrytym po latach opowiadaniu Ludwika Heringa z 1945 r. "Meta", opublikowanym niedawno w książce "Ślady", stróż garbarni przylegającej do getta, prosty człowiek, który "nie zaraził się przekonaniami masy", w momencie zagłady getta słyszy wokół siebie opinię zwykłych, pobożnych ludzi: "Jak winny musi być naród, na który Pan Bóg taką karę zsyła".
Stopień zaczadzenia hitleryzmem nie zależał od wykształcenia. W tej sytuacji dziwienie się potocznym złem okupacyjnym wydaje się naiwnością - należy pytać raczej: jak możliwe było dobro? O tym właśnie mówi "W ciemności".
Ten film - przykuwający wzrok zmysłowymi obrazami, czepiający się materialnych detali: czyjejś niebieskiej koszuli, czerwonych bucików, zielonego sweterka - stanowi w gruncie rzeczy paradoksalną przypowieść. Podczas gdy naokoło triumfuje hitlerowska antyreligia, Socha i "jego Żydzi" tworzą więź, która spełnia idee religijne bez powoływania się na nie, poza obrzędami, poza rytuałami, poza Kościołem - a dosłownie pod nim, bowiem komora kanału, gdzie ukrywają się Żydzi, znajduje się bezpośrednio pod nawą świątyni. Ludzie ukrywający się w kanale słyszą nabożeństwa, tak jakby znajdowali się w tej samej przestrzeni. Kiedy na górze odbywa się Pierwsza Komunia Święta córki Sochy, on sam zostawia rodzinę i zbiega do "swoich", żeby ich ratować przed potopem.
Rozproszone w filmie biblijne aluzje (potop, dziesięciu sprawiedliwych, dwunastu apostołów) mają w sobie ironię. Nawet hitlerowska rzeczywistość perfidnie podszywa się pod schemat Sądu Ostatecznego: po jednej stronie "zbawieni", po drugiej - "potępieni". W zmąconej świadomości ogłupiałych ludzi wojna i Zagłada mogły wyglądać na spełnienie woli bożej. W tym świecie odwróconych wartości, świętości wprzęgniętych w służbę zbrodni, więź, jaka powstaje między Sochą i "jego Żydami", jest dobrem, które siebie nie zna i nie wiadomo, skąd przychodzi. Nie spływa z nieba, tworzy się pomiędzy ludźmi, w brudzie kanałów.
Najpierw jest tylko transakcją handlową. Potem staje się koniecznością. Z początku trudno oddzielić, co tu jest ludzkim odruchem, a co interesem. W grę wchodzi poczucie władzy, przyjemność panowania nad kimś, kto jest w naszych rękach, jak laleczki z getta, którymi bawi się córeczka Sochy. Stopniowo jednak ukrywający się stają się "jego ludźmi", a Socha "ich człowiekiem".
Ludzie jak bogowie Nie przypominam sobie filmu, który by tak przejrzyście rozwijał dosadną, ewangeliczną definicję miłosierdzia: "Jak cię ktoś poprosi o chleb, to podasz mu kamień? Jak cię poprosi o rybę, czy podasz mu węża? A jak poprosi o jajko - dasz mu skorpiona?".
Czy pomagając Żydom, Socha odkupuje własne grzechy? Zaspokaja swoją próżność? Kupuje sobie wdzięczność? Jeśli tak jest, w pewnym momencie przestaje to być ważne. Decydujący będzie moment, gdy po raz pierwszy mu podziękują i zobaczą w nim wybawiciela, a nie szmalcownika. Dramat uzależnienia ratowanych od wybawicieli, kiedyś tak tragicznie zarysowany przez Agnieszkę Holland w "Gorzkich żniwach" z 1985 r. (jej pierwsza nominacja do Oscara), temat władzy nad drugim człowiekiem, przymus wdzięczności i odpłaty, tu znajduje inne, nietragiczne rozwinięcie.
Przez długi czas bohaterów dzielą pogardliwe stereotypy, które sobie wzajemnie przymierzają: zdrajców Żydków i zdrajców Polaczków. Holland pokazuje władzę stereotypów - wtedy i teraz - choć chyba żaden polski film (może "Jeszcze tylko ten las" Jana Łomnickiego?) nie zrobił tak wiele dla ich przedrzeźnienia i rozbrojenia.
W pewnym momencie Socha, grzeszny "zbawiciel", oraz jego "apostołowie" stają się zakładnikami dobra, które "gładzi grzechy". Używam tu frazeologii religijnej, ale w filmie jest ona przezroczysta, ludzka, nienacechowana żadną ideologią. To ludzie grają przed sobą role bóstw: władców, mścicieli, dobroczyńców.