http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Sherlock widzi wszystko

Jacek Szczerba
2012-01-05, ostatnia aktualizacja 2012-01-09 13:39

"Sherlock Holmes: Gra cieni"
fot. zdjęcia promocyjne

"Sherlock Holmes: Gra cieni" od dziś w kinach: sarkastyczny, pełen smaczków, pomysłowy. Lepszy od jedynki


fot. zdjęcia promocyjne
"Sherlock Holmes: Gra cieni"
Sherlock Holmes: Gra cieni
fot. zdjęcia promocyjne
Sherlock Holmes: Gra cieni
SERWISY
Sherlock Holmes (Robert Downey Jr.) i dr John Watson (Jude Law) znów pracują w duecie, choć ten drugi dopiero co się ożenił. Tym razem wyzwanie rzuca im geniusz zła - prof. James Moriarty (Jared Harris). Intryga ma charakter zbrojeniowy - Moriarty chce wywołać wojnę, żeby zarobić na handlu bronią. Bohaterom pomaga Cyganka Simza Heron (Noomi Rapace).

Nie przepadałem za "Sherlockiem Holmesem" sprzed dwóch lat, bo prym wiodły w nim bijatyka rodem z kina akcji oraz anegdota na poziomie średnio skomplikowanego komiksu. Druga część udała się lepiej. Wciąż sporo jest tu gonitw, ale mamy też odtworzenie procesu myślowego człowieka rozwiązującego zagadkę kryminalną. A analiza tego procesu jest przecież charakterystycznym elementem opowieści sir Arthura Conan Doyle'a. W filmie Guya Ritchiego pracę szarych komórek obserwujemy albo bezpośrednio - np. w scenie balu, gdy bohaterowie zastanawiają się, kto z gości jest zamachowcem, padają argumenty za i przeciw różnym kandydaturom - albo pośrednio, gdy widzimy książkę o uprawie kwiatów leżącą w pewnym pokoju i zeschnięte kwiaty na parapecie. Co te dwie rzeczy znaczą razem, dowiadujemy się znacznie później, chyba że do tego czasu ktoś sam na to wpadnie.



To myślenie wcale nie odbiera filmowi urody. W obrazku wciąż jest nadzwyczaj efektowny. Choćby sekwencja wizyty w fabryce uzbrojenia: ileż tam niezwykłego sprzętu, kule fruwają, krew leje się gęsto.

W drugiej części ciekawszy jest również sam Holmes. "Co widzisz?" - pyta go Cyganka, a on odpowiada: "Wszystko. I to jest właśnie moje przekleństwo". Mimo tej doskonałości Holmes ma jednak rysy. Jest zazdrosny o małżeństwo Watsona z Mary (Kelly Reilly) i o ich wyjazd w podróż poślubną. Ale będzie umiał temu zaradzić. Ma też słabości - nie jeździ konno. To, że Holmes w wersji Downeya Jr. znajduje się ledwie o krok od choroby psychicznej, świetnie pokazuje jego eksperyment z upodabnianiem się do otoczenia na wzór kameleona, skądinąd bardzo pożyteczny w pracy detektywa.

O tym, że na psychikę Holmesa musiały wpłynąć także geny, przekonuje spotkanie z jego starszym bratem Mycroftem (Stephen Fry) pracującym w rządowych służbach specjalnych. Cóż to za groteskowy typ, z jeszcze bardziej groteskowym służącym!



Jude Law jest chyba najbardziej krewkim i dziarskim Watsonem, jakiego w życiu widziałem. Blisko mu do samego Conan Doyle'a, w końcu też lekarza. Zresztą gdyby te filmy kręcono w manierze bardziej konserwatywnej, a nie odlotowej, to on spokojnie mógłby zagrać Holmesa. Sylwetką pasuje doń bardziej niż Downey Jr.

Noomi Rapace po roli w szwedzkim "Millennium" robi hollywoodzką karierę. Tu jednak nie było na nią pomysłu - dano jej do wykonania parę gimnastycznych ewolucji, ubrano w sukienki jak dla lalki, ale jej "trudna" uroda jakoś się w tej konwencji nie odnalazła. Byłoby pewnie lepiej dla niej, gdyby jej postać weszła w intensywniejsze relacje z mężczyznami. Bez tego trudno się jej wykazać.

Co jeszcze lubię w "Sherlocku Holmesie: Grze cieni"? Odrobinę sarkazmu. W rozmowie z Holmesem Moriarty powiada, że on wygra i tak, bo ludzie mają naturalny pociąg do zła. Swoją drogą to, że w roli Moriarty'ego nie obsadzono żadnej gwiazdy (a mówiono m.in., że będzie nim Brad Pitt), sprawiło, że poza pojedynkiem postaci - Holmesa i Moriarty'ego - nie mamy równoległego pojedynku grających je aktorów.



Poza tym lubię tu mrugnięcia okiem to widzów. Gdy akcja przenosi się do Szwajcarii i oglądamy na ekranie potężny wodospad, to nawet jeśli znamy się na Holmesie tylko trochę, wiemy, czym to się musi skończyć.

Lubię też okolicznościowe smaczki. Przez część filmu jesteśmy w Paryżu, sporo czasu spędzamy w Operze Garnier. A co się akurat w tym mieście buduje? Ów obiekt przez chwilę pojawia się w kadrze. Kto go rozpozna?

No i podoba mi się dowcipna i pomysłowa końcówka. Mało kto umie zręcznie kończyć takie filmy. Zresztą wątek Ireny Adler (Rachel McAdams), w której Holmes wyraźnie się durzy, poprowadzono tu tak, że trzecia część wydaje się nieunikniona.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':