Było dużo sukcesów, nawet momentów triumfu.
Polski pawilon na Międzynarodowym Biennale Sztuki w Wenecji z filmową trylogią Yael Bartany "I zadziwi się Europa", o którym napisały światowe gazety, jednocześnie w Polsce kontestowany. Z jego krytyką wystąpiła na łamach "Gazety" Marta Tarabuła, pisząc, że sztuka ustępuje tutaj propagandzie, że filmy Bartany o tym jakoby w Polsce powstał Ruch Odrodzenia Żydowskiego w deklaracjach mają wypisaną wielość, demokrację i wielokulturowość, a naprawdę są ekspozyturą poglądów, lewicowej Krytyki Politycznej, i że taka sama
moda zapanowała w instytucjach sztuki w Polsce.
To, co Tarabuła słusznie zauważyła, to słabość wielu wystaw w Polsce, m.in. kolekcji
otwartego w maju Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie, czyli
MOCAK. Natomiast
wystawa "Historia w sztuce" tamże była bardzo dobra. To, że nawiązała do historii, nie wynikało z "lewicowego szyku", ale było koniecznością. Muzeum otwarto przecież w miejscu, w którym od historii uciec się nie da, bo w dawnej "fabryce Schindlera", gdzie w czasie wojny znajdował się obóz pracy, część obozu w Płaszowie. Do pewnego stopnia zawdzięczamy to fikcji. Gdyby nie film Spielberga, który rozsławił to miejsce, nie byłoby otwartego w 2010 r.
Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, a potem MOCAK w tych samych zaadaptowanych na ten cel budynkach.
Jest pewnym grymasem historii, że drugie muzeum sztuki współczesnej, które otwarto w Polsce w tym roku znajduje się w poniemieckim schronie z okresu Festung Breslau. Chodzi o
Muzeum Współczesne we Wrocławiu w imponującym budynku bez okien na pl. Strzegomskim. Co prawda jest to siedziba tymczasowa, za kilka lat ma powstać nowy gmach, niezakażony historią. Widziałam tam inauguracyjną
wystawę, otwartą podczas Europejskiego Kongresu Kultury, i uważam, że jeśli ktoś w takim miejscu - klaustrofobicznym, przypominającym wnętrze egipskiego grobowca - polubi sztukę współczesną, będzie to jej zwycięstwo.
Bo polska sztuka nie dość, że sama obciąża się obowiązkami wobec narodu i historii, ma jeszcze pecha do muzealnej topografii. Jest paradoksem, że
Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku powstaje w gmachu budowanym od podstaw, a sztuka współczesna mieści się w byłych obozach i schronach. Prócz Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, które tymczasową siedzibę znalazło w dawnym domu meblowym Emilia.
Choć ten kontekst też bywa historyczny. Z tym że organizowany przez MSN już po raz trzeci
festiwal Warszawa w Budowie był poświęcony nie tylko historii modernizmu, ale także aktualnym problemom, jak społeczna partycypacja czy
ekologia. Przesłanie było takie, że przestrzeń wokół to coś, co realnie możemy zmienić.
Martyrologia powinna mieć swoje granice, tym bardziej że w polskiej sztuce przyjmuje ona postać specyficznego narcyzmu, wcale nie tylko lewicowego. Przypomnijmy manifest poglądów politycznych kuratora, jakim jest ciągle czynna
wystawa "Thymos. Sztuka gniewu" w CSW w Toruniu. Zaprotestowali uczestniczący artyści, kiedy się zorientowali, że służy ona udokumentowaniu teorii spiskowej na temat katastrofy w Smoleńsku. Zresztą, niechby i wystawy przypominały Brechtowskie "Lehrstücke", nie o to chodzi. Chodzi o to, bym mogła w to uwierzyć.
A więc o zmysły. O ciało. Nie wszyscy potrafią odrzucić sztukę na rzecz polityki tak inteligentnie jak Artur Żmijewski, kurator przyszłego Biennale w Berlinie.
Skoro to czas podsumowań, podsumuję także niedosyt. Jesienią widziałam wystawę
"Eyeball Massage" szwajcarskiej artystki wideo Pipilotti Rist w Hayward Gallery w Londynie. Już w samym tytule "Masaż gałek ocznych" podpowiedziała, który organ jest przez sztukę zaniedbany. Masaż był szczodry, z energią, której Rist pozazdrościłam. Ona nie zna reguł, miar, zasad. Nie było ani jednego prostokątnego ekranu, film mógł zostać wyświetlony w damskiej torebce, w kołysce, pod stopami w dziurce wywierconej w podłodze, która kojarzy się z czyśćcem lub piekłem. To był festyn zmysłowości i afirmacji. I nie chodzi wcale o konformizm, to byłoby zbyt tandetne. Odwrotnie, chodzi o to, że nie ma buntu bez minimalnej choćby wiary w siebie. Dopiero jakoś wywalczona tożsamość daje możliwość emancypacji.
Zaraz potem znalazłam się na
wystawie "Spojrzenia" w warszawskiej Zachęcie. To konkurs na najbardziej utalentowanego artystę młodego pokolenia. Wszystkie prace, począwszy od filmowej instalacji Konrada Smoleńskiego (zwycięzcy), której recepcja była właściwie niemożliwa z powodu maksymalnego ustawienia głośników, a skończywszy na
"Aldonie" Piotra Wysockiego, filmie o operacji zmiany płci, miały klimat zmysłowej deprywacji. Byłam tam intruzem, obcym wśród obcych, odrzuconą wśród odrzuconych. Cierpiącą wśród cierpiących. Większość prac była skonstruowana jak zapora, psychiczna blokada, co porównać można tylko do utrudnionych kontaktów społecznych, z jakimi spotykamy się na co dzień w życiu. Problemy podejmowane przez artystów wydają się maską ich własnego narcyzmu. Tak wielkiego, że boją się mówić o sobie, by ktoś nie posądził ich o narcyzm. Rist podejmuje tylko jeden temat - siebie: własne życie, pragnienie, pożądanie, przemijanie. Ale przez to, że to jest jej własne, jest także społeczne.
Na szczęście także widzę i nurt przeciwny odzyskiwania zmysłowości.
Wystawa "Oczy szukają głowy do zamieszkania" w Muzeum Sztuki w Łodzi, w 80-lecie kolekcji grupy a.r., była tego przykładem. Szalona, natchniona, bez żadnej ortodoksji, nawet prawie bez Kobro i Strzemińskiego, zawierała współczesne prace o widzeniu, snach, fantazjach i utopii. I jest cała grupa artystów, dla których podstawowym punktem wyjścia jest chęć zagarniania, wchłaniania, dawania. Jak
Katarzyna Kozyra, której projekt "Casting" polega na zapraszaniu ludzi do zagrania jej samej w kręconym przez nią fabularnym autobiograficznym filmie. Narcyzm uświadomiony, użyty do nawiązania kontaktu z drugim człowiekiem, przetworzony, przestaje być narcyzmem.
Jest charakterystyczne, że właśnie ta artystka, która mówi: wy też jesteście dla mnie ważni, naraziła się zawsze gotowej do ataku publiczności. Ten rok kończy się świetną wystawą
"Bez tytułu" Goshki Macugi w Zachęcie, która dotyczy cenzurowania sztuki w Polsce przez radykalnie konserwatywne gremia. Ostatnie dni dopisały jej dowcipną pointę. Grupa krakowskich oburzonych wysyła do ministra kultury, kurii i dyrekcji
Muzeum Narodowego w Krakowie listy protestacyjne przeciw odbywającej się tam
"Wystawie" Katarzyny Kozyry.
Za donosami o rzekomej obrazie społeczeństwa przez sztukę stoi Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Piotra Skargi. Czy poczuli wiatr w żaglach, bo Sejm zadedykował nadchodzący rok słynnemu jezuicie? A może ktoś się zorientował, że głośne artystyczne skandale dotąd niesłusznie omijały dawną stolicę Polski i postanowił to nadrobić?
Oby jednak Rok Skargi nie był rokiem donosów i skargi. Nie tylko w Krakowie.
Polski rok 2011 był wyjątkowo międzynarodowy. Oto dowody:1. Najdłuższe od lat światowe tournée
"Damy z gronostajem" Leonarda da Vinci: od Madrytu, przez Berlin, do National Gallery w Londynie.
2.
"Obok. Polska - Niemcy. Tysiąc lat historii w sztuce" w Martin-Gropius-Bau w Berlinie - największa dotąd wystawa o kulturze polskiej w Niemczech.
3. Prace wybitnej amerykańskiej artystki nurtu politycznego Jenny Holzer w galerii Art Stations w Poznaniu.
4. Inna wybitna Amerykanka
Kara Walker, autorka filmów i fresków o historii niewolnictwa, w CSW w Warszawie.
5.
"Almech" Pawła Althamera w Deutsche Guggenheim w Berlinie - wystawa, którą artysta zamienił w fabrykę rzeźb.
6. Retrospektywa słynnego niemieckiego fotografa, laureata Nagrody Turnera
Wolfganga Tillmansa w warszawskiej Zachęcie.