Każdy z zaproszonych do ankiety dziennikarzy przedstawił swoje dwie subiektywne dziesiątki - polską i zagraniczną. W zależności od miejsca przyznaliśmy tytułom odpowiednią liczbę punktów i dodaliśmy do siebie wyniki powtarzających się pozycji. Faworyci do kilku pierwszych miejsc - zarówno w zestawieniu zagranicznym, jak i krajowym - pojawili się od razu. O dalsze pozycje walka trwała do końca.
Swoje typy przedstawiło dziesięciu zajmujących się muzyką dziennikarzy "Gazety": Marcin Babko, Michał Danielewski, Przemysław Gulda, Tomasz Handzlik, Łukasz Kamiński, Katarzyna Rogalska, Robert Sankowski, Jędrzej Słodkowski, Jacek Świąder i Mariusz Wiatrak.
Płyty zagraniczne
1. "Let England Shake" PJ Harvey Island
Pisanie o tej płycie to i przyjemność, i wyzwanie. Przyjemność, bo to album kompletny. Muzycznie piętrzy skojarzenia od minimalistycznej awangardy, przez niezależny rock, psychodelię, aż po folk. Tekstowo spięty pytaniami o patriotyzm i sens toczonych od wieków wojen, o mroczną stronę ludzkiej natury, która wciąż każe nam rzucać się wzajemnie do gardeł. Wyzwanie, bo Harvey stworzyła wizję tak sugestywną i intensywną, że każda próba przełożenia "Let England Shake" na język prasowej recenzji musi zakończyć się porażką. "To jedna z tych płyt, które wymykają się jednoznacznym klasyfikacjom" - napisałby jakiś zmanierowany krytyk. Nie będziemy uciekać się do tak wyświechtanych chwytów. Zamiast o niej gadać, "Let England Shake" trzeba po prostu posłuchać. (Robert Sankowski)
2. "James Blake" James Blake Atlas/A&M
Zagraniczna prasa lubi doszukiwać się nowych trendów tam, gdzie często ich nie ma, a głównymi bohaterami czynić postaci zasługujące co najwyżej na role drugoplanowe. James Blake skutecznie wymyka się schematom. Już krążąca w sieci świetna przeróbka ballady Feist "Limit to Your Love" zwiastowała rzecz wyjątkową: dudniące, drżące basy zaprawione muzyczną liryką i niepokojącymi, a zarazem fascynującymi eksperymentami z soulem. Debiutancki album 23-latka z Londynu tylko potwierdził doniesienia o jednym z najlepiej zapowiadających się wykonawców młodego pokolenia. Potencjalnych hitów tutaj jak na lekarstwo, pozostały minimalistyczne piosenki, których nie da się wpuścić jednym uchem i szybko pozbyć drugim. Jest potencjał i apetyt na więcej. (Mariusz Wiatrak)
3. "Biophilia" Björk One Little Indian
Aplikacje na iPady i iPhone'y, interaktywne gry, specjalna strona internetowa, teledyski i warsztaty edukacyjne. Pięć fizycznych wydań, w tym boksy wzbogacone o fotografie, książkę i dziesięć kamertonów (każdy do jednego utworu). Ambicja "zjednoczenia muzykologii z przyrodą". Piosenki o ruchach tektonicznych, grawitacji i fazach księżyca. Ratunku! Takich pretensji nie zdradzały nawet największe artrockowe potwory. Na szczęście dla "Biophilii" jest miejsce nie tylko w technologicznych, ale i muzycznych podsumowaniach roku 2011. Piękne melodie, zjawiskowe linie wokalne i ten wyjątkowy głos - "skrzecząco-napastliwo-dramatyczny" (określenie Filipa Łobodzińskiego z magazynu "Rock'n'roll", marzec 1990!). Do tego wspaniałe zestawienie chórów, brzmień organów, harfy, gamelanu z wiązkami elektronicznych połamanych bitów. Jestem chory, gdy słucham takiego "Virusa". Ta choroba podobno nazywa się Björkphilia. (Jędrzej Słodkowski)
4. "Wounded Rhymes" Lykke Li LL/Warner Music
Gdyby Lykke Li była o kilka lat starsza, mogłaby śpiewać z Le Tigre ("Youth Knows No Pain", "Get Some"), a jeszcze wcześniej być muzą producenta Phila Spectora, gdy ten w latach 60. budował kariery popowych wokalistek. Refreny Szwedki są bardzo błyskotliwe, ale brzmienia matowe. W melodiach i wykorzystywanych instrumentach to popowy oldskul - tak grają bębny, klawisze, drugoplanowa gitara. W rytmach i brzmieniach jest za to surowość, a nawet drapieżność charakterystyczna dla talentów zrodzonych w garażu, a nie w laboratoriach NASA. Tego typu zanieczyszczona elegancja sprzed lat to coraz częściej patent nowych artystów na przeboje. Plus teksty. Pochwała młodości, wiara, że stać nas na więcej. Nasz ranking lubi takich "małych" artystów - Lykke Li obiecuje wiele. Pomysłowa niediwa, którą pamiętamy z debiutanckiej płyty "Youth Novels", wyhodowała sobie solidne pazury. (Jacek Świąder)
5. "Nine Types of Light" TV on the Radio Interscope
Muzyka alternatywna w wersji przystępnej. O sile "Nine Types of Light" stanowią czarny głos Tunde Adebimpe i otwarte, "brooklyńskie" podejście muzyków. Jak na ambitny zespół przystało, TV on the Radio sprawdzają się także w roli producentów własnych utworów. Po undergroundowych wycieczkach teraz zamarzyli sobie jednak "zwykłe" piosenki i zrobili "pop inny niż wszystkie", to znaczy wymagający i wieloskładnikowy, ale dający się słuchać np. w taksówce. Przy ich talencie do melodii jest nam już wszystko jedno, czy aranżacja utworu jest przechylona w stronę gitarowego minimalizmu, czy bogatej nowoczesnej elektroniki. Zawsze wymyślą coś zaskakującego. Wydaje się, że tak mogłoby grać Radiohead, gdyby Jonny Greenwood zaprzestał prób cerowania skarpet Krzysztofa Pendereckiego. Z tym że w Radiohead śpiewa jakiś białas. (Jacek Świąder)
6. "Helplessness Blues" Fleet Foxes Sub Pop
Nie tylko w naszym podsumowaniu album ten znalazł się w czołówce najlepszych płyt 2011 roku. Jego siłą jest prostota i piękno. Niewielu jest muzyków, a już na pewno nie tak młodych, którzy mają dar komponowania melodii tak folkowo przyjaznych i niepokojąco psychodelicznych. A także pisania tekstów tak dojrzale poetyckich i równocześnie młodzieńczo zadziornych. "Helplessness Blues" to dopiero druga płyta Fleet Foxes. Zespół jest na dobrej drodze, by zostać klasykiem na miarę Crosby'ego, Stillsa, Nasha i oczywiście Younga. (Łukasz Kamiński)
7. "SBTRKT" SBTRKT Young Turks
Za pseudonimem SBTRKT i nieco przerobioną plemienną maską ukrywa się londyński producent Aaron Jerome. Do tej pory znany był głównie z remiksów - mierzył się z m.in. z utworami Radiohead, M.I.A. i Basement Jaxx. Motywami przewodnimi jego debiutanckiej pełnowymiarowej płyty są bas i rytm. W niektórych momentach utwory przywodzą na myśl gęstą, mroczną atmosferę wprost z klubowych parkietów ("Heatwave"), a kiedy indziej pozwalają po prostu potupać nogą ("Pharaohs"). Przede wszystkim jednak nie brakuje tutaj dobrych melodii, których potencjał rewelacyjnie podkreślają zaproszeni wokaliści: Sampha, Roses Gabor, Jessie Ware i Yukimi Nagano z Little Dragon. (Katarzyna Rogalska)
8. "Eye Contact" Gang Gang Dance 4AD
Do niedawna ci nowojorczycy uchodzili za pupilów przemądrzałych krytyków. Ich piąty album podtrzymał tę tradycję. Nic dziwnego, bo to dzieło szalenie wciągające. Osobny mikrokosmos, w który wprowadza 11-minutowa suita "Glass Jar". Ale tym razem ich autorska masala - przyrządzona z koronkowej elektroniki, syntezatorowych pasaży, brzmień, harmonii i rytmów odsyłających na subkontynent indyjski, do Chin i Angoli (wyliczanka mocno skrócona) - stała się bardziej przystępna. Gang Gang Dance są gotowi, by być słuchanymi przez miliony i oglądanymi przez tysiące na największych festiwalach. I by setki pociły się na parkiecie przy "MindKilla" czy "Chinese High". (Jędrzej Słodkowski)
9. "Hurry Up, We're Dreaming" M83 Naive
Ekipa pod dowództwem Anthony'ego Gonzaleza stworzyła coś bardzo ładnego. Mamy tu synthpop zmieszany z psychodeliczną atmosferą, szczyptą elektronicznego eksperymentu i aranżacyjnym rozbuchaniem. Najlepszy komentarz do wydawnictwa napisał sam Gonzales, twierdząc, że jego główną inspiracją przy pisaniu piosenek był album "Mellon Collie and the Infinite Sadness" The Smashing Pumpkins. "Hurry Up, We're Dreaming" tak jak dzieło zespołu Billy'ego Corgana jest dwupłytowe i tak jak ono jest zwieńczeniem epoki. The Smashing Pumpkins zakończyli de facto swoim wydawnictwem erę grunge'u. Mam wrażenie, że M83 powtarza ten manewr, jeśli chodzi o elektroniczny pop. I czyni to równie spektakularnie. (Michał Danielewski)
10. "Gloss Drop" Battles Warp
Znakiem jakości albumu jest już sama wytwórnia Warp - świątynia współczesnej elektronicznej awangardy, miejsce, w którym eksplodował talent ukrywającego się pod pseudonimem Aphex Twin Richarda D. Jamesa. Mogłoby się wydawać, że Battles nie do końca pasują do tej stajni. To w końcu zespół rockowy. Ale to rock bardzo specyficzny. Nowojorska supergrupa (tworzący ją muzycy rekrutują między innymi z formacji Helmet) śmiało przesuwa granice gatunku. "Gloss Drop" poraża matematyczną precyzją grania, gęstym brzmieniem i transowym rytmem. Gdyby Robert Fripp założył King Crimson w XXI wieku, jego zespół mógłby brzmieć właśnie tak. (Robert Sankowski)
Płyty polskie
1. "Zapomnij" Ballady i Romanse Chaos Management
Korzystając z małej przerwy w działalności formacji Pustki, jej wokalistka Barbara Wrońska ponownie połączyła siły ze swą siostrą Zuzanną, by po kilkuletniej przerwie przywrócić życie ich wspólnemu projektowi. Dziewczęta, przy pomocy kilku kolegów, nagrały bardzo różnorodny, wciągający i porywający materiał, w którym znalazło się miejsce i na dość tradycyjne gitarowe piosenki, i na znane z poprzedniej płyty eksperymenty na granicy awangardy i dziecięcych zabaw. Siłą płyty są znakomite teksty, w których dziewczęta przekazują swój oryginalny, wdzięcznie naiwny sposób widzenia świata. W efekcie powstała znakomita płyta, która bezapelacyjnie zwyciężyła w tegorocznym zestawieniu. (Przemysław Gulda)
2. "8" Katarzyna Nosowska Supersam Music
Wokalistka Hey w swojej solowej robocie wykorzystuje dość odległe od siebie style i odnajduje się w nich bez trudu. Przeskakuje od dynamicznej, tanecznej elektroniki do wolniejszych trip-hopu i ambientu. Fortepian, smyki, trąby. Publiczność jest już dobrze rozeznana w jej liryce, ale tym razem Nosowska wpuszcza do tekstów trochę światła. Po swojemu: "Spójrz jak zielone/ Kapie z wszystkich drzew/ Spójrz jak przetacza krew/ Natura, z zimy wstaje świat" ("Pa"). W rozmowie z "Gazetą" po premierze "8" mówiła: "Każda kolejna płyta to próba uzyskania stempla przedłużającego wizę na mój pobyt na scenie. Jeśli publiczność mi go nie wystawi, to będę się musiała spakować i zawinąć. Bo po co mam to w takiej sytuacji robić?". Charyzmatyczna postać. Nie ma wątpliwości - "8" się przyjęło, następne produkcje mile widziane. (Jacek Świąder)
3. "The Best Is Yet To Come" Snowman Kayax
Mało jest w Polsce zespołów, w których można się zakochać. Takich, co porywają przemyślanymi muzycznymi strukturami i jednocześnie powodują, że po plecach przechodzą nam ciarki. Na swojej drugiej płycie poznański Snowman dowiódł, że właśnie dorósł do takiej roli. Teraz, również za sprawą producenta Marcina Borsa, w pełni uwolnił potencjał, którego dowodem był debiutancki album "Lazy". Paradoksalnie, zrobił to przez redukcję. Piosenki są krótsze i bardziej spójne. Wreszcie nie rozłażą się w jazzujących improwizacjach, a balans między popem i awangardą jest odmierzony prawie perfekcyjnie. No i wreszcie Michał Kowalonek śpiewa również po polsku. (Michał Danielewski)
4. "Gore" R.U.T.A. Karrot Komando
"GORE - pieśni buntu i niedoli XVI-XX wieku" - ten projekt w zasadzie z miejsca skazany był na sukces wśród przedstawicieli co najmniej dwóch środowisk: punkowców i wielbicieli folku. Oto bowiem niemal legendarni przedstawiciele obu tych gatunków spotkali się w studiu, żeby wspólnie nagrać płytę zawierającą zaczerpnięte ze staropolskich przekazów ludowe pieśni antyfeudalne i antyklerykalne. Inicjatorem projektu był Maciej Szajkowski, lider Kapeli ze Wsi Warszawa, któremu udało się zaprosić do współpracy m.in. Pawła Gumolę z grupy Moskwa i Roberta Materę z Dezertera, a przede wszystkim niewidzianą na scenie i w studiu nagraniowym od lat Nikę z Post Regimentu. Na płycie dominują akustyczne, folkowe brzmienia, a teksty są tak radykalne, że aż dziwne, że nie wywołały do tej pory jakiegoś skandalu. (Przemysław Gulda)
Kiedy wielu dziennikarzom i słuchaczom wydawało się, że łódzka formacja powiedziała już wszystko, powróciła z rewelacyjną płytą. Pod względem muzycznym to prawdziwa rewolucja: zamiast gitar - duża doza elektroniki, zamiast krzyku - śpiew. Pod względem tekstowym wyszło natomiast na jaw coś, co do tej pory było na drugim planie, ukryte pod brzękiem rozbijających się butelek z benzyną - odrzucenie, rezygnacja i tytułowa ewakuacja. I jeśli - jak zapowiadają członkowie zespołu - rzeczywiście miałby to być ostatni album tej grupy, byłoby to piękne pożegnanie. (Przemysław Gulda)
6. "Cztery i pół" Łona i Webber Dobrzewiesz Nagrania
Pokoleniowa płyta dla ludzi urodzonych na początku lat 80. I krążek, który przyswoją bez problemu również słuchacze nieinteresujący się hip-hopem. Choćby dlatego, że Łona jest jednym z najinteligentniejszych autorów tekstów w tym kraju. Opisuje rzeczywistość z niesłychanym polotem. Czasami zabawnie, jak w wypełnionym celowo błędami językowymi "To nic nie znaczy". Kiedy indziej robi z piosenki "Nie pytaj nas" porywający generacyjny manifest. Wszystko to na tle podkładów Webbera, dość oszczędnych, zakorzenionych w syntezatorowych brzmieniach sprzed trzech dekad, ale potrafiących też zaskoczyć korzennym hiphopowym motywem połączonym ze smoothjazzowym brzmieniem. (Michał Danielewski)
7. "Ethno Electro" Gooral SP Records
Niby nic oryginalnego - tradycyjne folkowe zaśpiewy i brzmienie instrumentów charakterystyczne dla kapel zamieszkujących wyższe partie nadwiślańskiej krainy, a obok zwariowane klubowe rytmy. Ale Gooral (niegdyś członek bielskiej grupy Psio Crew) potrafił wykrzesać z tego połączenia iskrę. Muzyk zagrał ostro, bez kompleksów. I nie ma dla niego żadnych świętości: ludowy folklor wymieszany z drum'n'bassem? Proszę bardzo ("Ja siedze robie muze", "Plan"). Połamane rytmy i zawodzenie skrzypiec? Dla tego faceta to chleb powszedni ("W moim ogródecku"). Zabieg ryzykowny, zwłaszcza jeśli ktoś nie chce nadepnąć na odcisk muzealnikom pielęgnującym pamięć o góralszczyźnie, a jednak mimo wszystko u niego działa. I wciąż słychać, jak stwierdził pewien internauta, że to "po nosemu, panocku, po nosemu". (Mariusz Wiatrak)
8. "Muafrika" Muariolanza Falami
"Mam za dużo myśli w głowie. Muszę je zgrać na komputer" - śpiewała Muariolanza na swej debiutanckiej płycie. To pierwszy w Polsce zespół potrafiący tak zgrabnie łączyć klubowe i ambientowe przestrzenie z jazzową improwizacją i trafnie komentującymi współczesność tekstami. Muariolanza wyznaje zasadę klasyka dwudziestowiecznej awangardy Johna Cage'a: "Cisza nie istnieje. Wszystko jest muzyką". I tak jak on wykorzystuje nie tylko instrumenty, ale też otaczające nas na co dzień dźwięki. Na albumie "Muafrika" odwołuje się do afrykańskiej muzyki etnicznej, ale nie wprost. Porywa olbrzymią dawką pozytywnych wibracji, w których jazz ściera się z funky, punk rockiem, transem, psychodelią. (Tomasz Handzlik)
9. "Glimmer" Jacaszek Gusstaff Records
Nie tak dawno był szerzej nieznanym realizatorem w lokalnej rozgłośni i autorem słuchowisk. W ostatnich latach Michał Jacaszek ze specjalisty przeistoczył się w dźwiękowego malarza najwyższej klasy. "Glimmer" to kolejne - po dołerskich "Trenach" i sakralnym "Pentralu" - ogniwo w Jacaszkowym łańcuchu chwały. W eteryczny kolaż szmerów, trzasków, sampli rozmaitych instrumentów (gitary, trąbka, charakterystyczne wysokie brzmienia elektrycznego pianina) wplótł tym razem partie szpinetu (poprzednika klawesynu oraz klarnetu). Jacaszek jest obywatelem Pomorza. Jego muzyka oddycha nieskończonymi przestrzeniami. To pułapka na takie szczury lądowe jak ja. Wpadam w nią z rozkoszą. (Jędrzej Słodkowski)
10. "Smells Like Tape Spirit" Wojtek Mazolewski Quintet Mystic
Najbardziej oczekiwana jazzowa premiera roku od początku owiana była niezwykłą aurą. Nie dość, że ukazała się dokładnie w tym samym terminie, co najnowsze nagranie słynnej grupy Radiohead, to jeszcze sprzedawano ją w ten sam sposób - w internecie. Jakby tego było mało, powstała w specjalnie przygotowanym analogowym studiu, by odtworzyć warunki, w jakich powstawały klasyczne płyty jazzowe z lat 50. i 60. Mazolewski twierdzi, że jego nagranie zrealizowano "na setkę", czyli że cały zespół wszedł do studia, zagrał 11 kawałków i wyszedł. I taki właśnie czysty, niepoddany żadnym obróbkom materiał otrzymujemy. Kwintet Mazolewskiego gra z fantastyczną energią, z jaką można się spotkać tylko podczas koncertów na żywo. (Tomasz Handzlik)