"Każde milczenie ma kres"
Ingrid Betancourt
Przeł. Bożena Sęk
Sonia Draga, Katowice
"Droga do wolności"
Marc Gonsalves, Keith Stansell, Tom Howes
Przeł. Monika Popławska
Sonia Draga, Katowice Dziesięć lat temu Ingrid Betancourt była szanowanym w Kolumbii senatorem. Walczyła dzielnie przeciw zdeprawowanym elitom swojego kraju wysługującym się, przekupywanym lub zastraszanym przez kartele kokainowe i terrorystyczne armie. Ostro krytykowała lewacką partyzantkę FARC. Stanęła na czele nowej partii politycznej Oxigeno Verde i w 2002 r. wystartowała w wyborach prezydenckich jako nadzieja na odmianę.
W czasie kampanii wyborczej została porwana przez FARC. Przetrzymywano ją w dżungli jako zakładniczkę przez sześć i pół roku. Stała się najsławniejszym więźniem świata, symbolem niezasłużonego cierpienia, odwagi i niezłomności. O jej uwolnienie upominała się
Francja, której jest obywatelką, i niemal cała światowa opinia publiczna. W Kolumbii stała się ikoną sprzeciwu wobec przemocy i korupcji. Jej zdjęcia i listy z dżungli, gdzie wycieńczona i chora, dosłownie na progu śmierci, była trzymana w klatce z łańcuchem na szyi, obiegły światowe media.
Kiedy w 2008 r. po brawurowej akcji desantowej uwolnili ja kolumbijscy komandosi, znów była na ustach wszystkich. Jeździła po świecie, obsypywano ją nagrodami i zaszczytami, noszono na rękach. Dostała francuską Legię Honorową i została zgłoszona do pokojowego Nobla. Powszechnie mniemano, że może zostać następnym prezydentem Kolumbii, jeśli tylko stanie do wyborów.
Nie stanęła. Dziś mieszka w Paryżu i Nowym Jorku, Kolumbijczycy nie chcą jej znać, a ona do kraju nie jeździ. Skarży się, że rodacy traktują ją jak przestępcę.
Książka "Każde milczenie ma kres" to jej wspomnienia z ponadsześcioletniej niewoli. Zarobiła na nich miliony, ale w Kolumbii wiele księgarń nie chciało ich sprzedawać.
Co się stało?
Tak się burzy legendę Swoją legendę Ingrid zburzyła rok temu, kiedy promując w Bogocie książkę, złożyła w sądzie pozew przeciw Kolumbii. Za swoją niewolę domagała się ponad 6 mln euro odszkodowania od rządu.
Uznała, że to państwo ponosi winę za jej porwanie przez FARC, bo nie dało jej ochrony, a potem za niewolę, bo nie chciało jej uwolnić. "Wstyd", "hańba", "tupet", "bezczelność" - komentowali publicyści, politycy od lewicy do prawicy oraz setki tysięcy internautów. Powszechne oburzenie kazało jej wycofać pozew.
Kolumbijczycy pamiętali, że Betancourt została porwana w lutym 2002 r., kiedy w trakcie kampanii prezydenckiej jechała na wiec do matecznika terrorystów San Vicente de Caguan. Ogromne terytorium wokół miasta, gdzie przez trzy lata toczyły się pertraktacje pokojowe między rządem i FRAC, niedawno przestało być terytorium wolnym od wojska i policji. Kiedy rozmowy się załamały, rząd ogłosił, że wkracza i przywraca tam swoją władzę. Betancourt pojechała w głąb tego obszaru wbrew ostrzeżeniom władz oraz armii, które uprzedziły ją, że nie mogą zapewnić jej ochrony. Porwania dla okupu lub wymiany za własnych jeńców były bowiem i są - prócz kokainy - głównym źródłem dochodów FARC. Wojskowi wymogli na niej pisemne oświadczenie, że jedzie na własną odpowiedzialność. Żądanie odszkodowania zabrzmiało więc co najmniej fałszywie, a w oczach opinii publicznej zakrawało na chciwość i cynizm. Przez lata niewoli rodzina i zwolennicy Betancourt żądali, by rząd Kolumbii poszedł z FARC na humanitarny "targ" - wymianę zakładników za więzionych partyzantów. Robili wszystko, by powstrzymać władze przed próbami odbicia zakładników z dżungli. Rząd się nie ugiął i ostatecznie odbił Ingrid, trzech Amerykanów pracujących dla giganta zbrojeniowego Northrop Grumman i 11 innych zakładników. Jej była asystentka Clara Rojas wyszła kilka miesięcy wcześniej uwolniona dzięki mediacji wenezuelskiego prezydenta Hugo Chaveza.
Ingrid uroczyście podziękowała prezydentowi Kolumbii za uwolnienie. Obiecywała, że nie obetnie włosów, dopóki farkowcy nie wypuszczą ostatniego zakładnika. Pisała listy do komendanta FARC Alfonso Cano, ale wkrótce poróżniła się z ekstowarzyszami niewoli, z trzema amerykańskimi zakładnikami i Rojas, która w dżungli urodziła
dziecko (ojcem był prawdopodobnie jeden z partyzantów).
Amerykanie oskarżali ją o arogancję i wywyższanie się w trakcie niewoli, o panoszenie się we wspólnym więzieniu, gdzie chciała być najważniejszym więźniem, a z reszty uczynić swoich podwładnych, o walkę o przestrzeń, jedzenie i przywileje więzienne, a nawet o donoszenie farkowcom, że Amerykanie są agentami
CIA.
Kto naprawdę był gwiazdą "Każde milczenie ma kres" warto więc czytać razem z książką "Droga do wolności", czyli wspomnieniami trzech więzionych z Betancourt Amerykanów: Marca Gonsalvesa, Keitha Stansella i Toma Howesa. Ale wcale nie po to, by dowiedzieć się, jak i czemu wpadła w niewolę partyzantów, co nabroiła w niewoli lub po uwolnieniu, i nie ze względu na to, jak sporną postacią jest dzisiaj. Nie warto - jak to robiły światowe media, kiedy ukazały się wspomnienia Betancourt, Amerykanów, Clary Rojas oraz innych uwolnionych zakładników - uprawiać plotkarskiego magla.
Nie da się już zapewne ustalić, czy Betancourt naprawdę robiła z siebie w niewoli gwiazdę, której należą się przywileje i szacunek, bo jest sławnym politykiem, kobietą i obywatelką dwóch krajów. Szkoda też czasu na podsuwane przez nią sugestie, że to raczej Amerykanie jako jeńcy z wielkiego mocarstwa siebie samych uznawali za "perły w koronie", jak miał mówić jeden z nich. Zapewne tak siebie nawzajem postrzegali, pewnie dawali sobie preteksty do takich odczuć, pewnie bywali i małostkowi, i wściekli, i mściwi. Ale także pomocni i wspaniałomyślni.
Ci ludzie przeżyli w niewoli ponad sześć lat. To trudno sobie wyobrazić. Betancourt uciekała z pięć razy, często na oślep, nie mając poczucia kierunku, przez dżunglę, płynąc wpław rzekami pełnymi krokodyli, jedząc surowe ryby. Za każdym razem partyzanci dopadali ją, zakładali kajdany, upokarzali. Amerykanie też nie dali się złamać. Dociekanie, kto z nich lepiej się zachował, czystszy wyszedł z łagru, wyklucza próbę zrozumienia, do czego zdolny jest człowiek w skrajnej sytuacji, kiedy całe jego dotychczasowe życie zostaje unieważnione i nie daje mu najmniejszej wskazówki, jak zachować się na krawędzi.
Zapewne byli więźniowie nie mówią całej prawdy. Zapewne bywają niesprawiedliwi wobec siebie nawzajem, zwłaszcza gdy przychodzi do mierzenia zasług. Ale ich świadectwa zebrane razem pozwalają zajrzeć w ludzką kondycję ponad osobistą anegdotą. Te książki są godne
lektury dlatego, że dają wgląd w zapomniany - przynajmniej w Europie - wymiar ludzkiego cierpienia, bólu i słabości oraz zdolności do pokonywania ich w warunkach wieloletniej niewoli.
Literatura obozowa 2.0 Wspomnienia Betancourt i Amerykanów należą właściwie do literatury obozowej, którą przywykliśmy kojarzyć z czasami II wojny światowej i stalinizmu. Choć dzieli je od tamtych świadectw ponad pół wieku i nie dotyczą wojny, Zagłady ani totalitarnego wyniszczenia milionów ludzi, z punktu widzenia doświadczenia ofiary, codziennego współżycia ofiary i kata należą do tego samego gatunku co świadectwa Primo Leviego, Jorge Sempruna, Imre Kertésza, Natalii Ginzburg czy Aleksandra Sołżenicyna.
To tropikalna wersja gułagu i nazistowskich obozów w miniaturze. Ten inny świat to często strach wyjątkowo perfidny, bo rodzący się wtedy, gdy zdawało się, że nadchodzi ratunek. Najgorsze chwile zakładnicy FARC przeżywają, gdy nadlatują poszukujące ich helikoptery wojskowe, wiszą nad lasem z łomoczącymi śmigłami, a komandosi przeczesują gęstwinę reflektorami lub kamerami noktowizyjnymi w poszukiwaniu obozowiska lub partyzantów. Wtedy każdy z zakładników musi się ukryć w dole lub w gąszczu wraz z osobistym stróżem z odbezpieczoną bronią, który zabije bez wahania, gdy tylko komandosi ich zobaczą i spróbują desantu na ziemię. Wszyscy zakładnicy wiedzieli, że farkowcy rozstrzelali w ten sposób bez słowa ich 11 kolegów. Monotonia niewoli odbierała chęć do życia, ale bliskość ratunku wpędzała w panikę, a potem ustępowała kolejnej depresji.
Życie w niewoli rodzi ambicjonalne, moralne, psychologiczne międzyludzkie piekło. Ludzie są wbrew swej woli stłoczeni na minimalnej przestrzeni, skazani na swoje towarzystwo przez całą dobę, pozbawieni nie tylko swobody, ale też prywatności, dręczeni i karani za byle co przez brutalnych strażników, głodzeni i wycieńczeni niekończącymi się marszami przez dżunglę, bagna, kąsani i atakowani przez mrówki, pająki, muchy i pasożyty, trapieni chorobami, na przemian marznący i duszący się w skwarze.
Niektórzy w farkowskich tropikalnych łagrach gniją w takich warunkach ponad dziesięć lat. Betancourt spotkała w dżungli takich zakładników - żołnierzy i policjantów - pogodzonych z dożywociem w niewoli, żyjących niemal w komitywie z oprawcami, wysługujących się im, rywalizujących o ich względy.
Relacje o ich przeżyciach to przejmujące świadectwa upodlenia niewolnika zdanego na łaskę oprawców, skazanego na beznadziejną wegetację, to unikalny wgląd w sytuację graniczną niedostępną potocznemu doświadczeniu. Wtedy człowiek staje oko w oko nie tylko z fizycznym cierpieniem, chorobą czy przemocą otoczenia, ale z własną i cudzą osobowością. I dopiero wtedy, w czarnej rozpaczy, poznaje siebie i bliźniego naprawdę i do końca.
Wspomnienia te dają też wzgląd w rzeczywistość kolumbijskiej partyzantki. Do niedawna dla wielu nastrojonych lewicowo ludzi w Ameryce Łacińskiej i na Zachodzie była szlachetną armią o ludowym i wyzwoleńczym obliczu. Tymczasem prawda o FARC to prymitywizm i brutalność komendantów, dla których liczy się tylko władza, dyscyplina i seks, a którzy ani o świecie, ani o swoim kraju nie wiedzą nic. To także naiwna niewinność szeregowych partyzantów, dla których bycie trybikiem w paramilitarnej partyzantce oznacza odmianę losu i szansę na wyrwanie się z beznadziejnej nędzy na wiejskich pustkowiach, w rodzinach pijanych i brutalnych ojców i posłusznych im, ale zrozpaczonych matek.