http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Oto on, który nam uciec chciał

Rozmawiała Donata Subbotko
2011-12-22, ostatnia aktualizacja 2011-12-22 13:44

Jednym z jego najodważniejszych projektów był mariaż z muzyką i pieśniami ludowymi w nowoczesnych aranżacjach, na płycie ojDADAna. - Zaskoczyło mnie, jak dobrze śpiewanie starszych pań sprawdziło się w rockowo-klubowych aranżacjach - mówił o tej płycie. - Torowała drogę nowemu podejściu do muzyki, walczyła ze skostniałym sposobem myślenia, że folk to muzyka z malowanej skrzyni zamkniętej na kłódkę - podkreśla gitarzysta Jacek Królik. Leszek Biolik podkreśla, że efekt końcowy
Jednym z jego najodważniejszych projektów był mariaż z muzyką i pieśniami ludowymi w nowoczesnych aranżacjach, na płycie ojDADAna. - Zaskoczyło mnie, jak dobrze śpiewanie starszych pań sprawdziło się w rockowo-klubowych aranżacjach - mówił o tej płycie. - Torowała drogę nowemu podejściu do muzyki, walczyła ze skostniałym sposobem myślenia, że folk to muzyka z malowanej skrzyni zamkniętej na kłódkę - podkreśla gitarzysta Jacek Królik. Leszek Biolik podkreśla, że efekt końcowy "ojDADAna" odzwierciedla zmianę, jaka zaszła w samym Ciechowskim. - To jest Grzegorz, który zaczął kreować siebie na nowo, od początku. Grzegorz szczęśliwy...
Fot. SLAWOMIR KAMINSKI

Przed koncertem Grzegorz zobaczył moje brązowe skarpetki i powiedział: czarne albo będziesz boso. Śmiechy, chichy, ale musiałem zmienić - Grzegorza Ciechowskiego wspomina jego przyjaciel, gitarzysta Republiki Zbigniew Krzywański

Debiutuje w 1978 w zespole art rockowym Respublika, jako flecista.
Miał własną metodę na instrumenty - rozbierał pianino do cna, żeby grało głośniej i wystukiwał różne swoje rzeczy, często inspirowane aktualnym repertuarem TV. - Pamiętam na przykład, że w dni, kiedy szła
Fot. PRZEMYSLAW GRAF/AGENCJA GAZETA
Debiutuje w 1978 w zespole art rockowym Respublika, jako flecista. Miał własną...
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Donata Subbotko: Pierwsze spotkanie z Grzegorzem Ciechowskim?

Zbigniew Krzywański*: Jesienią 1980 r. na koncercie Porter Band w auli UMK w Toruniu. Zespół Res Publica został właśnie osierocony przez lidera Wieśka Rucińskiego (obecnie pracuje w USA jako Jann Castor). Panowie poszukiwali gitarzysty i polecono mnie. W Res Publice Grzegorz był flecistą i pisał teksty. To niejedyny projekt artystyczny, w jakim brał wtedy udział. Była też Symboliczna Łapka Misia, duet flet i gitara, Grzegorz i Zbyszek Ruciński. Grali instrumentalne kawałki robione w kuchni w akademiku, ich "Samba dla Violi" byłaby dziś hitem. Miał też flirt z jazzem w toruńskim zespole Jazz Formation, ale nie zagrzał tam długo miejsca.

Kiedy na bazie Res Publiki w 1981 r. sformułowała się Republika, szybko się okazało, że to Grzegorz wykreuje tę naszą rzeczywistość - i literacko, i muzycznie. W tekstach zmienił estetykę, przestał być lekko hipisiarskim, rockowym bardem. W pierwszych latach działalności Republika kojarzyła się z ascetycznym zespołem, z zimnym liderem.

Taki był?

- Nie. Był postrzegany jako chłodny, niedostępny, ale to nieprawda. Był ciepły, dobry, oddany w przyjaźni. Miewał wręcz problemy z asertywnością - w sprawach życiowych, bo w sztuce nie.

Próby mieliśmy przez pięć dni w tygodniu po sześć godzin, jakbyśmy chodzili do pracy. Grzegorz przyjeżdżał na rowerze składaku w swojej słynnej brązowej skórzanej kurtce.

Szybko odnieśliśmy sukces, kompletnie przez nas nieoczekiwany. Te nasze piosenki to raczej antyprzeboje, trudno nazwać "Kombinat" hitem. Byliśmy zespołem progresywnym, niszowym. Konsekwentnie. I pod wodzą Grzegorza.



Nasz przyjaciel Leszek Kamiński, realizator dźwięku, powtarzał, że Grzegorz ma ten szósty zmysł, że "wie jak". On sam mówił: panowie, nie pytajcie mnie o to, ja jestem tylko jedną lekcję przed wami. Skromny, celebryctwo go drażniło. Żeby być w naszym republikańskim gronie, trzeba było być normalnym człowiekiem.

Ubranym na czarno.

- Pamiętam, jak jeden z ówczesnych posłów powiedział w peerelowskim Sejmie, że to niedopuszczalne, by na scenę wychodzili muzycy w czarnych faszystowskich koszulach z czarnymi krawatami, i żeby w dodatku zarabiali więcej niż minister.

Kiedyś siedzieliśmy z Grzegorzem u kolegi, który miał wujka marynarza przywożącego mu winyle, jakich w Polsce nie było, i zobaczyliśmy u niego składankę singli z tzw. nowej fali. Na obwolucie były okładki tych singli, m.in. Joe Jacksona. Stał w czarnym garniturze i w białej koszuli na tle czarno-szarych wąskich ukośnych pasków. Grzegorz mówi: patrz, to dobrze wygląda, zróbmy takie pasy, tylko szersze, to doskonała ilustracja tego, co robimy.

Słynny czarno-biały krawat nabył na ciuchach w Rembertowie. Wiele lat później przyznawał: przepraszam, ale jestem snobem, jeśli chodzi o ciuchy. Potrafił w restauracji narzekać, że przeginają z cenami, ale tego samego dnia mógł wydać na ubranie każdy pieniądz. Na śniadanie jadał chleb z serem, ale z domu wychodził ubrany w najlepsze ciuchy. A już najlepiej się czuł, jak w Nowym Jorku na Manhattanie kupił sobie spodnie, których uszyto tylko jedną parę. Nieraz nam też wręcz kazał kupić sobie coś takiego. Co ważne, czerń musiała być u nas prawdziwą czernią, pamiętam, że wydawca naszej pierwszej płyty "Nowe sytuacje" sprowadzał farbę ze Szwecji, bo w Polsce satysfakcjonującej nas czerni nie było.

Kiedyś któryś z was założył na koncert brązowe skarpetki.

- To ja. Przed koncertem w garderobie Grzegorz je zobaczył i powiedział: czarne albo będziesz grał boso. Śmiechy, chichy, ale musiałem zmienić.

Wygląd i zachowanie na scenie były dla nas ważne. Żaden z nas nie nadawał się do tego, żeby biegać po scenie. Staliśmy prawie nieruchomo, tylko Grzegorz trochę się bujał w rytm piosenek przy fortepianie. Wtedy raczej nikt tak się nie zachowywał. Ale i stronę muzyczną Republiki trudno porównywać do zespołów, które w tamtym czasie były popularne. Jak graliśmy wspólne koncerty, to przed naszym wyjściem zdejmowano kolorowe światła, u nas mogły być tylko białe żarówki i ciemność. Republika szła w poprzek.

Wybuchła niemal razem ze stanem wojennym.

- Żyliśmy wtedy na beczce prochu. O tym, o sytuacji ostatecznej, jest piosenka "Poranna wiadomość".

Kiedy ogłoszono stan wojenny, byliśmy po dwóch pierwszych promocyjnych koncertach w Warszawie, a 15 grudnia mieliśmy dać pierwszy duży występ w Sali Kongresowej jako support przed Izabelą Trojanowską, wtedy śpiewającą rockandrollowo.

Wieczorem z 12 na 13 grudnia kolega miał wesele w akademiku, w środku nocy zobaczyliśmy czołgi. Paweł Kuczyński, nasz basista, chciał wyjeżdżać z kraju. Grzegorzowi wpadło do domu kilku panów i zabrali teścia. Świat się zawalił, bo wszystko zaczynało nam się rozkręcać, a tu wojna. Ucieczką były próby. Graliśmy z nieprawdopodobną dawką adrenaliny - sporo piosenek wtedy powstało.

Propozycja pierwszego koncertu, w Hali Gwardii, pojawiła się pod koniec lutego. Jeśli to był wentyl, żeby zająć umysły młodym ludziom - a pewnie był - to komuniści nie zdawali sobie sprawy z siły tego, co nadchodzi. Na scenę wychodziliśmy na pierwszy ogień, po nas Oddział Zamknięty, Tadeusz Nalepa, TSA. Jak zaczęliśmy grać, ludzie ruszyli na krzesła, które grzecznie ustawili organizatorzy, nic z nich nie zostało. Już było wiadomo, że tej fali rocka nikt nie powstrzyma.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3
  • 1
  • 1
  • 5
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':