Donata Subbotko: Pierwsze spotkanie z Grzegorzem Ciechowskim? Zbigniew Krzywański*: Jesienią 1980 r. na koncercie Porter Band w auli UMK w Toruniu. Zespół Res Publica został właśnie osierocony przez lidera Wieśka Rucińskiego (obecnie pracuje w
USA jako Jann Castor). Panowie poszukiwali gitarzysty i polecono mnie. W Res Publice Grzegorz był flecistą i pisał teksty. To niejedyny projekt artystyczny, w jakim brał wtedy udział. Była też Symboliczna Łapka Misia, duet flet i gitara, Grzegorz i Zbyszek Ruciński. Grali instrumentalne kawałki robione w kuchni w akademiku, ich "Samba dla Violi" byłaby dziś hitem. Miał też flirt z jazzem w toruńskim zespole Jazz Formation, ale nie zagrzał tam długo miejsca.
Kiedy na bazie Res Publiki w 1981 r. sformułowała się Republika, szybko się okazało, że to Grzegorz wykreuje tę naszą rzeczywistość - i literacko, i muzycznie. W tekstach zmienił estetykę, przestał być lekko hipisiarskim, rockowym bardem. W pierwszych latach działalności Republika kojarzyła się z ascetycznym zespołem, z zimnym liderem.
Taki był? - Nie. Był postrzegany jako chłodny, niedostępny, ale to nieprawda. Był ciepły, dobry, oddany w przyjaźni. Miewał wręcz problemy z asertywnością - w sprawach życiowych, bo w sztuce nie.
Próby mieliśmy przez pięć dni w tygodniu po sześć godzin, jakbyśmy chodzili do pracy. Grzegorz przyjeżdżał na rowerze składaku w swojej słynnej brązowej skórzanej kurtce.
Szybko odnieśliśmy sukces, kompletnie przez nas nieoczekiwany. Te nasze
piosenki to raczej antyprzeboje, trudno nazwać "Kombinat" hitem. Byliśmy zespołem progresywnym, niszowym. Konsekwentnie. I pod wodzą Grzegorza.
Nasz przyjaciel Leszek Kamiński, realizator dźwięku, powtarzał, że Grzegorz ma ten szósty zmysł, że "wie jak". On sam mówił: panowie, nie pytajcie mnie o to, ja jestem tylko jedną lekcję przed wami. Skromny, celebryctwo go drażniło. Żeby być w naszym republikańskim gronie, trzeba było być normalnym człowiekiem.
Ubranym na czarno. - Pamiętam, jak jeden z ówczesnych posłów powiedział w peerelowskim Sejmie, że to niedopuszczalne, by na scenę wychodzili muzycy w czarnych faszystowskich koszulach z czarnymi krawatami, i żeby w dodatku zarabiali więcej niż minister.
Kiedyś siedzieliśmy z Grzegorzem u kolegi, który miał wujka marynarza przywożącego mu winyle, jakich w Polsce nie było, i zobaczyliśmy u niego składankę singli z tzw. nowej fali. Na obwolucie były okładki tych singli, m.in. Joe Jacksona. Stał w czarnym garniturze i w białej koszuli na tle czarno-szarych wąskich ukośnych pasków. Grzegorz mówi: patrz, to dobrze wygląda, zróbmy takie pasy, tylko szersze, to doskonała ilustracja tego, co robimy.
Słynny czarno-biały krawat nabył na ciuchach w Rembertowie. Wiele lat później przyznawał: przepraszam, ale jestem snobem, jeśli chodzi o ciuchy. Potrafił w restauracji narzekać, że przeginają z cenami, ale tego samego dnia mógł wydać na ubranie każdy pieniądz. Na
śniadanie jadał chleb z serem, ale z domu wychodził ubrany w najlepsze ciuchy. A już najlepiej się czuł, jak w Nowym Jorku na Manhattanie kupił sobie spodnie, których uszyto tylko jedną parę. Nieraz nam też wręcz kazał kupić sobie coś takiego. Co ważne, czerń musiała być u nas prawdziwą czernią, pamiętam, że wydawca naszej pierwszej płyty "Nowe sytuacje" sprowadzał farbę ze Szwecji, bo w Polsce satysfakcjonującej nas czerni nie było.
Kiedyś któryś z was założył na koncert brązowe skarpetki. - To ja. Przed koncertem w garderobie Grzegorz je zobaczył i powiedział: czarne albo będziesz grał boso. Śmiechy, chichy, ale musiałem zmienić.
Wygląd i zachowanie na scenie były dla nas ważne. Żaden z nas nie nadawał się do tego, żeby biegać po scenie. Staliśmy prawie nieruchomo, tylko Grzegorz trochę się bujał w rytm piosenek przy fortepianie. Wtedy raczej nikt tak się nie zachowywał. Ale i stronę muzyczną Republiki trudno porównywać do zespołów, które w tamtym czasie były popularne. Jak graliśmy wspólne koncerty, to przed naszym wyjściem zdejmowano kolorowe światła, u nas mogły być tylko białe żarówki i ciemność. Republika szła w poprzek.
Wybuchła niemal razem ze stanem wojennym. - Żyliśmy wtedy na beczce prochu. O tym, o sytuacji ostatecznej, jest piosenka "Poranna wiadomość".
Kiedy ogłoszono stan wojenny, byliśmy po dwóch pierwszych promocyjnych koncertach w Warszawie, a 15 grudnia mieliśmy dać pierwszy duży występ w Sali Kongresowej jako support przed Izabelą Trojanowską, wtedy śpiewającą rockandrollowo.
Wieczorem z 12 na 13 grudnia kolega miał wesele w akademiku, w środku nocy zobaczyliśmy czołgi. Paweł Kuczyński, nasz basista, chciał wyjeżdżać z kraju. Grzegorzowi wpadło do domu kilku panów i zabrali teścia. Świat się zawalił, bo wszystko zaczynało nam się rozkręcać, a tu wojna. Ucieczką były próby. Graliśmy z nieprawdopodobną dawką adrenaliny - sporo piosenek wtedy powstało.
Propozycja pierwszego koncertu, w Hali Gwardii, pojawiła się pod koniec lutego. Jeśli to był wentyl, żeby zająć umysły młodym ludziom - a pewnie był - to komuniści nie zdawali sobie sprawy z siły tego, co nadchodzi. Na scenę wychodziliśmy na pierwszy ogień, po nas Oddział Zamknięty, Tadeusz Nalepa, TSA. Jak zaczęliśmy grać, ludzie ruszyli na krzesła, które grzecznie ustawili organizatorzy, nic z nich nie zostało. Już było wiadomo, że tej fali rocka nikt nie powstrzyma.