http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Inne twarze Herberta

Piotr Śliwiński
2011-12-20, ostatnia aktualizacja 2011-12-19 17:37

Na oczach czytelnika rodzi się poeta fascynujący z nieznanych do tej pory powodów. Widzimy, jak dobijał się swojego stylu, a potem chronił go przed zbytnią elokwencją, jak na twarz dość egzaltowanego chłopca nasuwa się twarz dojrzała, zdystansowana, ironiczna, mocna

Zbigniew Herbert
Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Zbigniew Herbert
''Utwory rozproszone (Rekonesans)'', Zbigniew Herbert, a5, Kraków
a5
''Utwory rozproszone (Rekonesans)'', Zbigniew Herbert, a5, Kraków
SERWISY
"Utwory rozproszone (Rekonesans)"
Zbigniew Herbert
a5, Kraków


Dwóch wybitnych poetów, wielki mistrz i jego następca, a pomiędzy nimi nie walka i rywalizacja, lecz wyjątkowa czułość. Pierwszy dedykował drugiemu jeden z najważniejszych swoich wierszy, drugi wyjątkowo umiejętnie i sensownie pielęgnuje jego pamięć.

W wierszu "Do Ryszarda Krynickiego - list" natrafiamy na słynną kwestię "Niewiele zostanie [...] z poezji tego szalonego wieku". Krynicki stara się, by pozostało coś, co sam nadzwyczajnie ceni - poezja Herberta. Jego pracowitość jest nadzwyczajna, po kilku starannych, wręcz pionierskich opracowaniach wierszy zmarłego przed 13 laty poety właśnie ukazały się "Utwory rozproszone" zaopatrzone zbyt skromnym podtytułem "Rekonesans".

Tymczasem jest to książka monumentalna i ważna. Blisko 500 stron, mnóstwo nieznanych tekstów, a każdy z nich - przyczynek do portretu twórcy "Elegii na odejście". Strona po stronie, na oczach czytelnika, rodzi się Herbert inny, z nieznanych do tej pory powodów fascynujący. Dla miłośników jego poezji rzecz bezcenna, dla czytelników zdystansowanych wobec tego dzieła - jeszcze cenniejsza.

Dla tych drugich to być może ścieżka powrotna do poety, odnowienie przymierza, jakie mieliśmy z nim przez całe dekady, do lat 90., kiedy to wielu jego mentalnych uczniów poczuło się obco w obliczu związanych z poetą i tylko częściowo przez niego stymulowanych uczynków i lektur czysto politycznych. W tym samym czasie zmieniał się język poezji polskiej, przestawiała się zwrotnica stylistyczna - z trybu oznajmującego na warunkowy i pytający, z frazy na dykcję, z liczby mnogiej na pojedynczą, z czasu historycznego na egzystencjalny. W efekcie tej zmiany z przekazów Herberta zaczęło uchodzić życie, a próby ich reanimacji jedynie ten proces pogłębiały.

Suchy poemat moralisty

Nie mógł temu procesowi zapobiec Rok Herberta, o wiele skuteczniejsza może okazać się właśnie taka praca, jaką od lat wykonuje Ryszard Krynicki - praca nad tekstami, będąca nie tylko ustalaniem okoliczności pierwodruku czy należytej wersji, lecz przede wszystkim wsłuchiwaniem się w wiersz, w jego żywotne siły. I dlatego ważna jako rodzaj niegołosłownej agitacji za tą poezją.

Tym bardziej że Herbert był bardzo świadomym i wybrednym kompozytorem swych tomów, w związku z czym nie dopuścił do nich licznych utworów wcześniej już opublikowanych w prasie. Czasami "ułaskawiał je" po długich dziesięcioleciach - bądź to po czasie doceniwszy ich urodę ("Wit Stwosz: Uśnięcie NMP"), bądź też chcąc sprzeciwić się jakimś nietrafnym interpretacjom ("Pacyfik III"). Oba utwory znalazły dla siebie miejsce w zbiorach, jednak dopiero po niemal 40 latach.

Herbert - poeta i czytelnik wybredny, świadomie działający na rzecz takiego obrazu świata i obrazu siebie w świecie, który odsyła do najbliższych mu wartości, nie lubił, kiedy ten obraz ulegał osłabieniu. Z czasem jego ironie, rozterki, ambiwalencje zdawały się więc coraz słabsze, przybierał zaś na sile ton manifestacyjny, mający nadać rzeczywistości kształt pożądany i zbieżny z tradycją prywatnej i obywatelskiej cnoty. Aż "suchy poemat moralisty" zabrzmiał naprawdę oschle.

Nakazaną samemu sobie powściągliwość przerywały wiersze rozproszone, niechciane w książkach, odrzucone jako słabsze, a może tylko jako zapisy słabości, owoce nieuwagi, uśpienia czujności i ambicji, podyktowane przez uczucia osobiste, intymne. Teraz wracają, paradoksalnie, po to by poetę wesprzeć, skomplikować jego wizerunek i przybliżyć współczesnemu odbiorcy, który z autorytetem, jednokierunkową komunikacją, słuchaniem i posłuchem ma ewidentny kłopot.

Pryncypia i rozterki

Herbert wraca więc dwoma różnymi drogami - drogą pryncypiów, bez których coraz trudniej się żyje, a także drogą rozterek, których lepiej nie egzorcyzmować za pomocą dogmatów i uogólnień. Wiersze nieznane lub słabo znane każą przemyśleć go raz jeszcze, tym razem - albo znowu - jako poetę nie tylko wyrozumiałej, lecz i na wskroś ludzkiej solidarności z biedą.

Zrazu najciekawsze są tu wiersze osobiste, opisujące biedę, jaką człowiek miewa z własnymi uczuciami. "Wahałem się, czy powinienem włączać ten cykl osobistych, młodzieńczych wierszy do książki, na ile byłoby to zgodne z wolą samego poety" - pisze Krynicki o zbiorze "Podwójny oddech". Na jego decyzji zaważyło to, że wiersze te i tak ujrzały światło dzienne, wydane krótko po śmierci autora bez uwzględnienia woli spadkobierców i - co gorsza - niechlujnie.

Świetnie się stało, że zeszycik ten, rękodzieło poety przepisane na maszynie, zamknięte w umownej okładce, wchodzi teraz do książki na pełnych prawach. No i, powtarzam, dzięki temu widzimy go inaczej, a w miejscu rozpoczęcia tego cyklu zaczyna się robić naprawdę ciekawie.

Wprawdzie najpierwsze wiersze umieszczone w tomie również są interesujące, ale jednak głównie dla historyka literatury, kogoś, kto chciałby opisać raz jeszcze cyrkulację pewnych motywów, rekwizytów niepokoju. Natomiast "Podwójny oddech" otwiera przejmującą sferę emocji, których później będzie u tego poety niedużo. "To są chyba kiepskie wiersze, gdyż nigdy nie mogłem opanować wzruszenia, kiedy pisałem. Żaden z nich nie jest kalkulowany, żadnego nie przerabiałem. I dlatego wstydzę się, że nie mogę Ci dać nic trwałego i pięknego. I jeszcze, wstydzę się dlatego, że nie ma wśród nich wiersza o radości, wiersza o dumie, że Cię kocham, a za to tyle łez i słabości" - czytamy w introdukcji zatytułowanej "Oto Najmilsza listy, które do Ciebie nie doszły".

Całujemy się na skwerze

Herbert, nie do wiary jaki młody i żarliwy, lecz mimo to tłumaczący się z braku poetyckiego wyrachowania. Na marginesie - to dla niego pierwszorzędny problem sztuki: autentyczność jako zadanie do wykonania i towarzyszące temu poczucie winy. Będzie wracał do tej rozterki w różnych tekstach aż do późnych lat. Jest to zresztą wspólny problem innych poetów brutalnie wrzuconych w wiek XX, ze wszystkimi jego upadkami i zwątpieniami, w szczególności zaś z kryzysem wiary w język.

A tu jakby nic się nie stało: "Całujemy się na skwerze/ bo nie mamy swego domu/ potem będą nas palcami/ pokazywać na ulicy". Bezdomność zakochanych jest jeszcze całkiem dosłowna, jeszcze nie oznacza braku porozumienia, nieprzekraczalnej granicy między ludźmi, muru, który ciągle rośnie. Nie jest metaforą, lecz opisem najdotkliwiej, cieleśnie odczuwanego braku miejsca, w którym spełnić by się mogły marzenia i namiętności.

Jasne, że to nie jest wiersz wybitny, wiadomo, że gdyby Herbert poprzestał na pisaniu takich "niewykalkulowanych" utworów, to nie mówilibyśmy dzisiaj o nim za dużo, lecz mimo tej oczywistości jest w tym i innych wierszach z cyklu coś przejmującego. Na ich podstawie można stwierdzić nie tylko to, że poeta jest młody, ale i to, że jest już poetą w pełni. To wyraźnie widać, czuć drzemiącą w nim siłę, jego idiom znajduje się prawie na wyciągniecie ręki. A przy tym sprawia wrażenie, jakby nadal chciał wierzyć, że być poetą to jednocześnie nim nie być, że da się połączyć doświadczenie, które ma własny język, za każdym razem inny, narzucający się wierszowi, z czynnikiem artystycznego, swobodnego wyboru.

Z tego wynika, że wiersze miłosne Herberta krążą między najprostszym wyznaniem a świadomością, że żadne wyznanie nie istnieje bez wszystkich kontekstów i form, w jakich kiedykolwiek się pojawiło. Między konfesją a konwencją, bezpośredniością a stylizacją. Słyszalne jest echo sielanki, obrazy miłosne są inscenizowane, przeżycie erotyczne staje się przeżyciem literackim, pierwotna euforia (kocham) zamienia się w euforię, by tak rzec, biblioteczną ("kocham").

Herbert z twarzą chłopca

"Wiersze rozproszone" dają okazję, by zobaczyć Herberta bez twarzy czy raczej - raz bez twarzy, a kiedy indziej z twarzą nieściśle przylegającą, nakładaną, zdejmowaną. Obok znamiennej dla niego liryki maski i roli, takiej, w której tożsamość autora i wierszowego ja nastręcza wielu wątpliwości, mamy tutaj dużo więcej wierszy bez maski i bez roli, słabiej ustawionych głosów poety, niezatartych śladów.

W tym znaczeniu są to wiersze, które słabiej chronią delikatne ja przed zachłanną ciekawością, wystawiają je na widok, na krytykę, zdradzają myśli, które poeta wolałby zostawić w ukryciu albo przedstawić w inny, z reguły bardziej elegancki sposób. To jeden z powodów ich nieumieszczenia w żadnej z książek. Ich grzechem kardynalnym jest zanadto literalne zaangażowanie, nie tylko uczuciowe, lecz i etyczne - jak w trzyczęściowym wierszu "Apostrofa", przestrzegającym przed siłą, jaką może mieć praca poety, i użytkiem, jaki można z niej zrobić. Sporo wczesnych utworów wyraża emocje religijne bardziej otwarcie niż w większości dotąd znanych wierszy. Tak samo dużo znaleźć tu można przykładów, że wyobraźnia Herberta bywała pełna życia: "księżyc odtwarza świat po ciemku/ potrząsa lunatyczną grzywą/ gdy patrzy w wodę/ widzi siebie/ gdy biegnie ścieżką/ liczy kroki".

Dzięki tej szczególnej represji, której Herbert poddawał swą poezję, najpierw odcinając lub marginalizując konwencjonalno-konfesyjne jej pasmo, a później także to, co w jego oczach musiało wydawać się zwykłym gadulstwem, otrzymujemy teraz jeszcze jednego, drugiego poetę. Nie da się triumfalnie ogłosić, że jeszcze lepszego, lecz z pewnością można stwierdzić, że nieprzynoszącego temu pierwszemu ujmy.

Dostajemy sposobność obserwowania, jak Herbert - zanim wystąpił w powszechnie podziwianej formie - musiał przedtem wyzwolić się z własnej pospolitości, jak dobijał się swojego stylu, a potem chronił go przed zbytnią elokwencją, jak na twarz dość egzaltowanego chłopca nasuwa się twarz dojrzała, zdystansowana, ironiczna, mocna.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 1
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':