Siekiera w pierwotnym, punkowym wcieleniu z pierwszej połowy lat 80. Zespół grał wtedy w składzie (od lewej): Tomasz Adamski, Dariusz Malinowski, Tomasz Budzyński i Krzysztof Grela
Fot. W Moich Oczach
Płytą "Ballady na koniec świata" powraca po latach jeden z najważniejszych zespołów polskiego punk rocka i nowej fali. Ale czy ten materiał powinien w ogóle ukazać się pod nazwą legendarnej formacji z Puław?
Manufaktura Legenda
''Ballady na koniec świata'', Siekiera, wyd. Manufaktura Legenda
"Ballady na koniec świata" Siekiera Manufaktura Legenda
Bezkompromisowa, kontrowersyjna i zawsze pod prąd. Taka była Siekiera w latach 80. Założony w 1983 r. zespół kierowany przez gitarzystę i autora tekstów Tomasza Adamskiego funkcjonował trochę obok rozlicznych nurtów polskiej sceny niezależnej. Po części ze względów geograficznych - Puławy nigdy nie były silnym ośrodkiem muzycznym. Po części z czysto artystycznych - Adamski miał bardzo wyraźną wizję tego, co chciał osiągnąć ze swoim zespołem, i realizował ją z dużą konsekwencją. Nawet jeśli obserwowane z boku kolejne inkarnacje grupy mogą sugerować, że w zespole dochodziło do gwałtownych zmian stylistycznych.
Siekiera zaczynała od grania najbardziej radykalnej odmiany punk rocka. Początkowo wykonywała wyłącznie cudze piosenki. Grając jeszcze pod swoją pierwotną nazwą TRAFO, w repertuarze miała numery takich brytyjskich punkowych radykałów jak Discharge, Exploited czy U.K. Subs. Gdy popularność zespołu zaczęła wyrastać poza lokalne sukcesy na przeglądach muzycznych, Adamski w ciągu zaledwie kilku miesięcy przygotował oryginalny materiał, który zaskakiwał ogromnym ciężarem gatunkowym. Kompozycje takie jak "Między nami dobrze jest" czy "Fala" natychmiast stały się klasykami polskiego punk rocka. Potem zespół dorzucił do koncertowego programu kolejne kompozycje: "Na wszystkich frontach świata", "Idzie wojna", "Siekiera".
"Na wszystkich frontach świata"
Adamski grał na gitarze, która miała tylko trzy struny. Anarchistyczne brzmienie i proste, brutalne teksty robiły wrażenie nawet na najbardziej ortodoksyjnej punkowej publiczności. Utwory Siekiery były znakomitą ilustracją do ponurej rzeczywistości PRL-u tuż po stanie wojennym. Dodajmy do tego równie radykalny wygląd (wokalista Tomek Budzyński z imponującym irokezem na głowie), a stanie się jasne, dlaczego to właśnie koncert kapeli z Puław był największym wydarzeniem festiwalu w Jarocinie w 1984 r. Świadkowie do dziś powtarzają, że widzieli wówczas pod sceną największe pogo w historii polskiego punka.
Siekiera 2.0
Zespół zagrał jeszcze parę koncertów, po czym skład się rozpadł. Budzyński poszedł swoją drogą (wkrótce założył Armię), a Adamski zaczął montować zupełnie nową Siekierę. Tym razem nowofalową. W zespole pojawiły się instrumenty klawiszowe, co punkowcy potraktowali jako zdradę. Lider grupy nic sobie z tego nie robił. - Siekiera nie utożsamiała się z żadnymi ekstremizmami. Była po prostu sadomasochistyczno-apokaliptycznym żartem - mówił po latach o punkowym okresie grupy. Materiał odrodzonej Siekiery "Nowa Aleksandria" ukazał się w 1986 r. I znów zespół wywołał ferment na polskiej scenie. Programowy minimalizm, chłodne brzmienie instrumentów klawiszowych, transowy rytm utworów - na próżno byłoby szukać drugiej takiej formacji. Adamski po raz kolejny zaskoczył tekstami pełnymi groteskowych skojarzeń - nie przypadkiem w wywiadach powoływał się na francuskich symbolistów, takich jak Baudelaire, Verlaine, Rimbaud czy Lautréamont. Po epileptycznym ataku starej Siekiery przyszedł głęboki sen nowej. Sen o straconym, odłożonym do lamusa pokoleniu.
"Nowa Aleksandria"
Dziś i stara, i nowa Siekiera to ważny element mitu polskiej sceny niezależnej lat 80. Z jednej strony seria niezapomnianych piosenek, z drugiej - wciąż inspirujące zjawisko estetyczne i artystyczne. Choć pełnowymiarowy album punkowego składu Siekiery ukazał się dopiero trzy lata temu pod tytułem "Na wszystkich frontach świata", legenda zespołu przetrwała dzięki kilku mniej lub bardziej profesjonalnym nagraniom studyjnym i krążącym wciąż wśród fanów opowieściom. "Nowa Aleksandria" uchodzi za jedną z najważniejszych płyt w historii polskiego rocka, a nowofalowa inkarnacja Siekiery to chyba najczęściej coverowany przez zagranicznych wykonawców polski zespół. Na serwisie YouTube bez trudu można znaleźć nagrania piosenek grupy grane przez kapele z Hiszpanii, Francji, Słowacji czy Japonii.
Nic nie wskazywało na to, aby Siekiera miała kiedykolwiek wyjść poza status zespołu kultowego. Tym bardziej że sam Adamski stracił - jak się wydawało - zainteresowanie rockową formą wyrazu. Ostatecznie rozwiązał Siekierę w 1988 r. Zajmował się działalnością teatralną, wydał dwa tomiki wierszy, zaczął gromadzić kolekcję nagrań muzyki klasycznej (podobno jego ulubionym kompozytorem jest Jan Sebastian Bach). Aż do teraz.
Siekiera 3.0
Kilka miesięcy temu pojawiła się nieoficjalna informacja, że lider Siekiery pracuje nad nowym materiałem, który ukaże się pod nazwą legendarnego zespołu. Efekt tej pracy to wydane właśnie "Ballady o końcu świata". Płyta na poły dziwna, na poły szokująca. Wyznawców Siekiery - i tej punkowej, i tej nowofalowej - wprawi w zakłopotanie. Nie bardzo wiedzieli już, co zrobić z promującym wydawnictwo nagraniem "Przekwitło lato". Poetyckim, eterycznym, na poły akustycznym. Na forach internetowych pojawiły się żarty, że Adamski powinien zacząć teraz jeździć nie na koncerty punkowe, lecz festiwale poezji śpiewanej. Na "Balladach o końcu świata" jest więcej takich kompozycji. Chyba najbardziej drażniące dla dawnych fanów będą "Diabelski cień" i "A gdyby". To już zupełna kraina łagodności, piosenka aktorska. Adamskiego wspiera tu delikatnie brzmiąca wokalistka Alicja Bil-Traciłowska. Zapomnijmy o ostrości dawnej Siekiery. Jeśli piosenki grupy z lat 80. waliły po głowie obuchem, nowe utwory Adamskiego co najwyżej szemrzą jak delikatny strumyk.
"Przekwitło lato"
A może właśnie o to chodzi? Podobno Adamski długo zastanawiał się, czy wydawać nowy materiał pod szyldem kultowego zespołu. Skoro więc się na to zdecydował, może znów chciał rzucić fanom artystyczne wyzwanie? Nie zależało mu na poklasku, lubił za to prowokować. Nawet grając radykalnego punk rocka, występował na scenie z pokaźną brodą. Nowofalowa Siekiera też wywoływała skrajne emocje. Najbardziej oburzeni zmianą oblicza grupy punkowcy ostentacyjnie wyrzucali jej płyty. Czy "Ballady na koniec świata" też mają być takim zaplanowanym estetycznym wstrząsem? Dziś najłatwiej byłoby przecież odwołać się do legendy Siekiery. Wybierając dla nowych piosenek zupełnie inną formę, Adamski wykazał się nieomal punkową przewrotnością.
Siekiera z roku 2011 wprawia w konsternację. Ale warto dać tej płycie jeszcze jedną szansę, bo ma też drugie oblicze. W otwierającym album "Na pewno" muzyka teatralna i klasyczna mieszają się z klimatami charakterystycznymi dla brytyjskiej wytwórni 4AD. Od skojarzeń z nagrywającymi dla niej Dead Can Dance czy This Mortal Coil trudno też uciec przy okazji "Koni Kuzmana" czy "Poza czasem". W "Drodze na szczyt" Adamski brzmi nieomal jak polski rywal dla solowych poczynań Brendana Perry'ego. Ograniczają go tylko możliwości techniczne. Nagrywał materiał we własnym, skromnym studiu, więc elektroniczne instrumenty drażnią prostotą, a piosenkom brak aranżacyjnego rozmachu. Ale kilka utworów może zaintrygować zwłaszcza tych fanów Siekiery, którym najbliższa jest muzyka z "Nowej Aleksandrii". To nie te same brzmienia, ale mimo wszystko pokrewne myślenie o muzyce. We wkładce do płyty Adamski zapewnia, że album to dopiero wstęp do pełnej reaktywacji zespołu. Może więc jeszcze pozytywnie zaskoczy fanów Siekiery. O ile w ogóle zechce zwracać uwagę na ich oczekiwania.