"Farby wodne"
Lidia Ostałowska
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec Okazuje się, że tak. Dystans między Hollywoodem, gdzie w 1938 r. pokazano po raz pierwszy film Disneya, a obozem Auschwitz-Birkenau może być mniejszy, niż myślimy. Nie tylko dlatego, że Hitler lubił kreskówki.
Osią opowieści Lidii Ostałowskiej jest historia Diny Gottliebovej. Czeska Żydówka z Brna, urodzona w 1923 r., z powodu ustaw antyżydowskich wprowadzonych w Protektoracie Czech i Moraw musiała przerwać
studia artystyczne. W 1942 r. wraz z matką trafiła do getta w Terezinie-Theresienstadt, rok później wywieziono je do Auschwitz-Birkenau. Znalazły się w podobozie Familienlager Theresienstadt. Dina malowała najpierw numery na barakach, potem esesmani zaczęli zamawiać u niej portrety bliskich, na podstawie fotografii. Na ścianie baraku dziecięcego namalowała Królewnę Śnieżkę z krasnoludkami - przed zamknięciem w getcie obejrzała ten film siedmiokrotnie.
Najważniejsze okazało się spotkanie z doktorem Mengelem, który zatrudnił Dinę przy portretowaniu Cyganów. W oświęcimskim Zigeunerlager gromadził materiały do książki o ich wspólnych cechach "rasowych", a delikatna akwarela lepiej oddawała kolor oczu i odcień skóry niż niedoskonała wtedy fotografia. Praca dla Mengelego uratowała życie Dinie i jej matce, gdy transporty terezińskie skierowano do komory gazowej.
Po wyzwoleniu wróciła na krótko do Czech, skąd wyjechała do Paryża dokończyć studia. Tam poznała amerykańskiego rysownika Arta Babbitta, współpracownika Disneya, współtwórcę sukcesu "Królewny Śnieżki". Wzięli ślub. W Ameryce Dina zaczęła pracować dla wytwórni filmowych. Wile E. Coyote, Speedy Gonzales, Kaczor Daffy i Ptaszek Tweety to także jej dzieło.
Porzucone w obozie akwarele trafiły do rąk młodego mieszkańca Oświęcimia, który zabrał do domu osieroconą dziewczynkę z "węgierskiego" transportu. Na początku lat 60. kupiło je oświęcimskie muzeum. Po zidentyfikowaniu autorki zaproszono ją do Polski. Potwierdziła autentyczność obrazów, poprosiła o ich fotografie, po powrocie do Ameryki nie odpowiadała już jednak na listy. Na początku lat 90. zażądała zwrotu swoich dzieł. Znalazła wsparcie w amerykańskich mediach, w Kongresie, wśród kolegów rysowników. Po stronie muzeum stanęły europejskie organizacje Romów. Międzynarodowy spór ciągnął do śmierci Diny Gottliebovej-Babbitt w roku 2009 i trwa nadal.
Sama tylko biografia Diny wystarczyłaby na spory tom, ale w "Farbach wodnych", opowieści reportażowej objętościowo skromnej, lecz niesłychanie gęstej, jest ona fragmentem rozleglejszej całości, panoramicznego obrazu budowanego metodą mozaikową czy też łańcuszkową. Jedna historia wywołuje następną, jeden temat pociąga za sobą inny, a wszystkie pobudzają do pytań, na które odpowiedzieć niełatwo albo nie da się wcale. Ostałowska pisze o pamięci indywidualnej i o konstruowaniu (a także zafałszowywaniu) pamięci zbiorowej. Również o tym, dlaczego niektórzy bywają z niej wykluczeni.
Bowiem portrety malowane przez Dinę nie są tylko średniej wartości dziełem sztuki. Dla autorki stanowiły bolesną, ale bezcenną prywatną pamiątkę, dla europejskich Romów są jednym z niewielu materialnych śladów ich wojennej tragedii. W zamyśle nazistów oni także skazani byli na zagładę, ale ich historia nie została nigdy opowiedziana - stłumiona przez jej bohaterów, wyparta z pamięci przez świadków. Zigeunerlager był w piekle Auschwitz-Birkenau piekłem osobnym, niemal niekomunikującym się z otoczeniem. Powojenne starania Cyganów-Romów o zadośćuczynienie, a przynajmniej uznanie prawa do niego, długo były w Niemczech, jak pokazuje Ostałowska, torpedowane. Czasem na podstawie opinii tych samych "specjalistów", którzy za III Rzeszy dowodzili "rasowej niższości" Cyganów i ich wrodzonych skłonności przestępczych.
Ostałowska opowiada też, jakby mimochodem, o meandrach zinstytucjonalizowanej pamięci o Auschwitz. O kolejnych ekspozycjach muzealnych, także tej pomarcowej, którą sam jako uczeń zwiedzałem. Wystawa upamiętniająca los Żydów zamknięta była "na czas remontu", a listę ofiar ułożono głównie wedle ich przynależności państwowej (jak wspomina Jeffrey Goldfarb, który odwiedził Auschwitz w 1973 roku, "z trudem dawało się zauważyć, że Żydzi w ogóle byli w obozie"). O nieszczęsnym pomyśle z umieszczeniem w przyobozowym budynku klasztoru karmelitanek, o konflikcie, jaki ten pomysł wywołał, i gorszącym zachowaniu niektórych przedstawicieli polskiego Kościoła.
Jest w tym splocie ważny wątek dotyczący obozowych eksperymentów Mengelego i bezdroży odhumanizowanej nauki oraz powojennych losów jej koryfeuszy. I jest pytanie o sztukę - nie "po Auschwitz", jak chciał Adorno, mówiąc o poezji, ale po prostu w Auschwitz.
Ułożone chronologicznie fotografie towarzyszą opowiedzianym w książce wydarzeniom. Ostatnia, duża i kolorowa, pokazuje Dinę Babbitt w kalifornijskiej pracowni, trzy lata przed śmiercią. Ze staranną fryzurą, w ceglastej koszulowej bluzce w białe prążki, spogląda na sztalugi, na których stoi portret Céline, pięknej francuskiej Cyganki, w niebieskiej chustce wokół głowy. Obok - czarno-biała kopia obozowej akwareli, która posłużyła za wzór.
Między dwoma wizerunkami jest jednak różnica. Na tym z obozu Céline ma widoczne lewe ucho - odsłonił je doktor Mengele, burząc kompozycję. Do studiów rasowych ucho było niezbędne. Na kolorowej replice portretu ucho znów skryło się pod chustką. To chyba celowy zabieg, jakby usunięcie ingerencji Mengelego miało przywrócić nie tylko harmonię obrazu, ale też odebrać mu inną, złowrogą, nieartystyczną funkcję.
Czy jednak sztuka tworzona w obozie na zamówienie oprawców może dostąpić takiego ocalenia? I czy Dina Gottliebova-Babbitt w to wierzyła? Już jej nie zapytamy.