Dorota Wodecka: Dlaczego pani posyła córkę na religię? Dorota Masłowska: Bo z etyką były jakieś komplikacje logistyczne. I stwierdziliśmy, że niech popróbuje, pointeresuje się, że może ona na przykład na to reaguje dobrze? Poza tym to część kultury, nie może całe życie na kościół mówić "zamek". Ja zostałam wychowana w kontekście silnej, dość okrutnej ludowej religijności mojej babci. Groźny Bóg, pachnący wilgocią kościół i wizja piekła, co we mnie, osobie wrażliwej, ewoluowało w takie konstrukcje logiczne, mentalne i moralne, przed którymi chciałabym
dziecko ochronić. Z drugiej strony, jak wspominałam, to część naszej kultury, obyczajowości, historii. Trudno wychować dziecko w abstrakcji od tego, że każdy dorosły sto razy dziennie mówi w tym kraju "o Boże", albo "Jezus, Maria".
Rozmawiacie o Bogu? - Oczywiście jest wysyp pytań. Tłumaczę, że Bóg to osobista sprawa każdego człowieka.
A ona pyta: mamo, a ty? - Podkreślam, że jeżeli człowiek wierzy w Boga, to ten Bóg bezsprzecznie istnieje. Jeżeli nie wierzy, to bezsprzecznie nie istnieje. Że religia to pewien sposób rozumienia świata, pewna jego wersja i że ludzie w różnych częściach świata wyobrażają sobie to wszystko nieco inaczej. Wydaje mi się, że to jest ważne. Ja natomiast jestem wierząca niepraktykująca. To znaczy mam ustawienia chrześcijańskie, ale nie potrafię uczestniczyć w organizacji.
Tylko w tej konkretnie, czy w ogóle? - Chyba w ogóle raczej nie lubię organizacji, nawet małych, nawet towarzyskich. Nigdy nie miałam do tego głowy, nie mam w sobie karności, nie lubię liderów, autorytetów, statusów, hierarchii, nie umiem się słuchać. Nie chodziłam do przedszkola, teraz myślę, że to może być powód.
A do czego jest pani potrzebne istnienie Boga? - Nie wiem, czy to mi jest potrzebne, urodziłam się z poczuciem tego istnienia. Czasem przymierzam się do myśli, że może nic nie być poza materią, biologią, reakcjami chemicznymi i mój umysł tego po prostu nie kupuje.
Cała rozmowa z Dorotą Masłowską - w "Magazynie Świątecznym" 