Jacek Szczerba: W "Kobietach z 6. piętra" gra pan paryskiego mieszczucha z lat 60., właściciela kamienicy. Fabrice Luchini*: Nic nie wiem o środowisku burżuazyjnym, to środowisko reżysera Philippe'a Le Guay. Mój ojciec był Włochem, na wojnie walczył dla Francji i został po niej Francuzem. Mówił trochę po polsku, bo w niewoli siedział z wieloma Polakami. Bliżej niż do burżujów jest mi do filmowych hiszpańskich imigrantów. Ale we Francji jest
moda, żeby artysta szczycił się pochodzeniem z biedoty. Wszyscy aktorzy mówią, że są imigrantami. Nikt nie przyznaje się do burżuazji. Artyści uwielbiają być lewicowi.
Co innego w Polsce. Spędziłem w niej cztery miesiące, kręcąc "Pułkownika Chaberta" (1994) Yves'a Angelo. W Zakopanem byłem w eleganckim domu z salą projekcyjną, który w czasach komunistycznych zajmował partyjny prominent. Opowiadano mi, że puszczał tam świńskie filmy.
We Francji dostaję dużo ról intelektualistów, profesorów i mieszczan, choć nie mam z nimi nic wspólnego.
Pana filmowy bohater spotyka hiszpańskie służące. Pan spotkał na planie hiszpańskie aktorki. - Z początku temat filmu uznałem za trochę demagogiczny. We Francji jest silna literacka i filmowa tradycja pokazywania, że bogaty jest obowiązkowo zły, a biedny to czysta cnota. Gdy poznałem hiszpańskie aktorki, powiedziałem: "Ten film będzie działał, bo one mają w sobie taką siłę życia, że uprawdopodobnią każdy temat". Ich język ożywił martwe filmowe pomieszczenia. I rzeczywiście "Kobiety z 6. piętra" odniosły we Francji wielki sukces jak na kino tego typu.
Do aktorstwa doszedł pan specyficzną drogą. - Ojciec i matka handlowali owocami i warzywami w pobliżu Montmartre'u. W wieku 14 lat opuściłem szkołę. Matka dała mnie do salonu fryzjerskiego, żebym zdobył zawód.
Wtedy też zmienił pan imię na Fabrice. To z powodu Fabrycego del Dongo z "Pustelni parmeńskiej"? - W zakładzie na avenue Matignon, do którego trafiłem w 1966 r., uznano, że moje imię Robert nie jest dość szykowne. Poproszono, żebym przybrał inne. Nie znałem wtedy Stendhala, ale czułem, że Fabrice będzie się podobało kobietom.
Szkołę nadrobiłem dzięki swemu zawodowi. Moją specjalnością stały się spektakle literackie, w których deklamuję i czytam wielkich autorów. W ten sposób nauczyłem się Moliera, La Fontaine'a czy pisarzy współczesnych - Prousta i Céline'a.
Kto namówił pana na aktorstwo? Reżyser Philippe Labro? - Labro dał mi pierwszą rolę, ale nic z niej nie rozumiałem, jeszcze nie byłem aktorem. To zasługa Erica Rohmera, po jego dwóch filmach mój agent powiedział, że chyba znalazłem zawód. Wtedy poszedłem na klasyczny kurs aktorski uczący
pracy nad tekstem literackim. Kurs prowadził Jean-Laurent Cochet. Wtedy odkryłem moje powołanie. A powołanie to - jak mówił wielki człowiek francuskiego teatru Louis Jouvet - "uczynić cud z samym sobą".
Grał pan u Polaka Waleriana Borowczyka w "Opowieściach niemoralnych". - Złościł się na mnie, bo próbowałem poderwać aktorkę, w której byłem zakochany. Kręciliśmy w Dieppe, tam jest wysoki nadmorski brzeg. Krzyczał: "Jeśli nie zostawisz jej w spokoju, strącę cię z niego!". Ale bardzo lubiłem Borowczyka.
Pana mistrzem był jednak Rohmer. - Jako pierwszy mi zaufał. Był jak profesor, którego nie miałem w dzieciństwie. To był intelektualista, filmowiec dialogujący, przed kinem próbował literatury. Zrobiliśmy razem bodaj sześć filmów, to rzadkość.
Nie potępiam pana, ale ciekawi mnie, dlaczego zagrał pan w czwartej części "Emmanuelle"? - Żeby zarobić na życie. U nas jeszcze wtedy marksizm nie zatriumfował, więc można było mieć ochotę się wzbogacić. Grałem magika, dałem jakiś debilny występ.