Kto zdobędzie dla Polski literackiego Nobla 2040? Dziesiąte miejsce w naszym plebiscycie zajął Wojciech Kuczok, dziewiąte - Mikołaj Łoziński. Na ósmym miejscu znalazł się Mariusz Sieniewicz. Na czym polega nasz ranking najlepszych polskich pisarzy przed czterdziestką - dowiesz się tutaj.
>
Agnieszka Wolny-Hamkało: Niedługo stuknie czterdziestka - dobra pora na bilans dla pisarza? Mariusz Sieniewicz: Nie wiem, czy to zysk, czy strata, że patrząc na to, co dzieje się wokół, jeszcze bardziej doceniam Monty Pythona.
Cokolwiek wypowiadam o sobie, czuję, że brzmi to niczym słowa Konrada w stroju błazna. W takiej sytuacji ciężko o wiarygodne bilanse. Rzuciłem palenie. Wszyscy mi mówią, że to pozytywna zmiana, choć nie do końca w to wierzę. Dzisiaj jaram e-papierosa. Chodzę z buteleczką liquidu w kieszeni i zaciągam się kawałkiem plastiku. Jeszcze chwila, a kupię sobie kijki do nordic walking, przerzucę się na marchewkę i zostanę hipsterem.
Coś przewartościowujesz? Masz jakieś nowe odjazdy? - Czterdziestka, jak młodość i seks zresztą, jest ewidentnie przereklamowana. Istnieje jednak coś, co się nasila: człowiek łapie się na tym, że trzyma dziesięć srok za ogon, a każda skrzeczy i się wyrywa. A ja chciałbym mieć chwilę wytchnienia, by pomyśleć o sobie: cholera, przecież jestem pisarzem! I troszkę tę myśl popieścić, ogrzać się w jej narcystycznym, autoterapeutycznym cieple.
Nie mam żadnych przegiętych odjazdów. Awionetki, symulatora lotów ani botoksu na twarzy. Bo ja, jak mówią, jestem autorem prozy wysokoartystycznej, więc mam przechlapane i w świecie żądnym konsumpcyjnej krwi poruszam się raczej w rejonach obciachu.
Przyznam się do czegoś i niech to określi poziom odjazdu: w tym roku po raz pierwszy w życiu posadziłem truskawki. Taki
rock and roll! Każdy ma taki odjazd, na jaki sobie zasłużył. Słabo, co? A przestrzegano mnie przed tym wywiadem: masz wreszcie mówić tak, żeby się ładnie słuchało. Ludzie od pisarzy oczekują ładnych słów opisujących ich niecne sprawki. Liczą się podretuszowane biografie.
Wzruszasz się jeszcze czasem? Literatura cię wzrusza? - Nigdy mnie nie wzruszała. Ale też nigdy nie szukałem w niej wzruszenia. Szukałem i znajdowałem w niej przejęcie. Literatura mnie p r z e j m u j e. Wzruszenie to rodzaj humanistycznego bibelotu albo emocjonalnego paktu, który podpisuję ze źródłem wzruszenia, takim na przykład Jankiem Muzykantem lub naszą szkapą. Literatura, jak mawiał Gombrowicz, musi być jajkiem na twardo. Nie można nad nią chlipać i dmuchać w chusteczkę. Tymczasem przejęcie to świadome, czasami pełne grozy otwarcie się na rzeczy, które mnie przerastają, ale każą wziąć udział, opowiedzieć się, zareagować. Przejęcie literaturą to dla mnie forma jedynej dostępnej mi ostateczności, która pyta mnie: żyjesz czy imitujesz życie?
Literatura to samowystarczalny kosmos, w którym rzeczywistość wisi jak planeta.
Ale co dokładnie cię przejmuje? - Ostatnio włosy stanęły mi dęba, gdy po raz kolejny przeczytałem końcówkę "Pianistki" Jelinek. Ale też przejmuje mnie "Trąbka do słuchania" Carrington. Kenneth Koch, Tkaczyszyn-Dycki, Herta Müller. Jestem przejęty książkami Tulli, Skrzyposzka, Aleksijewicz. Ze starych mistrzów nieodmiennie: Gogol, Dostojewski, Schulz. Gombrowicz kiedyś bardzo, dzisiaj już mniej.
Nauczyłeś się czegoś, pisząc kolejne książki? - Pokory wobec języka. Chodzi o jego autonomiczność, energię stwarzania światów. To autor przychodzi z zewnątrz do języka, a nie na odwrót. Ja często nie panuję nad językiem, to on przejmuje nade mną władzę.
Staram się pisać tak, jakby to zawsze był mój debiut i zarazem ostatnia rzecz, jaką mam popełnić. Oczywiście w tzw. rzemiośle można mieć coraz czujniejsze ucho na mielizny narracji lub też z dużym prawdopodobieństwem zakładać, co się spodoba, a co nie. Jednak siadając przez kompem, czuję się jak skoczek na trampolinie. Wiem, że w dole jest basen, ale czy jest w nim woda, to się dopiero okaże. No i skaczę. Czasami jest, czasami nie ma...
To dlatego pisanie jest jedną z najniebezpieczniejszych czynności na świecie. Wielu mocno się poobijało, wielu zostało emocjonalnymi kalekami.
Siedzisz w domu i klniesz na polityków, oglądając TVN 24? - Klnę na czym świat stoi, przecież żyję w Polsce.
Kiedyś byłem żarłoczny i wchłaniałem wszystko: biblioteki, kina, teatry - od fundamentów po dach. Niedawno dotarło do mnie, że nie uda się ogarnąć wszystkiego. Wiele książek nie będzie przeze mnie przeczytanych, niejeden koncert odbędzie się beze mnie, a na wernisażu ktoś inny wypije kieliszek sophii. Zwolniłem. Smakuję, brodzę w wodzie wszelkiego bogactwa jak czapla i wybieram co smaczniejsze kąski.