Scenariusz tego filmu utkany jest z prawdziwych historii, choć nie wszystkie, poza stanowiącą zasadniczą część akcji, rzeczywiście zdarzyły się we
Wrocławiu. Ale "80 milionów" to nie dokument, więc nie musi dochowywać faktom stuprocentowej wierności.
Oto w grudniu 1981 r., dziesięć dni przed wprowadzeniem stanu wojennego, Józek (Krzysztof Czeczot), czyli księgowy "Solidarności" Józef Pinior, i Piotr (Maciej Makowski), czyli nieżyjący już dziś Piotr Bednarz, wypłacili z wrocławskiego banku 80 mln zł. Te pieniądze pochodziły ze składek członków dolnośląskiego regionu związku. W brawurowo przeprowadzonej akcji wspierał ich Staszek (Wojciech Solarz), czyli Stanisław Huskowski. We trzech są niczym bohaterowie z prozy Aleksandra Dumasa.
W poprzednim ustroju dyrektor banku (Cezary Morawski) musiał natychmiast zgłaszać zwierzchnikom tak wysokie wypłaty. Ważne jednak było, kiedy to zrobił. W tym wypadku celowo zwlekał. Solidarnościowcy złożyli forsę u kardynała (Adam Ferency), czyli u ówczesnego arcybiskupa wrocławskiego Henryka Gulbinowicza, dla którego łącznikiem ze światem był ksiądz Żegota (Krzysztof Stroiński).
Jeżeli "80 milionów" zobaczy ktoś z zagranicy, z pewnością będzie zdziwiony, że napad na bank w rzeczywistości komunistycznej Polski oznaczał wypłatę pieniędzy z własnego konta. Za to polskich widzów powinno ucieszyć, że rzecz nie jest opowiedziana w tonie martyrologicznym, traktuje o młodych i energicznych ludziach, którym udało się coś zrobić. Ci, którzy spodziewali się moralitetu o duchowym wymiarze oporu przeciwko komunizmowi, muszą poczekać na inną fabułę. Tu dostają popularny i sprawnie zrobiony film do oglądania, któremu romantyzmu przydaje kluczowy dla fabuły motyw tajemniczego informatora "Solidarności", zwanego Starym (Mariusz Benoit).
Jakie było podstawowe zadanie autorów "80 milionów"? Oddać klimat tamtych lat - ich gorączkę, materialne ubóstwo, ale i dwuznaczność. Dlatego jeden z solidarnościowych bohaterów ma tu partyjnego teścia (Krzysztof Globisz). Druga strona barykady też nie jest "betonowo" jednorodna. Ani "zesłany" z Warszawy major Bagiński (Jan Frycz), ani komendant wojewódzki MO (Mirosław Baka) nie są durniami ślepo wierzącymi w socjalizm.
Podczas projekcji rzadko ma się wrażenie, że dialogi trącą papierem, tzn. są zbyt natrętne w sposobie przekazywania widzowi niezbędnych informacji. Kolorytu dodają filmowi
piosenki, czasem użyte bardzo wprost. Gdy bohaterowie czekają w kolejce przed stacją benzynową - pamiętajmy, że
benzyna była wtedy na kartki - zza kadru słychać Krystynę Prońko śpiewającą "Za czym kolejka ta stoi". Dramaturgiczną klamrę całości stanowią sceny dwóch manifestacji na moście Grunwaldzkim: entuzjastycznej, gdy podpisano Porozumienia Sierpniowe, i bojowo-brutalnej, w ich rocznicę w stanie wojennym.
Aktorzy są tu dobrze obsadzeni, ale oprócz dobrych ról jest tu również jedna prawdziwa kreacja: kapitan
SB Sobczak w wykonaniu Piotra Głowackiego. Cóż to za cyniczny skurwysyn: inteligentny i bezwzględny! Pomiata podwładnymi - m.in. funkcjonariuszką Czerniak (Sonia Bohosiewicz, która mówi, że biorąc tę rolę, poszła za swoimi inicjałami) - obsobaczając ich wulgarnym językiem. Tej dosadności jako autentycznej bronił na konferencji prasowej z twórcami "80 milionów" Władysław Frasyniuk,
ówczesny szef dolnośląskiej "Solidarności". Instrukcje, jak sugestywnie przeklinać, Głowacki dostawał na planie od mocnego w języku Krzystka. Nie kibicujemy kapitanowi Sobczakowi szukającemu 80 mln, jednak jest w nim tyle energii i wdzięku, że chce się, żeby wcale nie schodził z ekranu. To jest kreacja zbudowana przy użyciu różnych środków, m.in. wyszczerzonych łobuzersko zębów. Mam nadzieję, że stanowi zapowiedź wielkiej kariery Głowackiego.
Czy scenarzystów - Krzysztofa Kopkę i Krzystka - krępowało to, iż pokazują tu prawdziwe postaci? Ależ oczywiście. Dlatego Maks (Marcin Bosak), figura fikcyjna, może mieć w filmie płomienny romans z francuską dziennikarką Natalią (Emilia Komarnicka). Nikomu z trójki głównych bohaterów nic takiego nie mogłoby się przydarzyć. Jeden żyje w grzecznym związku małżeńskim z prześliczną wiolonczelistką Anką (Agnieszka Grochowska), drugi w momencie zagrożenia wprowadza się do skromnej Marii (Olga Frycz). A obok prywatności Frasyniuka (Filip Bobek), o którego powodzeniu u pań do dziś krążą legendy, w ogóle przechodzimy bokiem.
W "80 milionach" podoba mi się także to, że autorzy nie zrezygnowali z przyjemności bawienia się detalami. W jednej ze scen oglądamy budynek Polskiego Związku Łowieckiego. Stoi przed nim propagandowy slogan, jakich stawiano wówczas wiele: "Socjalizm naszym celem".
Wywiad z aktorem Piotrem Głowackim w "Dużym Formacie".