Kto zdobędzie dla Polski literackiego Nobla 2040? Dziesiąte miejsce w naszym plebiscycie zajął Wojciech Kuczok, dziewiąte - Mikołaj Łoziński. Na czym polega nasz ranking najlepszych polskich pisarzy przed czterdziestką - dowiesz się tutaj.
>
Dorota Wodecka: Były jakieś znaki, że zostanie pan pisarzem? Mikołaj Łoziński: Mam kłopot z tym słowem. Jak już muszę, to wolę mówić, że jestem autorem dwóch książek dla dorosłych i jednej dla dzieci. Raz tylko powiedziałem, że jestem pisarzem.
Kiedy? - Zatrzymali mnie policjanci za przekroczenie prędkości w terenie zabudowanym. Spieszyłem się do kolegów na
Mazury. Punkty karne plus 500 złotych mandatu. Poprosiłem o łagodniejszy wymiar kary. Zapytali, czym się zajmuję. To nie był moment na tłumaczenie zawiłości, że jestem socjologiem, który nie pracuje w zawodzie itd. Powiedziałem, że jestem pisarzem.
A oni? - Zapytali, co piszę. I czy są z tego jakieś pieniądze. Poradzili, żebym napisał kryminał albo pornosa, to więcej zarobię. Podziękowałem za dobrą radę, a oni powiedzieli, że twórców trzeba wspierać. I skończyło się na pouczeniu.
Ma pan swój ulubiony przedmiot? - Tak. Pendrive'a w kształcie klucza. Dostałem go od narzeczonej pod choinkę i noszę w kieszeni.
Zawsze przy sobie? - Zawsze. To moja pamięć zewnętrzna. Raz się zgubił i spanikowałem. Przesuwałem meble i szukałem go w całym mieszkaniu. Znalazł się w innych spodniach.
O czym warto pamiętać? - Nie wiem. Ja często przypominam sobie ważnych dla mnie ludzi. Cezarego Gerona, nauczyciela polskiego z liceum. Mieliśmy taki fajny układ, że zamiast wypracowań na temat pozwalał mi pisać wymyślone historie. Umarł młodo, był niewiele starszy niż ja teraz. Potem przyszła nowa polonistka i po tygodniu powiedziała, że cała klasa świetnie zda maturę - prócz Łozińskiego. Miała rację. Kompletnie nie umiałem pisać prac teoretycznych.
Kogo jeszcze pan wspomina? - Profesora ze studiów. Nazywał się Saül Karsz. Wymagał, żeby prace pisemne nie były dłuższe niż strona. Tylko to, co konieczne, żadnego zbędnego słowa. To była dla mnie
szkoła pisania. Nauczyłem się, że czasem mówiąc mniej, można powiedzieć więcej. Dlatego z "Reisefieber" wyrzuciłem 70 stron, a z "Książki" parę rozdziałów.
Pierwszy raz rozmawiałem z Karszem, kiedy chciałem rzucić
studia. Przyszedłem do niego. "Siadaj, co jest?". "Głupio mi panu to mówić, bo jest pan głównym wykładowcą, ale socjologia właściwie mnie nie interesuje". A on spojrzał na mnie i po chwili powiedział: "Mnie też nie". Druga rozmowa była dwa lata później. Wiedzieliśmy, że to jego ostatnie zajęcia przed emeryturą, ale on nic o tym nie mówił, jak zawsze spakował się i pierwszy wybiegł z sali. Wyszedłem z Sorbony i zobaczyłem go, jak powoli chodzi naokoło fontanny. Podszedłem i powiedziałem, że mu dziękuję, że to były moje ulubione zajęcia. Spojrzał na mnie i powiedział: "Moje też".
Do nierzucania studiów przekonał mnie też dwumetrowy Tunezyjczyk Momo, z którym pracowałem w czasie wakacji w ogromnej hurtowni fotograficznej. Marzył, żeby studiować, ale nie miał czasu ani pieniędzy. Większość z tego, co zarabiał, wysyłał rodzinie w Tunezji. Mówił: "Skończ studia, będziesz królem".
A pan chciał być fotografem. - Tak. Bardzo lubiłem robić zdjęcia. Miałem szczęście przypadkowo spotkać Henri Cartier-Bressona i wydawało mi się, że to znak, że będę fotografem.
Rozmawialiście? - Chodziłem jeszcze do liceum w Warszawie, przyjechałem na dwa dni do Paryża do narzeczonej i poszliśmy razem na Miesiąc Fotografii. Przed wejściem, przy wielkim stoisku z albumami, zobaczyłem Bressona, mojego ukochanego fotografa. Miał wtedy 90 lat. Świetnie wyglądał: elegancka niebieska marynarka, niebieska apaszka, mosiężna laska i kolorowe buty - najnowszy model Nike Air. Powoli zaczął iść do wyjścia. Wstydziłem się podejść, wiedziałem, że Bresson bywa arogancki dla dziennikarzy. I że nie pozwala się fotografować nikomu prócz żony. W końcu się odważyłem. Łamanym francuskim mówię: przyjechałem z Polski. Jest pan moim ulubionym fotografem. On tylko machnął ręką i zapytał: "Z Polski? A wiesz, że mówię trochę po polsku? Chuj, pierdolę, kurwa mać" - powiedział i walnął laską w podłogę. Okazało się, że w czasie drugiej wojny siedział w obozie, gdzie zaprzyjaźnił się z Polakiem, który w kółko to powtarzał.