http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mówi Stańko: Krawiec, opera, Central Park

Rozmawiał Tomasz Handzlik
2011-11-18, ostatnia aktualizacja 2011-11-18 15:54

- Gdyby istniało dwóch Tysonów, wygrałby ten, który czytał Prousta - uważa Tomasz Stańko. W Bielsku-Białej trwa Jazzowa Jesień, której jest szefem

Tomasz Stańko
Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta
Tomasz Stańko
ZOBACZ TAKŻE
Tomasz Handzlik: "Dzień dobry panu, nazywam się Tomasz Stańko"...

Tomasz Stańko: Pamiętam te słowa. Stare dobre czasy. Jazz Jamboree w 1963 roku. Na koncercie w Kongresowej ktoś powiedział, że szuka mnie Komeda. Myślałem, że to żart, ale za chwilę ktoś znowu to powtórzył. Poszedłem i przedstawiłem się. Dwa dni później zagraliśmy razem pierwszy koncert.

To było ogromne wyróżnienie, bo już wtedy wiedziałem, że Komeda jest wielkim muzykiem. Słuchałem na okrągło płyty z muzyką z "Noża w wodzie". To mnie ruszało, bo nikt wtedy w Polsce tak nie grał. Komeda i ten zespół byli dla mnie objawieniem. Któryś z muzyków powiedział mi nawet ostatnio, że Komeda mnie bardzo cenił. Nie wiedziałem. A nawet nie brałem tego nigdy pod uwagę, bo to ja go podziwiałem, on był dla mnie numerem jeden.

Dzisiaj już się pan nie musi tak przedstawiać. Jedna z czołowych trąbek na świecie, gość najpopularniejszych talk-show, porannych programów telewizyjnych, a nawet magazynów sportowych.

- No nie wiem... Chyba nie. Powoli zaczynam być spełniony. A popularność pomaga, bo mogę spokojnie kontynuować swoją strategię w twórczości czy estetyce. I nie muszę się godzić na żadne kompromisy. Akceptuję oczywiście pewne prawa, które obowiązują w muzycznym show-biznesie. Bo tu panuje obecnie głównie jedna zasada: coś za coś. To znaczy, jak pan coś zrobi, to wtedy ktoś się panu zrewanżuje. Wiem, że często tylko dzięki temu nasza muzyka może się toczyć. Sam nie muszę jednak z tych praw korzystać. Robię tylko to, co chcę. To jest moja wolność.

Albo raczej quasi-wolność, bo prawdziwa nie istnieje. Jest tylko pewien jej rodzaj, ideał, do którego dążymy. Ja jestem już bliski. Przynajmniej tak mi się wydaje. Ale czy tak jest naprawdę? Nie wiem, być może wcale nie. Bardziej jednak istotne jest dla mnie to poczucie. I że mogłem zrobić wszystko to, co w życiu zrobiłem, że zapanowałem nad swoimi słabościami, potrafiłem je okiełznać. Bo przecież każdy podlega pewnym ograniczeniom, wpływom. Nikt nie jest wielki. Nawet Bóg. To może obrazoburcze z punktu widzenia religii, ale daje mi poczucie, że nie ma czegoś najwspanialszego, nie ma więc też powodów do stabilizacji czy chełpliwości.

Wobec siebie też pan jest taki krytyczny?

- Ja to wiem. Wiem, że nie jestem i nigdy nie będę najlepszy. Że zawsze będę chciał wszystko zrobić lepiej.

A Nowy Jork daje wolność?

- Mnie daje, bo żyję tam w tak przedziwnej sytuacji, że nie muszę walczyć o przetrwanie. Zdobyłem już tak wysoką pozycję, że mogę grać w najważniejszych klubach, jak Birdland czy Village Vanguard, i mam swoją publiczność.

To dlaczego tak późno pan się tam przeprowadził?

- Właściwie to ja się nie przeprowadziłem. Cały czas mieszkam w Warszawie, a w Nowym Jorku mam tylko małe pied-a-terre. Pomieszkuję tam trochę, maksymalnie trzy, cztery miesiące w roku. A dlaczego dopiero teraz? Bo ja jestem strasznie leniwy i nie lubię się bić, walczyć czy przepychać.

A teraz to wyszło właściwie w naturalny sposób. Jestem już ustabilizowany, mam swoją wytwórnię, która jest mocno zakotwiczona na światowej arenie, a jej nowojorskie biuro jest niesłychanie silne. W związku z tym bezboleśnie załatwiłem wszelkie drobiazgi administracyjne. Mam mieszkanie w kamienicy, w której żyją właściwie sami single, więc czuję się tam niesłychanie komfortowo.

A poza tym wszystko jest na miejscu. Setki knajp, krawiec, a jak przejdę Central Park, to mam pod ręką trzy muzea: Guggenheima, Neue Gallery, Metropolitan, a parę metrów dalej operę. Tony koncertów. Przede wszystkim jednak świetnie mi się tam komponuje, bo nikt do mnie nie dzwoni, nie przeszkadza.

Mieszka pan na Manhattanie?

- Przy 86. Ulicy.

To niedaleko domu Milesa Davisa.

- Często jeszcze zadaję mu w myślach pytania i zastanawiam się, jak rozwiązałby sprawy, z którymi sam sobie nie radzę.

Są takie rzeczy?

- Zawsze! Człowiek nigdy nie jest do końca pewny. Zawsze czegoś szuka. Ten proces nie ustaje, a z wiekiem chyba nawet przyspiesza. Coraz bardziej czujemy niedosyt wiedzy.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4
  • 4
  • 2
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów

Sposób na to, żebyśmy chcieli pracować dłużej?

Każdy pracujący Szwed dostaje co roku ''pomarańczową kopertę''. Tak ma być też w Polsce