http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wykrwawiona rewolucja

Dorota Jarecka
2011-11-14, ostatnia aktualizacja 2011-11-14 13:47

MOCAK, wystawa ''Akcjonizm wiedeński''
MOCAK, wystawa ''Akcjonizm wiedeński''
Fot. Beata Zawrzel / Agencja Gazeta

Wiedeńscy akcjoniści odrzucili współczesną kulturę jako zakłamaną. Chodziło m.in. o kulturę austriacką z jej nierozliczonym, schowanym pod podszewkę nazizmem. Tylko o krok wyprzedzili twórczość Thomasa Bernharda

MOCAK, wystawa ''Akcjonizm wiedeński''
Fot. Beata Zawrzel / Agencja Gazeta
MOCAK, wystawa ''Akcjonizm wiedeński''
MOCAK, wystawa ''Akcjonizm wiedeński''
Fot. Beata Zawrzel / Agencja Gazeta
MOCAK, wystawa ''Akcjonizm wiedeński''
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Wystawa
"Akcjonizm wiedeński. Przeciwny biegun społeczeństwa. Prace z kolekcji Essla"
MOCAK, Kraków, do 29 stycznia, kurator Stanisław Ruksza


"Pod płaszczykiem artystycznych wyczynów akcjoniści wiedeńscy, tacy jak Nitsch, Muehl czy Schwarzkogler, dopuszczali się masakrowania zwierząt na oczach publiczności. Tłumy kretynów patrzyły, jak (...) rozciągają organy i wnętrzności, zanurzają ręce w mięsie i krwi, doprowadzając niewinne zwierzęta do ostatecznych granic cierpienia - podczas gdy jakiś palant fotografował czy filmował tę jatkę, by wystawić otrzymane w ten sposób dokumenty w galerii sztuki".

Nie, to nie żaden przedstawiciel Ligi Polskich Rodzin w płomiennej mowie przeciw tej obrzydliwej współczesnej sztuce. To Francuz Michel Houellebecq w "Cząstkach elementarnych", książce, która miała ukazać klęskę pokolenia '68. Tej rewolucji nie można było chyba bardziej zohydzić.

To prawda: wiedeńscy akcjoniści urządzali drastyczne akcje połączone z zarzynaniem zwierząt i spuszczaniem z nich krwi. Prawdą jest jednak także, że nie była to powierzchowna i głupawa reakcja na to, że wiedeńczycy chodzą do opery i jedzą knedle, ale generalne odrzucenie współczesnej kultury jako zakłamanej. Chodziło m.in. o kulturę austriacką z jej nierozliczonym nazizmem. Akcjoniści o krok wyprzedzili twórczość Thomasa Bernharda, z jej straszliwą obrazoburczą siłą niszczącą dobre samopoczucie Austrii.

Na wystawie w krakowskim MOCAKU (Muzeum Sztuki Współczesnej) oglądam zdjęcia z orgiastycznych performance'ów Hermanna Nitscha, z sadystycznych akcji Rudolfa Schwarzkoglera i Ottona Muehla. Dla mnie największym przeżyciem są wczesne akcje Günthera Brusa. Zatrzymuję się przed dokumentacją akcji z córką Dianą z 1967 r. Artysta staje się tutaj żywym obrazem - zagruntowany na biało, od stóp do głów pokryty farbą, fotografuje się koło kilkumiesięcznego dziecka, powtarza jego gesty. Nie ma w tym grama przemocy, obie postaci są doskonale niewinne. A córka przez to, że ojciec zostaje zamieniony w białego manekina, staje się tym bardziej żywym człowiekiem.

Najbardziej znana jego akcja to "Wiedeński spacer"(1965). Brus najpierw się zagruntował, potem przez środek ciała narysował sobie czarną farbą pionową krechę i udał się na wiedeński plac Bohaterów. To miejsce, które jest jednocześnie dumą i hańbą Austrii - to tutaj ludność oklaskiwała Hitlera, gdy w 1938 r. odbywał się Anschluss, wcielenie Austrii do III Rzeszy. Kiedy Brus jak zszyta z dwóch kawałków szmaciana lalka przechadzał się po Heldenplatz, Austria uchodziła ciągle za ofiarę, a nie wspólnika Hitlera. Krytyczne znaczenie gestu Brusa było oczywiste - nagle na powierzchnię ziemi wypływa trup, makabryczna zjawa. Zmowa milczenia wokół przeszłości trwała jeszcze długo, napisana w 1988 r. rozliczeniowa sztuka Thomasa Bernharda "Heldenplatz" wciąż jeszcze była dla Austrii szokiem.

Kulminacją i końcem działań akcjonistów była ich wspólna akcja "Sztuka i rewolucja" w 1968 r. na Uniwersytecie Wiedeńskim. Muehl biczował jakiegoś młodego chłopca. Brus defekował, masturbował się, wypijał mocz i wymiotował, śpiewając hymn narodowy. Groziło mu więzienie. Uciekł przed wyrokiem do Niemiec i tam dalej prowadził swój teatr. Patrzę na te wstrząsające filmy dokumentujące działania, w których eksponuje siebie okaleczonego, cierpiącego, wkłada stanik, podwiązki, a więc wydobywa kobiecość podmiotu. Tak jakby na opak ilustrował poglądy filozofa Otto Weiningera (1880-1903), który w słynnym eseju "Płeć i charakter" poniżał kobiecość i w ogóle inność w imię męskiej, zdrowej siły. Houellebecq głęboko się pomylił. Wiedeńscy akcjoniści nie byli przejawem zepsucia, ale zepsucie i hipokryzję piętnowali.

Niestety, w jednym przypadku miał rację - Muehl, najstarszy z wiedeńskich akcjonistów, nie skończył za dobrze. Po odejściu z grupy założył komunę, w której dochodziło do seksualnego wykorzystywania nieletnich. Siedział w więzieniu. Wystawa nie wypomina mu tego epizodu, za to pokazuje późniejszą działalność Brusa i Nitscha (Schwarzkogler zmarł w 1969 r.). Nie wiadomo po co.

Bo im później, tym było z nimi gorzej. Nitsch nie umiał zamknąć swego działającego od początku lat 60. "Orgien Mysterien Theater". Oglądam film z 2003 r., na którym odbywa się akcja wytrząsania flaków z prosiaka. Czynią to młodzieńcy w białych ubraniach, dyryguje nimi stary Nitsch z długą brodą, co jakiś czas pogwizduje zakrwawionym gwizdkiem. Jego kapłaństwo jest żałosne. Muehl, który na starość publicznie przeprasza za swoje błędy, jest tragiczny, krwawa msza Nitscha za biletami jest już tylko farsą, spektaklem wykrojonym z resztek rewolucyjnego materiału. A gigantyczne pochlapane krwią i farbą płótna z przełomu lat 80. i 90. nazwane skromnie "Stacjami drogi krzyżowej" powinny zostać schowane głęboko w magazynie i wyjmowane tylko raz na jakiś czas, dla przestrogi.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów