http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ten niecierpliwy geniusz Leonardo

Anna Arno, Londyn
2011-11-12, ostatnia aktualizacja 2011-11-12 12:56

W londyńskiej National Gallery otwarto właśnie wielką wystawę dzieł Leonarda da Vinci. Dziewięć z 15 ocalałych obrazów malarza wszech czasów nigdy dotąd nie wisiało obok siebie. I pewnie już nie będzie

Leonardo da Vinci
Fot. The National Gallery
Leonardo da Vinci "Muzyk"
Leonardo da Vinci
Fot. The National Gallery
Leonardo da Vinci "Chrystus Zbawiciel"
Leonardo da Vinci
Fot. The National Gallery
Leonardo da Vinci "Głowa kobiety"
ZOBACZ TAKŻE
Leonardo da Vinci. Painter at the Court of Milan , The National Gallery, Londyn, 9 listopada 2011 - 5 lutego 2012

Jedna z ostatnich notatek Leonarda da Vinci z 1518 r. jest poświęcona geometrii. Rozważania urywają się nagłym usprawiedliwieniem: "Perche la minesstra si fredda" - ponieważ zupa stygnie. Mistrz nigdy nie wrócił do tematu. Nie tylko dlatego, że kilka miesięcy później już nie żył. Równie beztrosko zarzucał większość swoich przedsięwzięć. To był po prostu niespokojny duch - ciekawość porywała go w różne strony, ale szybko zniechęcał się i nudził. Nie dotrzymywał terminów, nie realizował pomysłów, których jedynym śladem pozostawały pośpieszne szkice.

Mit Leonarda da Vinci - renesansowego geniusza, odkrywczego w każdej dziedzinie, narodził się dopiero w dziewiętnastym wieku. Rodzice, którzy kupują dzieciom poradniki w rodzaju "Myśleć jak Leonardo da Vinci", nie zdają sobie sprawy, jak bardzo niepraktyczny to przewodnik. Nie sprawdziłby się w żadnej współczesnej firmie - jego projekty pozostały w większości niedokończone.

Leonardo za 45 funtów

Wystawa w londyńskiej National Gallery została okrzyknięta artystycznym wydarzeniem ostatnich lat na wiele miesięcy przed wernisażem. Organizatorzy zapewne słusznie ostrzegają, że nigdy więcej nie zobaczymy takiego nagromadzenia obrazów mistrza z Vinci. Leonardo namalował ich zaledwie dwadzieścia, z czego piętnaście zachowało się do naszych czasów. W tej skromnej grupie znajdują się prace w różnym stopniu nieukończone, uszkodzone przez czas i nadgorliwych restauratorów. W Londynie pokazywanych jest dziewięć obrazów.

O atrybucję niektórych z nich nadal spierają się specjaliści. Po raz pierwszy eksponowany jest "Salvator Mundi" dopisany do katalogu Leonarda zaledwie kilka miesięcy temu. Ten wizerunek Chrystusa Zbawiciela należał do kolekcji króla Anglii Karola I, a po stuleciach zapomnienia, w 1958 r. został sprzedany za czterdzieści pięć funtów jako praca Boltraffia, jednego z uczniów Leonarda. Restauracja na początku tego roku ujawniła jakość obrazu. Chociaż nie wszyscy specjaliści widza w nim rękę mistrza, spekuluje się, że dzieło może osiągnąć rekordowa cenę około 200 milionów dolarów.

Geniusz bez wykształcenia

Leonardo da Vinci urodził się w 1452 r. w okolicach Florencji jako nieślubny syn notariusza i wiejskiej dziewczyny. Oboje rodzice wkrótce zawarli związki z osobami ze swojego stanu. Ojciec zaadoptował Leonarda, kiedy macocha okazała się bezdzietna. Chłopiec okazał się kiepskim uczniem - skończył szkołę arytmetyki, chociaż nie pociągało go wyliczanie cen, kursów wymiany i triangulacja wysokości budynków. Na tym zakończył formalną edukację i nigdy nie opanował łaciny. Kiedy w późniejszych zapiskach przedkłada doświadczenie nad powagę autorytetu, w jego słowach pobrzmiewa ton obrony - zdawał sobie sprawę, że nieznajomość języka zamyka przed nim dostęp do nauk ścisłych i najważniejszych intelektualnych debat.

Leonardo musiał wcześnie wykazywać artystyczną smykałkę, bo jako nastolatek został oddany na naukę do uznanego rzeźbiarza i malarza Andrei Verocchio. Przed bękartem, któremu florenckie statusy odmawiały pełnych praw obywatelskich, artystyczna kariera otwierała perspektywę sławy i arystokratycznego towarzystwa. W czerwcu 1472 r. staż Leonarda oficjalnie się skończył, a jego imię wpisano do księgi Compagnia di San Luca - artystycznego bractwa we Florencji. Jednak nadal pracował z nauczycielem - w 1476 r., kiedy oskarżono go o sodomię, dokumenty opisywały go jako wspólnika Verocchia.

Kot da Vinci

W styczniu 1478 r. otworzył samodzielny warsztat i nie brakowało mu zamówień. Jednak z "Pokłonu pasterzy", który planował dla kaplicy Świętego Bernarda we florenckim Palazzo della Signoria, zostało tylko kilka pokazywanych w Londynie rysunków kompozycyjnych z klęczącą Marią w otoczeniu chmary aniołków.

W tym samym okresie Leonardo deklaruje, że rozpoczął dwa obrazy Madonny, których jedynym śladem jest być może malutki rysunek, gdzie dzieciątko bawi się z kotkiem. Także zamówiony przez augustiańskich mnichów w 1481 r. "Pokłon Trzech Króli", porzucił na etapie monochromatycznej podmalówki (dziś w Galerii Uffizi). Skomplikowana kompozycja, z tłumem ekspresyjnych postaci, okazała się nazbyt ambitna, a skończony obraz byłby zapewne rażący i dziwaczny.

Leonardo odebrał więc kolejną ratę zaliczki i spakował manatki. W tym miejscu zaczyna się narracja londyńskiej wystawy. Kuratorzy skupili się na osiemnastoletnim okresie służby Leonarda na dworze Ludovica Sforzy w Mediolanie. Był to czas dojrzewania mistrza.

Pod skrzydłami despoty

Chociaż mediolańskie annały po raz pierwszy wspominają go wiosną 1483 r., do lombardzkiego miasta trafił co najmniej rok wcześniej, krótko po nieoczekiwanym przejęciu władzy przez Ludovica Sforzę. Uwolniony od nacisków klienteli z komercyjnie nastawionej, republikańskiej Florencji Leonardo kwitnął pod skrzydłami despoty.

Księciu nie przeszkadzała niesystematyczność nowego artysty. Wystarczała mu rozkosz konwersacji z tak wybitną osobą. Ludovico ze względu na ciemną karnację nazywany Maurem (il Moro) podobnie jak Leonardo miał w młodości kiepskie perspektywy. Jako czwarty syn Francesca Sforzy dorastał bez nadziei na władzę. Kiedy jednak śmierć starszego brata otworzyła mu szansę, bez mrugnięcia usunął wszystkich, którzy stali mu na przeszkodzie.

Prowadził rządy silnej ręki, dbając zarazem o życie kulturalne miasta. Wszechstronnie utalentowany Florentyńczyk stanowił dlań znakomity nabytek. Leonardo był pięknym młodzieńcem i utalentowanym śpiewakiem, a jeśli wierzyć szesnastowiecznej biografii Vasariego, na dwór Sforzów przybył wyposażony w srebrną lirę w kształcie końskiej czaszki. Jednak Leonardo prędko zrozumiał priorytety wojowniczego księcia i o przyjęcie na dworską służbę ubiegał się jako wojskowy inżynier. W ,,podaniu" do księcia obiecywał zdradzić sekrety projektowania broni i fortyfikacji. Na zakończenie jakby mimochodem wspominał swoje bardziej pokojowe umiejętności: projektowanie budynków i wodociągów, rzeźbienie w marmurze. No i malarstwo, w którym, jak zapewniał, nie ma sobie równych.

Żywy człowiek. Po raz pierwszy

Leonardo nie chciał być postrzegany jako artysta do wynajęcia. Jednak zatrudnienie u Sforzów wymagało produkowania dworskiej sztuki: przede wszystkim portretów. Upodobania mediolańskich patronów w tej materii były bardzo tradycyjne: władców ukazywano w profilu, który nadawał rysom powagę, pozwalał zapamiętać rysy, wprowadzał emocjonalny dystans. Ta zaczerpnięta z monet formuła była wykorzystywana nawet w portretach zaręczynowych, które wysyłano potencjalnym małżonkom. Można sobie wyobrazić, jakie poruszenie musiał wywołać pokazywany w Londynie portret młodego mężczyzny zwany "Muzykiem" (1486-87). Nie spełniał żadnej z obowiązujących w Mediolanie konwencji.

Chociaż obraz jest niedokończony, Leonardo zdołał pokazać żywego człowieka. Sztywny profil zastąpił widokiem w trzech-czwartych, który pozwala uchwycić malujące się na twarzy emocje. Umieszczona na neutralnym, ciemnym tle modelowana światłocieniem twarz jest przeniesiona w "moment wieczny", ale zarazem wydaje się, że młodzieniec właśnie zamknął albo otwiera usta. W jego ogromnych oczach maluje się cień melancholii. Na taką swobodę Leonardo mógł sobie pozwolić w nieformalnym portrecie. Być może pozował mu muzyk Atalante Migliorotti, który razem z nim przyjechał do Mediolanu. Uroda chłopca pozwoliła zapisać w obrazie subtelną medytację o pięknie i czasie, który malarstwo potrafi zatrzymać. W tym sensie więc, jak uważał da Vinci, malarstwo góruje nad muzyką, która rozwija się w czasie i umyka, gdy tylko przebrzmi ostatni akord.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4
  • 1
  • 4
  • 6
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':