"Kręgi obcości"
Michał Głowiński
Wydawnictwo Literackie, Kraków To książka wybitna. Powstała prawdopodobnie z potrzeby uporządkowania życia pisarza rozproszonego w "Czarnych sezonach", "Historii jednej topoli", "Magdalence z razowego chleba" czy "Kładce nad czasem". Życia porozbijanego na epizody, w których nie zawsze on był ich głównym bohaterem.
Do "Kręgów obcości" dojrzewał powoli. Najpierw musiał siebie poukładać w sobie, przeżyć swoje życie jeszcze raz, przetworzyć je w literacką konwencję i znając Głowińskiego, jestem przekonana, że pisząc ją, co chwilę się zatrzymywał, zastanawiając się, czy nie popełnia ekshibicjonizmu, czy nie przekracza wyznaczonych konwenansami granic, czy nie narusza czyjejś wrażliwości. Są więc w niej osoby anonimowe, zaznaczone literami A., B., M. Ale przede wszystkim jest on. Prawdziwy i szczery.
Do napisania pierwszej książki "Czarne sezony" przymierzał się 50 lat. Pisał ją cztery lata. Mówił potem: "Nie byłem ani psychicznie, ani pisarsko do niej gotowy. Musiałem też przezwyciężyć wewnętrzne opory i strachy, od których trudno było się uwolnić". Targała nim niepewność, czy podoła literacko. Czy znajdzie właściwy ton, by opisać czas Holocaustu i swoje ocalenie. Znalazł. Zadał sobie proste pytanie: co pamiętam?
Pisał ją do szuflady. Także trochę z obowiązku wobec tych, którzy zginęli. Żeby zachować ich ślad na ziemi, przypomnieć, że żyli. Wspaniały Emil z kompletów w getcie, Suzi mówiąca dziwną polszczyzną, niesforny Tadzio oraz nauczycielki - krucha pani Bronisława i chuda, wysoka panna Julia. "Jestem jedynym, który o nich pamięta, jedynym świadomym, że kiedyś żyły, pracowały... - i zginęły wraz ze światem, którego były częścią".
"Czarne sezony" składały się z 20 - skromnie przez niego nazwanych - "relacji". I były zapisami jego doświadczeń.
Głowiński okazał się mistrzem opisu sceny, zatrzymanego w pamięci kadru. Te sceny wzbogacone w jego wyobraźni o relikty epoki i obudowę psychologiczną stają się symbolicznym kluczem do zrozumienia historycznych zdarzeń i ludzkich zachowań.
Po "Czarnych sezonach" szybko ukazały się kolejne książki. Prawie co rok. Nagle Głowiński - profesor, teoretyk i historyk literatury, autor znakomitych esejów i rozpraw o prozie Tuwima, Leśmiana czy Gombrowicza, przez kilkadziesiąt lat analizujący nowomowę w propagandzie komunistycznej - stał się pisarzem. To było największym zaskoczeniem - przede wszystkim dla niego. Mówił: "Kwalifikacja ta, gdy do mojej skromnej osoby odniesiona, budzi onieśmielenie i nawet zażenowanie, bo dla mnie 'pisarz' to wielkie słowo".
Dobrze po sześćdziesiątce zaczął wychodzić ze skorupy, w której zamknął się w czasie wojny. Coraz śmielej i śmielej burząc swoje kręgi obcości.
Po 13 latach od wydania pierwszej książki odważył się wreszcie zburzyć ostatni i zadać sobie pytanie: kim jestem?
Chłopiec odkrywający własne lęki. Mężczyzna niepotrafiący odnaleźć się w mieszanym towarzystwie. Starszy pan ważący swój los. Wciąż analizujący i badający przyczyny swoich zahamowań, wycofań, ucieczek w samotność. Stale pokonujący onieśmielenie.
"Kręgi obcości" są książką uczciwą do bólu. Głowiński opisuje w niej proces zamykania się na świat, tłumaczy powody zamknięcia i próby - najczęściej nieudane - wyrwania się w świat.
"W każdej chwili - wspomina o czasach Zagłady - chciałem żywić przekonanie, że mogę się zamknąć w skorupie i nie wystawiać na zewnątrz niczego, co do mnie należy. Mogło to jeśli nie likwidować, to przynajmniej łagodzić poczucie zagrożenia".
Syndrom ślimaka nie opuścił go jednak i po wojnie. "W latach następnych wciąż żyć będą we mnie lęki, choć realnie nic mi już nie groziło lub co najwyżej groziło niewiele... O sobie nie mówiłem niczego. Nie wspominałem o żydowskim pochodzeniu... Nie mówiłem nic ani o swojej rodzinie, ani o kolejach losu w czasie wojny... Nie czyniłem tego nie dlatego, iż się obawiałem, że ściągnie to na moją osobę jakieś przykrości... O moim milczeniu w tej dziedzinie decydowały lęki wyniesione z czasu Zagłady... silniejsze ode mnie... to była nadal sfera niemożliwości, ten strach wciąż działał paraliżująco. Milczenie, zamrażanie wszelkich wspomnień, ich nieupublicznianie było rozwiązaniem jeśli nie najlepszym, to jedynym możliwym".
Pierwsze tabu - tłumaczy - dotyczące pochodzenia przerwał na początku latach 90. "Nie znam jidysz, nie znam hebrajskiego, od najwcześniejszego dzieciństwa mówię i myślę w języku polskim, wyrosłem w polskiej kulturze, którą traktuję jak swoją. A więc jestem Polakiem! Byłem w warszawskim getcie, ukrywałem się po aryjskiej stronie, zostałem z powodów zwanych rasowymi skazany na śmierć... A więc jestem Żydem!... Dwoistość taka nie ma charakteru wewnętrznie sprzecznego, przeciwnie, uważam, że jest na swój sposób harmonijna, wolna od dysonansów...".
Zostało drugie tabu. Tajemnica skrywana nawet przed rodzicami. Napisał o niej w "Kręgach obcości" po raz pierwszy.
"Milczałem o sprawach najbardziej osobistych, zachowywałem się tak, jakby ta sfera życia dla mnie nie istniała, była nieważna, pozbawiona znaczenia... Zdarzało się, że zagadywano mnie w tej kwestii, odburkiwałem wtedy coś niewiele znaczącego lub nie znaczącego nic... Wstydziłem się tego, co mnie spotkało, owego ukierunkowania, które sobie uświadomiłem już w latach szkolnych... Wstydziłem się, bo niejako wbrew sobie uważałem je za naganne, a może nawet hańbiące, choć nie było konsekwencją wolnego wyboru, bo gdyby szansę takiego wyboru mi dano, byłby on niewątpliwie inny, a życie moje - łatwiejsze".
"Kręgi obcości" to książka mądra. Napisana piękną, bogatą polszczyzną. We fragmentach opisujących miłość prawie poetycka.
W podtytule "Kręgów obcości" Głowiński dodał: "opowieść autobiograficzna". A nie po prostu autobiografia. Nie zrobił tego przypadkowo. W prozie Głowińskiego nie ma słów przypadkowych, nieprecyzyjnych, nie ma fraz niedomyślanych. "Autobiografia" jest słowem, które zawiera skończoność. "Opowieść" niesie element trwania i dziania się.
Głowiński kryjący się w maleńkim mieszkanku na Służewie nad Dolinką, otoczony stosami książek, siedzi przy biurku i dalej pisze. Co najmniej kilka godzin dziennie. Czym nas zaskoczy w następnej opowieści?