Polskie kino ciągle czegoś mnie uczy. Nie żartuję. Dzięki "Wyjazdowi integracyjnemu" Przemka Angermana dowiedziałem się np., że do nakręcenia komedii sytuacyjnej nowego typu, bo chyba można tu mówić o "nowym typie", potrzebne są dziś dwie rzeczy - elegancki hotel, w którym będzie się ona rozgrywać (hotel udostępni swoje wnętrza w zamian za jego reklamę), i sponsor, najlepiej produkujący pewien typ alkoholu, bo wtedy bohaterowie co kilka minut będą mogli namawiać się na ekranie do picia tegoż.
Gdy ma się i hotel, i sponsora, scenariusz nie jest już właściwie potrzebny. I tu go nie ma, choć w czołówce pojawiają się aż dwa nazwiska scenarzystów: poza Angermanem jeszcze Adam Karolewski. Zamiast scenariusza są w tej komedii tylko dwa pomysły. Pierwszy to taki, że akcja rozgrywa się podczas wyjazdu integracyjnego pracowników korporacji Polish Lody, a drugi polega na tym, że trzy nieznające się osoby - prezes firmy lodziarskiej (Jan Frycz), dziennikarz Gerard (Tomasz Karolak) i modelka Gabi (Katarzyna Glinka) - pomyłkowo zostają ulokowane w tym samym luksusowym apartamencie. Do tego dochodzi jeszcze sprawdzona wcześniej, choćby w "Erratum", formuła - że postawny Tomasz Kot nadaje się wbrew swym warunkom fizycznym do grania ludzi wycofanych i słabych. Tu jest świeżo przyjętym pracownikiem działu kadr. Dodajmy - terroryzowanym przez swą narzeczoną.
Nie czepiam się "Wyjazdu integracyjnego" dlatego, że to błaha komedia. Nie chce mi się nawet pomstować, że to komedia nieśmieszna, ani wyliczać - co nie byłoby zresztą specjalnie trudne - przykłady nieudolności i marnego gustu jej twórców. Zajmuję się "Wyjazdem..." z innego powodu. Jest nim obecność w obsadzie gromady markowych aktorów. Ja wiem, że każdy ma rachunki do opłacenia, a pieniądze, co zauważył już pewien rzymski cesarz, nie śmierdzą, ale czy z polskim kinem naprawdę jest aż tak źle, że Frycz musi tu błaznować w różowej sukience, Sławomir Orzechowski i Bartosz Topa zaś muszą prowadzić toporne dialogi, domagające się, by napisać je od nowa? O tym, co wyprawia w filmowym hotelu Zbigniew Buczkowski, wolałbym w ogóle zmilczeć. Żal mi też Katarzyny Figury, choć ta w roli nadekspresyjnej kretynki z działu promocji paraduje w "Wyjeździe..." w ponętnym skórzanym kostiumie sado-maso. Żal, bo film Angermana zawodzi również, jeśli chodzi o eksponowanie kobiecych wdzięków. Zaangażowano doń ładną Glinkę, ale nagie zbliżenie wykonano w ten sposób, byśmy byli pewni, że oglądamy biust jakiejś jej dublerki.
Po "Wyjeździe...", próbując przypomnieć sobie uprzednie dokonania Angermana, dokopałem się w pamięci do komedii "Jak to się robi z dziewczynami" (2002). Intrygujący był w niej tylko tytuł. Niestety, Angerman wciąż trzyma się tej reguły.