http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Tylko aktorów żal

Jacek Szczerba
2011-11-04, ostatnia aktualizacja 2011-11-03 17:52

"Wyjazd integracyjny"
fot. mat. promocyjne

Polskie kino ciągle czegoś mnie uczy. Nie żartuję. Dzięki "Wyjazdowi integracyjnemu" Przemka Angermana dowiedziałem się np., że do nakręcenia komedii sytuacyjnej nowego typu, bo chyba można tu mówić o "nowym typie", potrzebne są dziś dwie rzeczy - elegancki hotel, w którym będzie się ona rozgrywać (hotel udostępni swoje wnętrza w zamian za jego reklamę), i sponsor, najlepiej produkujący pewien typ alkoholu, bo wtedy bohaterowie co kilka minut będą mogli namawiać się na ekranie do picia tegoż.

SERWISY
Gdy ma się i hotel, i sponsora, scenariusz nie jest już właściwie potrzebny. I tu go nie ma, choć w czołówce pojawiają się aż dwa nazwiska scenarzystów: poza Angermanem jeszcze Adam Karolewski. Zamiast scenariusza są w tej komedii tylko dwa pomysły. Pierwszy to taki, że akcja rozgrywa się podczas wyjazdu integracyjnego pracowników korporacji Polish Lody, a drugi polega na tym, że trzy nieznające się osoby - prezes firmy lodziarskiej (Jan Frycz), dziennikarz Gerard (Tomasz Karolak) i modelka Gabi (Katarzyna Glinka) - pomyłkowo zostają ulokowane w tym samym luksusowym apartamencie. Do tego dochodzi jeszcze sprawdzona wcześniej, choćby w "Erratum", formuła - że postawny Tomasz Kot nadaje się wbrew swym warunkom fizycznym do grania ludzi wycofanych i słabych. Tu jest świeżo przyjętym pracownikiem działu kadr. Dodajmy - terroryzowanym przez swą narzeczoną.



Nie czepiam się "Wyjazdu integracyjnego" dlatego, że to błaha komedia. Nie chce mi się nawet pomstować, że to komedia nieśmieszna, ani wyliczać - co nie byłoby zresztą specjalnie trudne - przykłady nieudolności i marnego gustu jej twórców. Zajmuję się "Wyjazdem..." z innego powodu. Jest nim obecność w obsadzie gromady markowych aktorów. Ja wiem, że każdy ma rachunki do opłacenia, a pieniądze, co zauważył już pewien rzymski cesarz, nie śmierdzą, ale czy z polskim kinem naprawdę jest aż tak źle, że Frycz musi tu błaznować w różowej sukience, Sławomir Orzechowski i Bartosz Topa zaś muszą prowadzić toporne dialogi, domagające się, by napisać je od nowa? O tym, co wyprawia w filmowym hotelu Zbigniew Buczkowski, wolałbym w ogóle zmilczeć. Żal mi też Katarzyny Figury, choć ta w roli nadekspresyjnej kretynki z działu promocji paraduje w "Wyjeździe..." w ponętnym skórzanym kostiumie sado-maso. Żal, bo film Angermana zawodzi również, jeśli chodzi o eksponowanie kobiecych wdzięków. Zaangażowano doń ładną Glinkę, ale nagie zbliżenie wykonano w ten sposób, byśmy byli pewni, że oglądamy biust jakiejś jej dublerki.

Po "Wyjeździe...", próbując przypomnieć sobie uprzednie dokonania Angermana, dokopałem się w pamięci do komedii "Jak to się robi z dziewczynami" (2002). Intrygujący był w niej tylko tytuł. Niestety, Angerman wciąż trzyma się tej reguły.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3
  • 4
  • 1
  • 4
  • 2
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    34 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':