Od piątku w kinach "Niebezpieczna metoda", estetycznie różna od szokującego kina, jakie uprawiał David Cronenberg. Przyjęcie stylu glamour to jednak świadomy zabieg. Znajdujemy się wśród ludzi zapiętych na ostatni guzik, w świecie, który dopiero odkrywa podświadomość
Cronenberg, twórca nowej generacji horroru "niesamowitego inaczej", realizuje swoje filmy od 40 lat; zaczynał jako autor undergroundowy. W jednym z pierwszych - "Zbrodniach przyszłości" - zabójczą moc okazywały damskie kosmetyki. W innym nowa odmiana wścieklizny zamieniała ludzi w mordujące bestie. W "Dreszczach" - pierwszym filmie Cronenberga, który trafił do kin - obrzydliwe pasożyty zmieniały ludzi w "seksualne zombi".
Zło jest wszędzie
Osobliwością filmów Cronenberga było to, że przedmioty codziennego użytku, media, wszystko, co nas otacza, stawały się częścią ludzkiego organizmu. Trudno byłoby znaleźć ostrzejszy pamflet na cywilizację uwikłaną w pułapkę technologicznego postępu. Ktoś napisał o Cronenbergowskich horrorach: "Kiedyś mówiło się, że potrzeba jest matką wynalazków, teraz wynalazki są matką potrzeb".
W "Videodromie" (1982) maniak filmów o przemocy ma broń przyrośniętą do ręki, a w brzuchu specjalną cielesną wypustkę w kształcie waginy do pobierania obrazów. W słynnym "Nagim lunchu" według powieści papieża bitników Burroughsa maszyna do pisania przekształca się w żywego karalucha, a ten - w maszynę erotyczną. W science fiction "Crash" według Ballarda uczestniczenie w kraksie samochodowej staje się współczesnym wariantem pierwotnej ekstazy, połączeniem erosa i instynktu śmierci.
W "eXistenZ" fantazmaty uzyskują ciało. W wyjałowionej rzeczywistości ludzie prowadzą wirtualne gry: podłączają własny system nerwowy do ohydnego, sztucznie wyhodowanego płaza nafaszerowanego syntetycznym DNA. Jedyna wolność, na jaką stać uczestników tej gry, to wolność zabijania.
W "Historii przemocy" Viggo Mortensen (ten sam, który w "Niebezpiecznej metodzie" gra Freuda) wciela się w sympatycznego, skromnego amerykańskiego bohatera, który ratuje miasteczko, rozprawiając się z bandytami, aby przejść nieoczekiwaną transformację. "Zło jest wszędzie" - głosi motto filmu. Przemoc, z którą walczymy, była już wcześniej w nas samych.
Z czarnym humorem o ubóstwie duszy
W jednym ze swoich najświetniejszych filmów - "Pająku" - Cronenberg jeszcze raz na inny sposób odbywa podróż do wnętrza ludzkiej psychiki. Tytułowy Pająk snuje opowiadanie o złym ojcu, który zamordował matkę. Wizja, powtarzana na różne sposoby jak dubel filmowy, jest dla bohatera namiastką twórczości, przeżywanym wciąż od nowa kompleksem Edypa. Może nie było żadnego morderstwa? "Pająk to ja" - oświadczył reżyser w wywiadzie.
U Cronenberga to, co obce i groźne, nie przychodzi z zewnątrz, nie jest nam przez nikogo zadane, ale mieści się w naszym własnym ciele (jeśli przyjąć, że mózg to również ciało). Odraza do ciała przybiera u Cronenberga postać mizantropii - mówią krytycy. Widziałbym w tym raczej rodzaj współczucia przełamanego czarnym humorem. Jego podróże w głąb ludzkiej podświadomości ujawniają jej ograniczenie, wręcz żałosne ubóstwo - w fantazmatycznym świecie toczą się takie same wojny jak na jawie. Paradoksalnie w wydobyciu ubóstwa mechanizmów rządzących naszą psyche zawiera się coś w rodzaju nadziei, jedynej, do jakiej jest zdolny w swoich filmach ten wybitny reżyser, deklarujący się jako ateista, potomek europejskich Żydów.
Niedawno w telewizji BBC komentował zrobiony komórką film o pojmaniu i zabiciu Kaddafiego. Ta scena, przywołana w telewizji, wyglądała jak obrazy z jego horrorów. "Nigdy nie był moim ulubieńcem - mówił Cronenberg - ale widząc go zaszczutego, odczułem smutek i rodzaj empatii. Sam zdziwiłem się, że to tak działa". Zapytany, czy nie obawia się, że rozpowszechnianie takich scen znieczula widzów na zło, zaprzeczył: "Nie chodzi tylko o ciekawość. W tym jest chęć poznania człowieka, tego, czym jest naprawdę. Freud był atakowany za to, że ujawniał potwory naszej podświadomości. Kiedy zaczynał pracę, przed pierwszą wojną, uważano powszechnie, że ludzkość zmierza w stronę jakiejś wyższej cywilizacji. Dziś artysta jest jak psychoanalityk. Nie zatrzymuje się na powierzchni rzeczywistości, nurkuje w głąb".
Wściekłe zwierzę w gorsecie
Jego najnowszy film estetycznie bardzo się różni od szokującego kina, jakie uprawiał. Dzieje się w rzeczywistości nieskazitelnej, nieskażonej, w świecie pierwszych automobilów, pierwszych patefonów i telefonów, damskich gorsetów i wielkich kapeluszy. Cronenberg nie dokonuje tym razem skoku w podświadomość - rzecz dzieje się na poziomie świadomości. Przyjęcie stylu glamour nie jest jednak unikiem: to świadomy zabieg. Znajdujemy się bowiem wśród ludzi zapiętych na ostatni guzik, w świecie, który sferę podświadomości dopiero odkrywa.
Film ma powierzchnię gładką jak szwajcarskie jezioro, nad którym mieszka z żoną młody psychiatra, doktor Carl Gustav Jung (Michael Fassbender). Jednak pod tą spokojną taflą kryją się te same potwory, które Kanadyjczyk David Cronenberg materializował w swoich dawnych horrorach.
Wyraz twarzy wściekłego zwierzęcia, jaki przybiera delikatna Keira Knightley jako histeryczna Sabina Spielrein - pacjentka Freuda i Junga, późniejsza psychoanalityczka - nie wymaga żadnych efektów specjalnych. Niesamowity grymas stanowi konwulsję podświadomości, która w ten sposób powiadamia o swoim cierpieniu, poczuciu winy, zbrukaniu.
Ulgę przyniesie psychoanaliza. Tytułowa "niebezpieczna metoda", którą Jung przejmuje od swego starszego wiedeńskiego kolegi, Freuda, polega na obserwowaniu reakcji na pewne słowa-bodźce, które pacjent chce wyprzeć ze świadomości. Konglomerat skojarzeń, z którym trudno sobie dać radę, nazwano kompleksem.
Pacjentka Junga przypadkiem ujawnia wstydliwy sekret, który tłumiła w sobie od dziecka: ukarana kiedyś przez ojca, zbita, odczuła erotyczne podniecenie. Cierpienie połączyło się z rozkoszą. Wspominając ten moment, masturbowała się. W późniejszych latach nie mogła nawiązać relacji z mężczyzną.
W tym grzecznym, elegancko skrojonym filmie, ale tylko pozornie bardzo niepodobnym do tego, co robił wcześniej, Cronenberg przekracza kanony psychoanalitycznego kina. Od czasu klasycznej Hitchcockowskiej "Urzeczonej" terapia prowadzi pacjentów do "wyleczenia". Jednak w "Niebezpiecznej metodzie" granice normalności i patologii zostają zatarte. Terapia Sabiny nie polega na tym, żeby wygnać z niej potwora jak średniowiecznego diabła z czarownicy. Chodzi tylko o to, żeby nazwać problem, rozwiązać kompleks, odzyskując świadomość. Rozdarcie nie znika.
Keira Knightley subtelnie zatarła fazy dojrzewania świadomości - gdy sama jest już terapeutką, w jej twarzy można zobaczyć ślad dawnego grymasu. Na początku, kiedy przywożą ja do zakładu jako "wariatkę", w tym, jak patrzy na Junga, zawiera się świadomość siebie. Zostaje zatarta granica między pacjentką a terapeutką - Sabina wkrótce zostaje współpracowniczką Junga, ale też jego kochanką - i teraz on będzie borykał się z poczuciem winy, odkrywając w sobie "zmysł poligamii". Oboje w trakcie kilkuletniej burzliwej znajomości analizują siebie samych.
Jung, Freud i Spielrein żywią się swoją patologią, wchodzą w siebie bez lęku, przekonani - jak mówi Sabina - że można "uwolnić siebie po to, żeby uwalniać innych".
Spotkanie ludzi świadomych siebie
Czy pesymista Cronenberg tym razem rozsnuwa przed widzem perspektywę utopii?
"Niebezpieczna metoda" to rodzaj suplementu do całego jego kina. Postacią, która reprezentuje w tym filmie autora, jest niewątpliwie Freud, a nie Jung, który odnajduje w nieświadomości to, co uchodzi za nadprzyrodzone. Gdyby szukać formuły, którą można by określić to kino, fascynujące i odpychające (z wyjątkiem kaligraficznej "Niebezpiecznej metody"), trzeba by przywołać esej Freuda "Kultura jako źródło cierpień", z jego sceptycyzmem co do uszczęśliwiającej roli cywilizacji i w ogóle możliwości szczęścia, ze świadomością wiecznego rozdarcia między pragnieniami (seksualnymi) a systemem wartości, jaki wyznajemy. I ze skromną pochwałą wolności indywidualnej.
Przygoda trojga, a właściwie pięciorga związanych ze sobą bohaterów filmu (do których należy także żona Junga oraz psychiatra Otto Gross, który odegrał ważną rolę w romansie Junga i Spielrein) nie jest ani melodramatem, ani tragedią. Jest spotkaniem świadomych siebie wolnych ludzi, którzy pracowali na rzecz uwolnienia innych. Za chwilę zacznie się XX wiek. Na scenę wejdą Hitler i Stalin, którzy nie kładli się na freudowskiej leżance. I spełni się proroctwo napisanej w 1930 r. "Kultury jako źródła cierpień": "Ludzie opanowali siły natury już tak dalece, że z ich pomocą łatwo im przyjdzie wytępić siebie nawzajem... Teraz tylko można oczekiwać, że odwieczny Eros podejmie wysiłek, aby utrzymać się w walce ze swym równie nieśmiertelnym przeciwnikiem. Ale kto może przewidzieć skutek i koniec tej walki?".