"Drwal"
Michał Witkowski
Świat Książki, Warszawa Wydawca rekomenduje "Drwala" jako pierwszy kryminał w dorobku Michała Witkowskiego. Zupełnie tak, jakby nie dowierzał sile talentu i niebywałej sprawności tego pisarza. Tymczasem Witkowski to autor znakomity i chyba nie musi odwoływać się do konwencji prozy popularnej, żeby zjednać sobie sympatię czytelników. Nawet wtedy, kiedy nie bardzo wie, o czym chce nam opowiedzieć i dlaczego to czyni, jest zajmujący jako niezrównany gawędziarz i czarodziej.
Witkowski miał to nieszczęście w szczęściu, że dał się poznać jako autor przebojowego "Lubiewa" (2005), a w związku z tym mniej więcej od roku 2007, czyli od premiery "Barbary Radziwiłłówny z Jaworzna-Szczakowej", był ciągle nagabywany o to, kiedy wreszcie nawiąże do swojego rekordu literackiego. Wydaje mi się, że po sześciu latach nawiązał. Ale nie w tym znaczeniu, że postanowił uzupełnić "ciotowski dekameron" o kolejne sekwencje, że postawił na logikę kontynuacji.
Zanim jednak wyjaśnię, dlaczego "Drwala" odczytuję jako osobliwy powrót do "Lubiewa" czy raczej jako późniejszy wariant tamtej powieści, słów kilka o tym, co znajdziemy między okładkami.
Rzecz dzieje się w ciągu jednego tygodnia - między 21 i 28 listopada ubiegłego roku. Nad zimny, sparaliżowany "wielką smutą posezonową" Bałtyk przybywa warszawski pisarz Michał Witkowski ("Drwal" jest ostentacyjnie autobiograficzny). Zatrzymuje się w leśnym domku na odludziu, kilka kilometrów od Międzyzdrojów, w pobliżu upadłego, a słynnego w latach istnienia Polski Ludowej rządowego ośrodka wypoczynkowego Grodno (to ważne dla fabuły miejsce). Wbrew tytułowi w domku nie mieszka prawdziwy drwal, lecz pogrążony w depresji Robert, muzyk i antykwariusz.
A jeśli już o drwalu mowa, to można sądzić, że oto Witkowski właśnie wzbogacił ciotowski
słownik. Drwal (zwany także borsukiem) to mężczyzna objęty homoseksualnym spojrzeniem, który wszelako nie jest lujem. Powieściowy Michał wyznaje: "Interesują mnie milczący faceci w małych domkach (...), którzy czasem w tym domku czują się samotni i trzeba przyjechać, aby z nimi pomilczeć. Pogapić się w piec. Powąchać, jak pachnie ogień, wilgoć, kamienie (...). Narąbać drewna, nie golić się. Zborsuczeć". Takich facetów mieszkających na odludziu wyszukuje w internecie, przy nich wypoczywa, a właściwie kuruje się. Z jakiego powodu? Ponieważ jest upadłym pisarzem celebrytą, "mężem Jacykowa", któremu z biegiem lat coraz gorzej idzie zarówno w literaturze, jak i w mediach typu glamour (gdzieś wspomina, że całe jego dochody to honorarium raz w miesiącu za felieton w "Polityce").
Drwal (borsuk), do którego tym razem przybył bohater, jest facetem nad wyraz tajemniczym, a domek na odludziu naznaczony jest ponurą historią morderstw i samobójstw. Michał postanawia przeprowadzić prywatne śledztwo, a ma ku temu dwa powody. Pierwszy jest taki, że pojawił się późną jesienią na wyspie Wolin, żeby napisać kryminał (sekret drwala chce przekuć na fabułę), drugi za chwilę okaże się ważniejszy - wejście w rolę detektywa aktywizuje go. Co więcej - odgrywając rolę wakacyjnego i domorosłego detektywa, chce się skomunikować z epoką własnego dzieciństwa. Ukształtowała go bowiem młodzieżowa proza przygodowa (Nienacki, Bahdaj, Niziurski) - zawsze chciał naśladować idoli wczesnej młodości. Teraz nadarzyła się okazja.
Kręci się tedy nasz bohater po okolicy, wypytuje ludzi, no i stopniowo odkrywa tajemnicę swojego gospodarza i kilkorga osób z nim powiązanych.
Mniejsza o odpowiedź, kto zabił lub z jakiego powodu miejscowa piękność przed laty popełniła samobójstwo. Mówmy o tym, co ważniejsze i co zostało ulokowane w głębszej warstwie znaczeń. Przede wszystkim zmieniło się spojrzenie na męskich bohaterów. Tym razem Witkowskiego zajmują faceci po przejściach, znajdujący się w smudze cienia (36-letni Michał dopiero w nią wchodzi). Obok drwala Roberta wnikliwie zostali sportretowani sąsiad tegoż Rozklekotany oraz niejaki Kran. Ale jest i młody - Mariusz, zwany konsekwentnie lujem (lujkiem), miejscowy dresiarz, drobny cwaniaczek. Michał nawiązuje z nim bliski kontakt, lecz - co istotne - jego homoseksualne pożądanie podlega sublimacji. "Młody byczek" nie jest już jednym z tych, na których bohater "Lubiewa" polował w parkach i na dworcach. Michał - jakkolwiek to dziwnie zabrzmi - "usynowił" luja, okazując mu uczucia poprzez serdeczną troskę, oddając się czynnościom pielęgnacyjnym, z których czerpie niewysłowioną frajdę. Nie ma tu tedy seksu, jest czułość; jak gdyby kolejny etap ciotowskiej kondycji.
Domek borsuka znajduje się na wschód od Międzyzdrojów, jeszcze dalej na wschód od plaży w Lubiewie, w domyśle: na wschód od Edenu, gejowskiego raju, z którego bohater został wygnany. Symboliczne znaczenie mają też "okoliczności przyrody", opozycje takie jak słoneczne lato ("Lubiewo") i koszmarna deszczowa jesień ("Drwal"). Rzecz jasna to wiek przesądził o wygnaniu; starzejące się ciało mimo wspomagania botoksem i masażami w spa wypchnęło bohatera poza ramę pożądania i pogrążyło w rozpaczy zagłuszanej antydepresantami.
Należy jednak podkreślić, iż Witkowski jest w tej materii skrajnie autoironiczny. I to go ratuje. Ilekroć więc na kartach "Drwala" pojawiają się określenia typu "gruby pedał", trzeba je chyba rozumieć tak, jakby pochodziły z quasi-kryminałów Marcina Świetlickiego ("Mistrz utył, spuchł, posiwiał").
Z dystansem jest także portretowany Michał jako pisarz usilnie zabiegający o uznanie. Kapitalnym fragmentem są rozważania bohatera na temat powieści, która "wreszcie spodoba się krytykom" i za którą pisarz "dostanie wszystkie nagrody". Pojawia się nawet parodystyczny zarys takiej powieści (utwór "Skrzypce"). Słowem, mimo depresyjnych klimatów i melancholii, która spowija "Drwala", dobry humor Witkowskiego nie opuszcza.
Jednym z ciekawszych wymiarów twórczości autora "Margot" jest jego fascynacja - by tak rzec - światem podrobionym, symulakryczną i do bólu tandetną rzeczywistością, którą bezbłędnie wychwytuje i na swój sposób opiewa. Mam tu przede wszystkim na myśli zjadliwe "portrety" dwu miast - Międzyzdrojów i Świnoujścia, zwłaszcza tego pierwszego, w którym rybacy sprzedają wprost z kutrów jako świeże rozmrożone ryby, uprzednio nabyte w szczecińskim Tesco, Bałtyk wyrzuca na plażę śmiercionośny iperyt zamiast bursztynów, a jeśli ktoś obnosi się z opalenizną, to na pewno nabytą w solarium.
Ów świat podrobiony, choć dowcipnie i przenikliwie opisany, odsyła do tego, co już znamy. Bo też w "Drwalu" wyśledzić można sporo powtórzeń - opisywane knajpy i ich klientelę znamy z "Margot", rozważania na temat narodzin polskiego kapitalizmu z "Barbary". W ogóle wszystkie obserwacje natury społecznej czy obyczajowej sformułowane w "Drwalu" brzmią znajomo. Nic nie szkodzi, nie mówiąc o tym, iż nie takie są ambicje pisarza. Trudno w nim dostrzec kronikarza zmieniającej się Polski - choćby z tego względu, że fascynacje Witkowskiego mają charakter stricte estetyczny, a jego tropienie plastiku i nowobogackiej pokraczności przeszło bodaj w niegroźną obsesję.
Jaki jest więc "Drwal"? Interesujący, wielowymiarowy, no i będący odpowiedzią na pytanie, kiedy wreszcie pisarz powróci na plażę w Lubiewie. Właśnie powrócił, tyle że w wyjątkowo chłodnym listopadzie.