"Listy 1956-1978"
Stanisław Lem, Sławomir Mrożek
Wydawnictwo Literackie, Kraków Mimo to każdy sięgnie po ich listy, bo chętnie czytamy listy i dzienniki, tłumacząc sobie, że w ten sposób wybitnych i sławnych pisarzy poznajemy na nowo, a innych, mniej znanych, wydobywamy z cienia. Inny argument dotyczy cenzury, której poddane było każde dzieło publikowane oficjalnie w powojennym 45-leciu. W listach czy dziennikowych zapiskach pozwalano sobie na więcej, nie tylko w kwestiach politycznych, ale też obyczajowych. Obraz epoki staje się więc po ich lekturze pełniejszy, choć miejmy świadomość, że w przypadku korespondencji - zwłaszcza zagranicznej! - piszący również liczyli się z okiem cenzora.
Pasja, z jaką wdzieramy się - także poprzez coraz szczegółowsze biografie - w prywatne życie pisarzy, niesie pewne niebezpieczeństwo. Literatura powojenna przekształca się z wolna z kolekcji Dzieł w galerię Osobowości. Autoportret twórcy wyłaniający się z intymnych notatek czy jego portret wykreowany przez biografa spycha w cień publikowane za życia książki. Za grobem zwycięstwo? Tak, ale Pyrrusowe; pamięć o pisarzu ocalona kosztem tego, co było dlań najważniejsze. I niemal słychać zza owego grobu pytanie: skoro twórczość moja nic was już nie obchodzi, czemu, u licha, grzebiecie w moim życiu?
Arcydzieła w tle Dlatego przed lekturą potężnego tomu "Listów" Stanisława Lema i Sławomira Mrożka obejmującego, z wyjątkiem początku i kilku listów ostatnich, wyłącznie lata 60. uświadomić sobie trzeba, że podsłuchujemy rozmowę dwóch wielkich pisarzy w apogeum rozwoju ich talentu. Że wtedy właśnie Lem pisze "Pamiętnik znaleziony w wannie", "Solaris", "Cyberiadę", "Wysoki Zamek", "Głos Pana", a także "Summa technologiae" i "Filozofię przypadku" (uff...), a Mrożek - cykl znakomitych jednoaktówek ("Karol", "Na pełnym morzu", "Strip-tease", "Zabawa"), "Tango", "Krawca" oraz "Monizę Clavier" i "We młynie, we młynie, mój dobry panie". "Listy" to znakomita i wciągająca lektura - pamiętajmy jednak o arcydziełach w tle.
Większość tych tytułów pojawia się zresztą w listach, ponieważ przyjaciele posyłają sobie nawzajem nowe utwory. Ich oceny bywają zaskakująco surowe. Lem i Mrożek prowadzą witkacowską "rozmowę istotną", w której nie ma miejsca na zdawkowe komplementy i kurtuazję. Owszem, o urodzie ich korespondencji stanowią humorystyczne etiudy, groteskowy ton i językowe rozpasanie, pisarstwo jednak i dla Lema, i dla Mrożka jest sprawą nadzwyczaj serio. Obaj wysoko zawiesili sobie poprzeczkę, nie chcą taryfy ulgowej i traktują siebie nawzajem z budzącą podziw rzetelnością i powagą. Co oczywiście nie znaczy, że musimy godzić się z Lemem w jego krytyce konstrukcji "Tanga" czy przyjmować za swoje zarzuty Mrożka wobec "Summa technologiae" ("Napisałeś wielką, znakomitą i przeraźliwie formalistyczną książkę. Straszliwie ograniczoną do jednej tylko kategorii").
Cesarze hucpy, mikadowie pretensjonalności Ta rozmowa o pisarstwie, stanowiąca zasadniczą warstwę książki, ma za punkt odniesienia zarówno literacki światek popaździernikowego Peerelu, jak i autorów obcych, którzy odnieśli bądź właśnie odnoszą sukces międzynarodowy. Tutaj już przyjaciele nie ograniczają się do chłodnej analizy, ale dają upust emocjom, a szczerość sądów wzbogacona zostaje stylistyczną ekwilibrystyką. "Straszne jest życie artystyczno-kulturalno-wykwintno-literacko-towarzyskie. Nie jadłodajnie ludowe, ale salony literackie. Nie taksówkarze w
Warszawie, ale Petroniusze literatury i subtelne dyskusje na łamach" - pisze Mrożek na początku lat 60. Kiedy wyjedzie na Zachód, ta mizantropia jeszcze się pogłębi. Podobnie oceniać będzie literacką scenę międzynarodową.
Przedmiotem szczególnej uwagi obu przyjaciół, a po trosze ich ofiarą staje się pisarz Ireneusz Iredyński - młody, zdolny i ucieleśniający wszystko to, czego obaj nie znoszą. Lem poświęci mu obszerny szkic w "Twórczości" pod znamiennym tytułem "Miniatura nihilisty". Cudzoziemców czasem się chwali - jak Salingera albo "Powiedzmy, Gantenbein", powieść Maxa Frischa - na ogół jednak też im się dostaje. Dürrenmatt to zdaniem Lema "Jaja sadzone zupełnie bez jaj",
papież francuskiej "nowej powieści" Alain Robbe-Grillet to wedle Mrożka "Rob Frillet", a sławnego reżysera Jean-Luca Godarda mianuje on "cesarzem hucpy i mikadem pretensjonalności". Filipiki niekoniecznie sprawiedliwe - wolę nawet nie cytować, co Lem sądził wtedy o Beatlesach - jakże jednak zabawne!
Wierny wartburg tęskni za panem "Obydwaj należeli do wąskiej, nawet w skali całego globu, wspólnoty ludzi o wybitnej inteligencji i krytycyzmie" - zauważa w przedmowie Jerzy Jarzębski, najwybitniejszy polski lemolog. Wydawca zaś dodaje nie bez racji, że Lema i Mrożka połączyła także wspólna pasja -
samochody. Dodajmy: samochody w Peerelu, gdzie stanowiły one towar najściślej reglamentowany i gatunkowo skrajnie ograniczony. Miłość prawdziwa nie zna jednak przeszkód.
"Czy wierny wartburg, tęskniący za Panem, przebiegnie wreszcie, mimo tylu przeszkód, tę wielką przestrzeń, żeby przypaść do Ciebie i cicho warczeć, miłośnie spoglądając spod powiek?" - pyta w styczniu 1960 r. Mrożek. Oczekiwany przez przyjaciela
samochód (obowiązywały wtedy przydziały) zmienia się w wiernego i kochającego psa. Półtora roku później Mrożek żegna swojego enerdowskiego p-70, którego rozbił, a następnie sprzedał, rozdzierającą elegią. Lem w 1965 r. równie barwnie opisuje perypetie związane z nabyciem i odebraniem fiata 1800. Pozyskiwanie niezbędnych części do tego samochodu stanie się jednym z tematów korespondencji lat następnych.
Życie wewnętrzne? Galaktyki i czarne dziury! Mrożek mieszka już wtedy w Chiavari na włoskiej riwierze, później przeniesie się do Paryża. Ktoś, kto w jego listach szukałby odbicia tamtych pejzaży i ludzi, którzy go otaczali, srodze się jednak rozczaruje. Stanisław Lem w prowadzonych przeze mnie rozmowach wspominał, że jego syn, studiujący fizykę w Princeton, skarżył się matce, że ojciec, zamiast opowiadać o swoim życiu wewnętrznym lub pytać o jego nastroje, pisze o galaktykach i czarnych dziurach. "Życiem wewnętrznym twojego ojca są właśnie czarne dziury i galaktyki" - odpowiedziała mu pani Barbara Lemowa.
Kiedy czytam "Listy", mam poczucie, że to jednak Lem jest w tej książce człowiekiem wrażliwszym, uważniej obserwującym otoczenie - od synogarlicy ze złamanym skrzydłem, przygarniętej przez panią Basię, po zwariowaną służącą - i słuchającym, co do niego mówi ukochana żona i najbliższy przyjaciel Jan Józef Szczepański. Słuchającym, ale też szczerze troszczącym się o los książek Szczepańskiego. Mrożek jest bardziej wsobny, w siebie zapatrzony - jego egzystencjalne autorefleksje bliskie są jego dziennikom, które dziś znamy, ale których istnienia przyjacielowi nie zdradził. "Ba, gdybyś Ty dzienniki jakoweś pisał - ale to może też nie byłoby szczęśliwe, nie każdy nadaje się do tego" - pisze Lem w kwietniu 1966. No właśnie!
*Tomasz Fiałkowski - redaktor "Tygodnika Powszechnego", autor rozmów ze Stanisławem Lemem "Świat na krawędzi"