Retrospektywna wystawa Richtera "Panorama" (czynna do 8 stycznia) w londyńskiej Tate Modern oszałamia rozmiarem i wagą podejmowanych przez artystę tematów.
Urodzony w 1932 r. w Dreźnie, od 1961 r. mieszkający w Niemczech Zachodnich Richter uchodzi za gwiazdę pierwszej wielkości współczesnego malarstwa i nie ma w tym przesady. Intensywność produkcji, zasięg tematów, rozmiar prac, wirtuozeria techniki - wszystko jest imponujące, a najbardziej gigantyczna siła afirmacji świata. Człowiek, który to ogląda, nie może wyjść ze zdumienia. Bo z jednej strony ta sztuka mówi o strasznych wydarzeniach: II wojna światowa, problem niemieckiej winy, zniszczenie niemieckich miast przez alianckie naloty, nierozwiązana dotąd tajemnica śmierci w więzieniu członków terrorystycznej Frakcji Armii Czerwonej w 1977 r. Ale z drugiej, jakby na złość zbrodniom i niesprawiedliwości, jest to malarstwo żarłoczne, zachłanne wobec widzianego świata. Jeśli można to z czymś porównać, w dziedzinie literatury przychodzi mi do głowy proza Tomasza Manna. Natomiast nie znajduję żadnego odpowiednika wśród zjawisk w polskim malarstwie. My w sztuce jesteśmy bardziej masochistami. A Richter to jest esencja malarstwa, żywioł i moc. Specjalnie posługuję się tymi wymarłymi i nieaktualnymi słowami.
Dodam jeszcze jedno - władza. Richter tworzy, jak chce, ile chce i z czego chce, zarówno wielkie płótna, jak i wielkie konstrukcje z szyb i luster, wydaje się, że jedynym ograniczeniem jest wysokość sufitu. To nie jest człowiek, który by wątpił w sztukę. Konceptualizm? Niech inni grają sobie w te szachy. Jego "dialog z Marcelem Duchampem" (jak informuje podpis pod obrazami z lat 60.) polegał na tym, że po zobaczeniu słynnego dadaistycznego pisuaru, namalował obrazek przedstawiający rolkę papieru toaletowego na ścianie, w delikatnych perłowych szarościach. Czy to dialog? Nie, to raczej rozmowa w dwóch obcych językach, bezwarunkowa manifestacja własnej postawy - totalnego poparcia dla malarstwa. Nawet jeśli mówi o rzeczach najniższych.
Na wystawie pokazano podwójność Richtera - jako z jednej strony realisty, a z drugiej - abstrakcjonisty. Rzeczywiście u niego dwa nurty idą jednocześnie. Jednak nazwałabym te dwa bieguny inaczej - krytyką i afirmacją, z niewątpliwą świadomością tej podwójności. Richter to malarz stricte polityczny. W latach 60., niedługo po emigracji z NRD, maluje obrazy absolutnie wstrząsające jak "Wujek Rudi" i "Ciotka Marianne", oba według rodzinnych zdjęć. Wujek Rudi to uśmiechnięty żołnierz w mundurze Wehrmachtu, zaraz zginie na froncie. Ciotka Marianne, siostra matki, tutaj pozuje do zdjęcia z małym Gerhardem na początku lat 30. Kilka lat później jako chora psychicznie zostanie wysterylizowana, a potem zamordowana.
Drugi "węzeł polityczny" Richtera to obrazy z 1988 r. na temat śmierci członków RAF. Jest to cykl 15 płócien zatytułowany "18 October 1977", dotyczący samobójstw w więzieniu członków terrorystycznej organizacji. Są to obrazy namalowane według zdjęć archiwalnych, rozegrane w szarościach. Na tych płótnach zjawiska, twarze, ciała majaczą jakby spowite dymem. Rozmycie kształtów kojarzy się z niedowidzącym okiem albo aparatem, w którym nie można ustawić ostrości.
Polityczny sens tych obrazów jest złożony. Richter mógł malować zarówno klęskę utopii lewicowej 1968 r. (jednak jako Niemiec z NRD raczej i tak w nią nie wierzył), jak i klęskę państwa. Zbrodnia wywołuje zbrodnię, jesteśmy w pętli - takie może być przesłanie tych mglistoszarych obrazów.
Jest czymś niezwykłym, że prawie w tym samym czasie, w latach 80., Richter tworzy wielkie obrazy abstrakcyjne: po namalowanych wcześniej kształtach przejeżdża na mokro wałkiem, w efekcie powstaje jakby skorupa zacieków, smug i plam, wizualnie fascynująca. Tych i innych abstrakcji jest na wystawie dużo, są dowodem podwójnej afirmacji - i świata, i malarstwa. O czym mówią? O samym malowaniu i o tym, że realność świata istnieje także w abstrakcji, a także o świetle, barwach i ich emocjonalnym oddziaływaniu. Podobnie jak polityczność taka postawa także ma tradycję w sztuce niemieckiej, w końcu Goethe napisał o kolorach swoją największą książkę.
Minimalistyczny pokaz filmowy Tacity Dean (nazwany zresztą "Film", wyświetlany do 11 marca) wybitnej brytyjskiej artystki
wideo w Hali Turbin (w miejscu, gdzie przed dwoma laty swoją instalację "How It Is" pokazał Mirosław Bałka), który oglądam po wyjściu z wystawy Richtera, działa jak antidotum. Siadam na ławce naprzeciwko gigantycznego ekranu, całkiem zwykłego, ale ustawionego pionowo. Pierwszy raz w życiu widzę film w takim formacie. Na ekranie pojawiają się różne obrazy: muszla, liść, widok za oknem, kamień, drzewo. Barwy i kształty zmieniają kolejność rytmicznie jak w kalejdoskopie. Nagle na filmie dostrzegam wnętrze Hali Turbin. Wielka bańka mydlana, która opada na warstwę grubej białej mgły, albo góra stojąca w wodzie jawią się na tym tle jako projekty artystyczne możliwe w tym miejscu. Rozumiem jednak, że nie warto realizować tego, co można sobie wyobrazić. I tak wszystko zamieni się w film. Po uderzeniu, jakim jest Richter, ta projekcja jest jak łagodna, omywająca stopy fala.