Spisana przez Andrzeja Makowieckiego biograficzna opowieść Michała Urbaniaka to gotowy materiał na pełnokrwisty film. Jakich scen nie mogłoby w nim zabraknąć?
Zadymiona knajpa w Rudzie Pabianickiej, rok 1947. Edmund Michałowski, przed wojną przedstawiciel Forda, przez całe życie marzący o zobaczeniu Nowego Jorku, stawia na szynkwasie czteroletniego syna Michała. Jego zadaniem jest czytanie gazet "zidiociałym pijakom". Ci są tak zadziwieni zdolnościami malucha, że stawiają Michałowskiemu wódkę. Dzieciaka pytają: "Zjesz loda, mały?". Michał odpowiada: "Nie cię loda, cię piwko zimne jak lód".
Scena II
Łódź, "najpiękniejsza willa w mieście" przy ul. Ciasnej, początek lat 50. Przyjęcie u państwa Urbaniaków. Matka Irena, rozwiedziona z Edmundem Michałowskim, i ojczym Marian Urbaniak urządzają imprezy w każdy weekend. Urbaniakowie śpią na pieniądzach, w garażu przez całą dobę pracuje tajna tkalnia i dziewiarnia.
Zofia Irzykowska, żona Romana, dyrektora łódzkiej filharmonii, zwraca uwagę na popisującego się jak zawsze Michała. Uczeń pierwszej klasy szkoły podstawowej zabawia gości tańcem i śpiewem. "On ma talent muzyczny" - mówi Irzykowska mamie Michała. "Powinnaś natychmiast przenieść go do szkoły na Jaracza, i to na skrzypce!".
Scena III
Hala WI-MY, kwiecień 1957 r. Sensacja! Jeszcze niedawno jazz był zakazany, dziś na Widzewie gra orkiestra Glenna Millera. Na widowni jest i Michał Urbaniak, najzdolniejszy młody skrzypek w Łodzi. Tłum szaleje, gdy zespół kierowany przez Raya McKinleya gra znane z filmów i Głosu Ameryki przeboje: "Serenadę w Dolinie Słońca", "In The Mood".
Po tym wieczorze młody artysta kocha już skrzypce miłością mniej gorącą, no bo "jak tu porównać drewniany patyk i dwie sklejone ze sobą deseczki z groźnym pięknem lśniących trąb i saksofonów?". W dodatku dowiaduje się od starszego kolegi Jerzego Bożyka, początkującego pianisty i nałogowego onanisty, że nocą Amerykanie jamowali z łodzianami w Tawernie, jazz clubie przy ul. Jaracza.
Jedną z gwiazd Tawerny jest trębacz Andrzej Makowiecki, w przyszłości znany pisarz i wytrawny reporter. Jego wyczyny podczas otwarcia jazz clubu zrelacjonowano w prasie. "Myśl, że o innych piszą w gazetach, a ja piłuję anonimowo na skrzypcach, napawała mnie rozpaczą. Więc mówię któregoś dnia do Bożyka (): - Jurek, ja też chciałbym grać jazz". Bożyk: "Stahry, ty powinieneś ghrać na saksofonie".
Scena IV
Klub Pod Siódemkami, kilkanaście miesięcy później. Do Łodzi przyjechał Zbigniew Namysłowski, słynny kornecista i puzonista. Prezentują się przed nim "wszyscy liczący się w Łodzi jazzmani". Urbaniak ma już za sobą kilka występów, ale tym razem trema go paraliżuje: miękną mu kolana, zasycha w ustach. W przerwie "Namysłower" chwali jednak młodego saksofonistę: "Wiesz, tak fajnie swingujesz, że mógłbyś ze mną grać w Hybrydach". Rozdarty Urbaniak ze łzami w oczach tłumaczy, że nie może, bo tak naprawdę jest skrzypkiem i wkrótce wyjeżdża do Moskwy na stypendium do samego Dawida Ojstracha.
Scena V
Hybrydy, początek lat 60. Grają Jazz Rockers, zespół Namysłowskiego. Urbaniak zasuwa na saksofonie. Ledwo przeprowadził się do stolicy, a już jest najlepszym tenorzystą w mieście. Przysłuchuje się im Andrzej Trzaskowski, lider The Wreckers. W końcu podchodzi i proponuje wyjazd do Ameryki na festiwal w Newport.
Scena VI
Nowy Jork, lato roku 1962. 19-letni chłopak po raz pierwszy ląduje zagranicą i to od razu w mieście, o którym marzył jego ojciec. Patrzy "na płonące dachy Manhattanu i myśli, że śni". Pijany (ten stan zna już dobrze przynajmniej od pięciu lat) ze szczęścia mówi w niebo: "Tato, ja tu jestem! Ja tu jeszcze kiedyś wrócę! Nie po to, żeby zostać jeszcze jednym bogatym polskim Amerykaninem, lecz po to, żeby grać jazz". Podczas trasy z Wreckersami, mimo zakazu, zagada do samego Milesa Davisa.
Scena VII
Warszawa, rok 1969. Michał Urbaniak nerwowo wkracza do przychodni przeciwalkoholowej. Ma wyjść z niej z wszytym esperalem. Niedawno przyjechał z żoną Urszulą Dudziak, wokalistką występującą w jego zespole, ze Skandynawii, gdzie spędzili kilka lat. Nie narzekają na brak ofert koncertowych w zachodniej Europie, ale fizyczny i psychiczny stan zdrowia Urbaniaka jest tak fatalny, że młode małżeństwo decyduje się na powrót do kraju.
Chirurdzy już wkładają rękawiczki, ale muzyk składa ręce i ze łzami w oczach krzyczy: "Błagam, nie róbcie mi tego, a ja przysięgam na moją żonę, na moją matkę, na moje ukochane saksofony i na moje zapomniane, wzgardzone i osierocone skrzypki, że nie napiję się więcej, że odstawię alkohol jednym ruchem ręki". Dziewięć miesięcy będzie się skręcał w apartamencie na Powiślu, ale wytrzyma. Całe piętnaście lat.