Oglądam wystawę w Miejskiej Galerii Sztuki w
Łodzi w południe. Jest piękny słoneczny dzień. Światło wpada do środka przez okna pod sufitem i zostawia na oprawionych w szkło obrazach i rysunkach siatkę odbić, cieni, refleksów. Przedstawione kształty schodzą na drugi plan, rysunki i obrazy w ten sposób zostają jakby zwrócone przyrodzie, stają się częścią natury. Właśnie natura jest tematem tej sztuki i pośrednio również wystawy, której mottem jest cytat z sonetu Szekspira w pięknym tłumaczeniu Kasprowicza: "Natura moja nosi, widać, ślady mego zajęcia jak ręka farbiarza". Są siły, którym lepiej się podporządkować. Więcej korzyści może mieć z życia ten, który dostrzeże w tej prawidłowości sens, a nie będzie szedł własnej i cudzej naturze na przekór.
W swym pokoleniu malarzy - tych, którzy otarli się o epokę socrealizmu i uczestniczyli w odwilży - Sempoliński uchodzi za najbardziej poszukującego i awangardowego. Słusznie. Urodzony w 1927 r. studiował w
Warszawie już po wojnie i był uczniem kolorystów. To przeciw nim, nie tylko przeciw socrealizmowi, zbuntowała się grupa malarzy, która w 1955 r. zorganizowała wystawę w warszawskim Arsenale w ramach słynnego Międzynarodowego Festiwalu Młodzieży i Studentów. Dołączył do nich Sempoliński, występując przeciw mieszczańskiej sztuce martwych natur, pokazując inny świat, bliższy rzeczywistości, która wtedy nie była ani piękna, ani bezproblemowa.
Kłopot w tym, że wielu tzw. nowoczesnych malarzy niedługo potem utkwiło w jakiejś formule, wszystko jedno, abstrakcyjnej czy figuratywnej, ważne, że wygodnej i bezproblemowej. Jacek Sempoliński też ma swój rozpoznawalny styl, ale jednocześnie w jego malarstwie widać zmaganie, walkę. To nie malarz, który byłby zadowolony z dotychczasowych osiągnięć, zawsze był w nim niepokój, samokrytycyzm. Stąd napięcie w dartych, dziurawionych płótnach pokrytych warstwami fioletowej farby. Stąd emocja, z jaką rysuje i maluje czaszkę lub Ukrzyżowanego. Stąd prawie obsesyjna potrzeba, by powtarzać pewne motywy czy znaki, jakby nie były dość często powtórzone wcześniej. Nie obraz jest tutaj celem, najważniejsze jest samo dążenie do obrazu, zapisywanie emocji i świadomości. To właśnie decyduje o tym, że Sempoliński jest wciąż kimś intrygującym.
Na ścianach w układach szeregowych, kafelkowych i łańcuchowych wiszą obrazy i rysunki. Mają powtarzające się tytuły: "Litery łacińskie", "Litery żydowskie", "Narożnik", "Ręce Trifonowa", "Krew utajona" oraz powtarzające się motywy. Sempoliński stosuje swego rodzaju alfabet znaków, do którego należą: dłoń, twarz, litery, cyfry, trójkąt, krucyfiks. Podstawowe barwy to odcienie błękitu, fiolet, ciemna czerwień zaschniętej krwi. W najnowszych pracach coraz bardziej widoczne jest białe tło. To często tylko szkice rzucone naprędce, tak jakby chodziło o szukanie czegoś, co już ma się na końcu języka, co dźwięczy w uchu, ale jednak znaleźć tego nie można. Stąd pośpiech i pasja.
Z nowych prac najbardziej intrygują te, na których pojawiają się niepowiązane ze sobą, dryfujące na białym tle cyfry i litery. Co znaczą? Z rozsypywaniem ich po papierze i płótnie wiąże się chyba myśl uniwersalna - nawet jeśli człowiek zrozumiał, że kultura nie niesie już spójnego przekazu, zawsze będzie szukał sensów. Taka jest jego natura. Stąd mistyka cyfr i liczb, one prowokują myślenie kabalistyczne.
Te litery i cyfry namalowane są zamaszyście, z gestem. To jakby szukanie wspólnego początku obrazu i pisma, próba uchwycenia momentu, w którym kreska styka się ze znaczeniem. Znajdziemy tu odniesienie do wschodniej kaligrafii, w której następuje spotkanie spontanicznego gestu z tysiącletnimi formułami. Każda litera prowadzi do początku i każda jest w jakiś sposób pierwsza. Niektóre prawie rozpływają się, chwieją. Myślę o czymś jeszcze: być może w życiu człowieka prócz momentu uczenia się liter w dzieciństwie jest też, pod koniec, straszny moment zapominania? Może te prace mówią o takim lęku? Świetne obrazy.
Mają też pewnie i inną warstwę, hermetyczną i prywatną. Na kilku rysunkach wśród majaczących niezbyt czytelnych znaków wybija się nagle "1927", data urodzenia artysty. Może i inne cyfry, symbole odnoszą się do tego faktu? Może te ciemne plamki i kreski to jakieś szpitalne szyfry?
Na tej granicy szukanie sensów się zatrzymuje. Rozkodowanie prywatności artysty nigdzie by nas nie doprowadziło. Te obrazy nie są po to, by opowiadać o jego życiu, ale by pokazać, że tylko sztuka zaangażowana w indywidualne życie artysty ma sens. A to ogromna różnica.
"Ręka farbiarza" Jacek Sempoliński, Miejska Galeria Sztuki w Łodzi. Do 29 października, w ramach festiwalu Łódź Czterech Kultur