http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Energia z kina

Tadeusz Sobolewski
2011-10-14, ostatnia aktualizacja 2011-10-13 19:16

W telewizji pokażą: "Jedna scena", Kino Polska, sobota o godz. 20

''Popiół i diament''
''Popiół i diament''
Ten program to spełnienie marzeń kinomana.

Zazdroszczę wszystkim - a jest ich wielu - którzy mają jeszcze przed sobą pierwszy seans takich filmów jak "Nikt nie woła" i "Perła w koronie" Kutza, "Trzecia część nocy" Żuławskiego, "Gorączka" Holland czy "Ręce do góry" Skolimowskiego. A po takiej prezentacji jak w "Jednej scenie" - nowym cosobotnim cyklu stacji Kino Polska - nabiorą na to kino apetytu. Nie ze względu na szacunek dla mistrzów, tylko dzięki energii, jaka bije z tamtego kina.

Polskie kino lat 1956-81 to ciąg odkryć, często bez kontynuacji, nieraz prekursorskich wobec światowego kina. Kiedy się dziś słucha tych siwych panów - Kazimierza Kutza czy Andrzeja Żuławskiego - którzy analizują kluczowe sceny swoich filmów, wydaje się, jakby dopiero co wrócili z planu. Mówiąc o polskim kinie, zwykle rozprawiamy o ideach, nurtach, treściach, o historii, polityce, cenzurze, "komunizmie". Tu - inaczej. W cyklu Michała Bielawskiego proporcje zostają wreszcie odwrócone: na pierwszym planie jest samo kino - twórca, pomysł, forma niosąca znaczenie.

Pomysł jest prosty: w czarnym pudełku studia naprzeciw siebie siedzą dwie osoby - reżyser filmu oraz krytyk Michał Chaciński. Na podłodze wyrysowana trasa kamery i kilka podstawowych rekwizytów. Znajdujemy się jakby w środku wybranej sceny. Poznajemy ją w rozmowie z reżyserem, oglądając najpierw w króciutkich fragmentach, a na koniec w całości.



"Stokrotka" prowadzi umierającego "Koraba". Dochodzą do kraty kanału. Sanitariuszka każe mu zamknąć oczy: "Za silny blask". Ta kwestia wciąż jest w pamięci mojego pokolenia. Dziewczyna okłamuje powstańca, mówiąc mu o wolności, słońcu, zielonej trawie. Tamto kino było głęboko metaforyczne. Sięgało poza swój czas. Rozmawiało z widzami, wskazując na kraty. "Kanał", "Popiół i diament" z jego płonącymi kieliszkami - to dobrze znamy. Ale już sceny z następnych odcinków cyklu ogląda się jak rewelacyjne odkrycia.

Po raz kolejny odkrywam młodzieńcze arcydzieło Kazimierza Kutza "Nikt nie woła" z 1960 r. - pełen wewnętrznego napięcia obraz stendhalowskiej krystalizacji miłosnej. Scena jarmarku na rynku miasteczka na Ziemiach Odzyskanych: w tłumie, pomiędzy straganami krąży para młodych. Przyszli prosto z wojny. Jeszcze nie wiedzą, jak się kocha. Wyobcowani, chodzą jak w transie. Kutz odnajduje tu swój wielki temat: rzeczywistość jako tło dla rytuału miłosnego. Wraz z operatorem Jerzym Wójcikiem znalazł klucz estetyczny, aby oddać trud pierwszej miłości, jej duchową, niemal sakralną fazę - to, co jest przed seksem. Te surowe, czyste obrazy nie mają odpowiednika w światowym kinie. Odrapane ściany budynków w Bystrzycy Kłodzkiej nabierają cech miłosnego symbolu.



Kutz opowiada o powstawaniu swoich filmów językiem dosadnym, ale u niego to brzmi czysto jak poezja. Mówi, jak wybierał aktorkę Zofię Marcinkowską. Po sposobie, w jaki podała mu rękę po zdjęciach próbnych, rozpoznał, że to musi być ona: "Ten film był dla niej ekwiwalentem pierwszej miłości, której nie przeżyła".

W kolejnym odcinku na fotelu reżyserskim siada Andrzej Żuławski. Ma zmrużone oczy, jakby się czaił do drapieżnego skoku. Jest taki, jak w czasach swojego debiutu "Trzecia część nocy". Temat jak ze "szkoły polskiej": okupacja, walka młodych inteligentów-konspiratorów, ale wszystko to opowiedziane w innym, nowym rejestrze. Przesunięte w fazę spazmatyczną, krwawą, cielesną i zarazem fantasmagoryczną. To "wojna w ogóle". Wojna jako operacja na ciele. Nie może mi wyjść z głowy porównanie, jakiego używa Żuławski, opisując, jak przykładał sobie do ciała klatki z głodnymi wszami, żeby poczuć to, co czuł bohater jego filmu, karmiący wszy (dla dobrego ausweisu) w lwowskim Instytucie Weigla.

"Warunki i kryteria obowiązujące w polskim kinie nic mnie wtedy nie obchodziły" - mówi Żuławski. Na zarzut "przesady" odpowiada: "To, co wtedy powstawało w kraju, wydawało mi się nie dość dosadne". Na zarzut braku realizmu: "Nie kocham filmów realistycznych. Już dzieci wiedzą, że to bajka. Dosięgam kina w jego fikcji...".

Wielkie sceny z polskich filmów. Oby ta lekcja kina trwała jak najdłużej.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':