"Marzenie Celta"
Mario Vargas Llosa
przeł. Marzena Chrobak
Znak, Kraków
"Jądro ciemności"
Joseph Conrad
przeł. Magda Heydel
Znak, Kraków Roger Casement tak jak wielu innych chłopców pasjonował się w młodości losami brytyjskich odkrywców i podróżników Davida Livingstone'a i Henry'ego Stanleya, którzy uczynili z Czarnego Lądu krainę o wyraziście zarysowanych kształtach. To dzięki nim Afryka trafiła na mapy. Obraz białych dżentelmenów, którzy nawet w dziczy nie tracą dobrych manier i, nie zbaczając ze ścieżek moralności, potrafią dokonywać rzeczy ponadludzkich, wywierał wielki wpływ na Casementa i jego współczesnych, choć był to obraz pełen sprzeczności. Bo czy można jednocześnie być ekscentrycznym indywidualistą i służyć interesom wspólnoty? Czy możliwy jest podbój Afryki bez przemocy, w zgodzie z chrześcijańskimi wartościami?
Zbawiciel musi umrzeć Jeśli Casement jest postacią tak fascynującą, to dlatego że uosabia jednocześnie punkt kulminacyjny i upadek tych mitycznych wyobrażeń. Ten nieustraszony indywidualista sam jeden zmienił historię. Demaskując mit białych bohaterów, w rzeczywistości zbrodniarzy, uratował życie uciskanych i honor uciskających. Prawdziwy zbawiciel zajął miejsce fałszywych mesjaszy. Męczeńska śmierć była w tym schemacie niemal nieunikniona.
Urodzony w połowie XIX w. w rodzinie protestanckich Irlandczyków, w młodości pracował w Afryce na rzecz Międzynarodowego Stowarzyszenia Konga, organizacji, która poprzez tworzenie infrastruktury (szlaków lądowych i rzecznych, stacji handlowych) i werbowanie miejscowej siły roboczej miała de facto przygotować kolonialny podbój kraju, który stał się faktem po utworzeniu, na konferencji w Berlinie w 1885 r., pozostającego w gestii króla Belgów Wolnego Państwa
Kongo.
W latach 80. XIX w. poznał w Kongu bohatera swej młodości Henry'ego Stanleya, towarzysząc mu w nakłanianiu niepiśmiennych tubylców do podpisywaniu umów o świadczeniu pracy i przekazaniu ich ziem Stowarzyszeniu. Okazało się, że bohater jego młodości jest w rzeczywistości "jednym z najbardziej bezwzględnych łotrów, jakich Zachód wypluł na kontynent afrykański", a trasy jego awanturniczych wypraw - w tym najsłynniejszej, w poszukiwaniu zaginionego Livingstone'a - były gęsto znaczone trupami tubylców.
Swoje uwikłanie w kolonializm Casement odpokutował, przygotowując na zlecenie brytyjskiego rządu raporty o kulisach działalności kampanii kauczukowych w Kongu (1903) i w
Peru (1910), które zdemaskowały wiele zbrodni i przyczyniły się do odebraniu królowi Belgów Leopoldowi II osobistej władzy nad kolonią.
Odkrycie przez Casementa zbrodni szło w parze z odkryciem własnych korzeni. Sir Roger (uszlachcony za zasługi) doszedł do wniosku, że sytuacja Irlandczyków w istocie niewiele różni się od sytuacji uciskanych ludów Afryki. Uświadomił sobie, że jego matka była katoliczką, zaczął aktywnie działać na rzecz organizacji niepodległościowych, a po wybuchu I wojny prowadził pertraktacje z Niemcami w sprawie militarnego wsparcia niepodległościowych aspiracji Irlandczyków. Gdy przemycał do Irlandii niemiecką broń dla powstania wielkanocnego, został schwytany przez Anglików, skazany na śmierć za zdradę stanu i, mimo apeli wybitnych intelektualistów o ułaskawienie, stracony.
W trakcie procesu jego reputacja została zszargana za sprawą kontrolowanego przecieku - tajne służby ujawniły jego prywatne zapiski z amazońskiej wyprawy, gdzie dosadnie opisywał seks z czarnymi mężczyznami. Bohater według ówczesnych standardów okazał się zboczeńcem.
Temat na XXI wiek Biografia o tak wielkim dramatyzmie (niech się schowają Livingstone ze Stanleyem razem wzięci) aż się prosi o literacki ekwiwalent. I wprawdzie W.G. Sebald opisał już jego losy w "Pierścieniach Saturna", ale dopiero Mario Vargas Llosa poświęcił mu pełnowymiarową powieść, a właściwie zbeletryzowaną biografię. Dlaczego czekaliśmy na nią tak długo?
Przez cały XX w. spory o niego nie osiągnęły żadnej konkluzji. Czy był niepodległościowym bohaterem? Zdrajcą Anglii? Homoseksualistą szukającym mocnych doznań podczas egzotycznych wypraw? Odpowiedź miała dotąd charakter polityczny. Irlandczycy widzieli w nim zdradziecko oczernionego herosa (jego ciało zostało w 1965 r. z pompą sprowadzone do Irlandii), Anglicy - nędzną, perwersyjną kreaturę. O Casemencie mógł powstać panegiryk albo pamflet, ale na pewno nie epicka opowieść. Najpierw potrzebna była rewolucja obyczajowa i krytyczna refleksja nad kolonialnym dziedzictwem Zachodu.
Dziś na pytanie, kim był Casement, możemy odpowiedzieć jednym tchem: Irlandczykiem spiskującym przeciw Anglii, pionierem walki o prawa człowieka, homoseksualistą. Odpowiedzi nie tylko nie są sprzeczne, ale jedne wynikają z drugich. Jak? To jest właśnie ciekawy temat dla literatury.
Konserwatywna w formie powieść Llosy jest oparta na retrospekcjach. Casement, oczekujący na egzekucję w więzieniu Pentonville (tym samym, w którym przebywał oskarżony o homoseksualizm Oscar Wilde), wspomina swoje życie i oczekuje na rozpatrzenie wniosku o ułaskawienie. Jest rozczarowany, gdy dowiaduje się, że wśród popierających go przyjaciół nie ma Josepha Conrada, którego poznał w 1890 r. w Kongu, gdy ten, kilka lat przed literackim debiutem, trafił tam jako kapitan stateczku transportującego towary.
Pobyt w Kongu okazał się dla Conrada takim szokiem, że przerwał kontrakt i wrócił do domu. Dwa tygodnie spędzone w towarzystwie Casementa, niemal rówieśnika, który otrzymał analogiczną edukację sentymentalną (Livingstone i Stanley to herosi niosący Afryce pochodnię cywilizacji), utwierdziły go w przekonaniu, że on i cała Europa żyją w kłamstwie. Conrad uważał, że to Casement otworzył mu oczy i że właśnie jemu zawdzięcza jedno ze swych pierwszych opowiadań "Jądro ciemności" (1899). W trakcie I wojny potraktował jednak kontakty Casementa z Niemcami jako zwykłą zdradę, zwłaszcza że jego syn walczył na froncie.
Conrad to rasista? Arcydzieło Conrada, wznowione właśnie w nowym tłumaczeniu Magdy Heydel, po stu latach od powstania nie przestaje budzić emocji. Czy opowieść o kapitanie Marlow wyruszającym na poszukiwanie agenta handlowego Kurtza - który skuteczność w egzekwowaniu od tubylców dostaw kości słoniowej zawdzięcza pozycji wśród dzikich oddających mu niemal boską cześć - zasługuje w ogóle na sławę kamienia założycielskiego literatury antykolonialnej? A może jest to utwór stawiający niesłuszną diagnozę, a nawet rasistowski i seksistowski?
Podobne opinie nie należą dziś do rzadkości. Jeśli poszukać spójnej interpretacji, "Jądro..." może się okazać opowieścią o demonach, które budzą się w Europejczykach pod wpływem kontaktu z "ciemnością" Afryki. Kongo zostaje przedstawione jako przeklęta ziemia o niezróżnicowanym, ponurym krajobrazie. Nawet jeśli Europejczycy popełniają tu zbrodnie, w istocie pozostają niewinni. "To ten kraj...". Sami zaś Afrykanie są przerażającą, wyjącą masą. Czy takie przedstawienie Afryki można określić inaczej niż jako rasistowskie? - pytał pod koniec lat 80. Nigeryjczyk Chinua Achebe.
Ale czy głos Marlowe'a jest głosem samego Conrada? I czy sam pisarz wiedział, co tak naprawdę napisał? "Jądro ciemności", jako opowieść Marlowe'a, jest pozbawione jądra i konkluzji. "Wydaje mi się, że staram się opowiedzieć wam sen". Tak jak we śnie mieszają się w nim sceny "z życia", lęki, nadzieje i przeczucia. I oczywiście stereotypy - rasowe, płciowe, estetyczne. Na przykład o rzekomej nieopisywalności afrykańskiego krajobrazu, w rzeczywistości stanowiącej - jak pokazywał w "Białym pisarstwie" J.M. Coetzee - rezultat niewykształcenia w Europie konwencji estetycznych, w ramach których ten krajobraz dałoby się opisać.