http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mario Vargas Llosa "Marzenie Celta"

Juliusz Kurkiewicz
2011-10-11, ostatnia aktualizacja 2011-10-11 13:02

Roger David Casement
Roger David Casement
Fot. akg-images akg-images

Dlaczego "Jądro ciemności" Conrada o zbrodniach kolonializmu w Kongu po stu latach od powstania wciąż jest niepokojącym arcydziełem, a nowa powieść noblisty Maria Vargasa Llosy na ten sam temat - niewypałem?

Marlon Brando w filmie ''Czas apokalipsy'' Francisa Forda Coppoli
Fot. EAST NEWS
Marlon Brando w filmie ''Czas apokalipsy'' Francisa Forda Coppoli
''Marzenie Celta'', Mario Vargas Llosa, przeł. Marzena Chrobak, Znak, Kraków
Znak
''Marzenie Celta'', Mario Vargas Llosa, przeł. Marzena Chrobak, Znak, Kraków
''Jądro ciemności'', Joseph Conrad, przeł. Magda Heydel, Znak, Kraków
Znak
''Jądro ciemności'', Joseph Conrad, przeł. Magda Heydel, Znak, Kraków
SERWISY
"Marzenie Celta"
Mario Vargas Llosa
przeł. Marzena Chrobak
Znak, Kraków

"Jądro ciemności"
Joseph Conrad
przeł. Magda Heydel
Znak, Kraków


Roger Casement tak jak wielu innych chłopców pasjonował się w młodości losami brytyjskich odkrywców i podróżników Davida Livingstone'a i Henry'ego Stanleya, którzy uczynili z Czarnego Lądu krainę o wyraziście zarysowanych kształtach. To dzięki nim Afryka trafiła na mapy. Obraz białych dżentelmenów, którzy nawet w dziczy nie tracą dobrych manier i, nie zbaczając ze ścieżek moralności, potrafią dokonywać rzeczy ponadludzkich, wywierał wielki wpływ na Casementa i jego współczesnych, choć był to obraz pełen sprzeczności. Bo czy można jednocześnie być ekscentrycznym indywidualistą i służyć interesom wspólnoty? Czy możliwy jest podbój Afryki bez przemocy, w zgodzie z chrześcijańskimi wartościami?

Zbawiciel musi umrzeć

Jeśli Casement jest postacią tak fascynującą, to dlatego że uosabia jednocześnie punkt kulminacyjny i upadek tych mitycznych wyobrażeń. Ten nieustraszony indywidualista sam jeden zmienił historię. Demaskując mit białych bohaterów, w rzeczywistości zbrodniarzy, uratował życie uciskanych i honor uciskających. Prawdziwy zbawiciel zajął miejsce fałszywych mesjaszy. Męczeńska śmierć była w tym schemacie niemal nieunikniona.

Urodzony w połowie XIX w. w rodzinie protestanckich Irlandczyków, w młodości pracował w Afryce na rzecz Międzynarodowego Stowarzyszenia Konga, organizacji, która poprzez tworzenie infrastruktury (szlaków lądowych i rzecznych, stacji handlowych) i werbowanie miejscowej siły roboczej miała de facto przygotować kolonialny podbój kraju, który stał się faktem po utworzeniu, na konferencji w Berlinie w 1885 r., pozostającego w gestii króla Belgów Wolnego Państwa Kongo.

W latach 80. XIX w. poznał w Kongu bohatera swej młodości Henry'ego Stanleya, towarzysząc mu w nakłanianiu niepiśmiennych tubylców do podpisywaniu umów o świadczeniu pracy i przekazaniu ich ziem Stowarzyszeniu. Okazało się, że bohater jego młodości jest w rzeczywistości "jednym z najbardziej bezwzględnych łotrów, jakich Zachód wypluł na kontynent afrykański", a trasy jego awanturniczych wypraw - w tym najsłynniejszej, w poszukiwaniu zaginionego Livingstone'a - były gęsto znaczone trupami tubylców.

Swoje uwikłanie w kolonializm Casement odpokutował, przygotowując na zlecenie brytyjskiego rządu raporty o kulisach działalności kampanii kauczukowych w Kongu (1903) i w Peru (1910), które zdemaskowały wiele zbrodni i przyczyniły się do odebraniu królowi Belgów Leopoldowi II osobistej władzy nad kolonią.

Odkrycie przez Casementa zbrodni szło w parze z odkryciem własnych korzeni. Sir Roger (uszlachcony za zasługi) doszedł do wniosku, że sytuacja Irlandczyków w istocie niewiele różni się od sytuacji uciskanych ludów Afryki. Uświadomił sobie, że jego matka była katoliczką, zaczął aktywnie działać na rzecz organizacji niepodległościowych, a po wybuchu I wojny prowadził pertraktacje z Niemcami w sprawie militarnego wsparcia niepodległościowych aspiracji Irlandczyków. Gdy przemycał do Irlandii niemiecką broń dla powstania wielkanocnego, został schwytany przez Anglików, skazany na śmierć za zdradę stanu i, mimo apeli wybitnych intelektualistów o ułaskawienie, stracony.

W trakcie procesu jego reputacja została zszargana za sprawą kontrolowanego przecieku - tajne służby ujawniły jego prywatne zapiski z amazońskiej wyprawy, gdzie dosadnie opisywał seks z czarnymi mężczyznami. Bohater według ówczesnych standardów okazał się zboczeńcem.

Temat na XXI wiek

Biografia o tak wielkim dramatyzmie (niech się schowają Livingstone ze Stanleyem razem wzięci) aż się prosi o literacki ekwiwalent. I wprawdzie W.G. Sebald opisał już jego losy w "Pierścieniach Saturna", ale dopiero Mario Vargas Llosa poświęcił mu pełnowymiarową powieść, a właściwie zbeletryzowaną biografię. Dlaczego czekaliśmy na nią tak długo?

Przez cały XX w. spory o niego nie osiągnęły żadnej konkluzji. Czy był niepodległościowym bohaterem? Zdrajcą Anglii? Homoseksualistą szukającym mocnych doznań podczas egzotycznych wypraw? Odpowiedź miała dotąd charakter polityczny. Irlandczycy widzieli w nim zdradziecko oczernionego herosa (jego ciało zostało w 1965 r. z pompą sprowadzone do Irlandii), Anglicy - nędzną, perwersyjną kreaturę. O Casemencie mógł powstać panegiryk albo pamflet, ale na pewno nie epicka opowieść. Najpierw potrzebna była rewolucja obyczajowa i krytyczna refleksja nad kolonialnym dziedzictwem Zachodu.

Dziś na pytanie, kim był Casement, możemy odpowiedzieć jednym tchem: Irlandczykiem spiskującym przeciw Anglii, pionierem walki o prawa człowieka, homoseksualistą. Odpowiedzi nie tylko nie są sprzeczne, ale jedne wynikają z drugich. Jak? To jest właśnie ciekawy temat dla literatury.

Konserwatywna w formie powieść Llosy jest oparta na retrospekcjach. Casement, oczekujący na egzekucję w więzieniu Pentonville (tym samym, w którym przebywał oskarżony o homoseksualizm Oscar Wilde), wspomina swoje życie i oczekuje na rozpatrzenie wniosku o ułaskawienie. Jest rozczarowany, gdy dowiaduje się, że wśród popierających go przyjaciół nie ma Josepha Conrada, którego poznał w 1890 r. w Kongu, gdy ten, kilka lat przed literackim debiutem, trafił tam jako kapitan stateczku transportującego towary.

Pobyt w Kongu okazał się dla Conrada takim szokiem, że przerwał kontrakt i wrócił do domu. Dwa tygodnie spędzone w towarzystwie Casementa, niemal rówieśnika, który otrzymał analogiczną edukację sentymentalną (Livingstone i Stanley to herosi niosący Afryce pochodnię cywilizacji), utwierdziły go w przekonaniu, że on i cała Europa żyją w kłamstwie. Conrad uważał, że to Casement otworzył mu oczy i że właśnie jemu zawdzięcza jedno ze swych pierwszych opowiadań "Jądro ciemności" (1899). W trakcie I wojny potraktował jednak kontakty Casementa z Niemcami jako zwykłą zdradę, zwłaszcza że jego syn walczył na froncie.

Conrad to rasista?

Arcydzieło Conrada, wznowione właśnie w nowym tłumaczeniu Magdy Heydel, po stu latach od powstania nie przestaje budzić emocji. Czy opowieść o kapitanie Marlow wyruszającym na poszukiwanie agenta handlowego Kurtza - który skuteczność w egzekwowaniu od tubylców dostaw kości słoniowej zawdzięcza pozycji wśród dzikich oddających mu niemal boską cześć - zasługuje w ogóle na sławę kamienia założycielskiego literatury antykolonialnej? A może jest to utwór stawiający niesłuszną diagnozę, a nawet rasistowski i seksistowski?

Podobne opinie nie należą dziś do rzadkości. Jeśli poszukać spójnej interpretacji, "Jądro..." może się okazać opowieścią o demonach, które budzą się w Europejczykach pod wpływem kontaktu z "ciemnością" Afryki. Kongo zostaje przedstawione jako przeklęta ziemia o niezróżnicowanym, ponurym krajobrazie. Nawet jeśli Europejczycy popełniają tu zbrodnie, w istocie pozostają niewinni. "To ten kraj...". Sami zaś Afrykanie są przerażającą, wyjącą masą. Czy takie przedstawienie Afryki można określić inaczej niż jako rasistowskie? - pytał pod koniec lat 80. Nigeryjczyk Chinua Achebe.

Ale czy głos Marlowe'a jest głosem samego Conrada? I czy sam pisarz wiedział, co tak naprawdę napisał? "Jądro ciemności", jako opowieść Marlowe'a, jest pozbawione jądra i konkluzji. "Wydaje mi się, że staram się opowiedzieć wam sen". Tak jak we śnie mieszają się w nim sceny "z życia", lęki, nadzieje i przeczucia. I oczywiście stereotypy - rasowe, płciowe, estetyczne. Na przykład o rzekomej nieopisywalności afrykańskiego krajobrazu, w rzeczywistości stanowiącej - jak pokazywał w "Białym pisarstwie" J.M. Coetzee - rezultat niewykształcenia w Europie konwencji estetycznych, w ramach których ten krajobraz dałoby się opisać.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 1
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':