Matti Ronka "Dobry brat, zły brat". Przeł. Sebastian Musielak. Czarne, Wołowiec
To było wiele lat temu, lecz pamiętam szok, kiedy zobaczyłem, jak wiele się zmieniło. W czasach komuny jeździłem do Finlandii na saksy i do dziś dziękuję losowi, że poniosło mnie właśnie tam, bo przez kilka miesięcy pracy na czarno zobaczyłem kraj przyjazny, uśmiechnięty w intrygujący, północny sposób, otwarty i uszyty na ludzki wymiar. A potem, dekadę temu? Było inaczej, tak bardzo, że nawet cudzoziemiec otwierał oczy ze zdumienia. Cudzoziemiec, ma się rozumieć, z mojego kawałka Europy, dla którego Zachód był przez lata niedostępną bombonierką. Helsinki, senne i prowincjonalnie słodkie, zrobiły się jakby bardziej swojskie. Mam na myśli wschodnie wydanie swojskości.
Fiński autor kryminałów Matti Ronka napisał kolejną powieść. Jej bohaterem jest ponownie Viktor Karppa, facet, który jako tako radzi sobie z życiem. Ma posturę niedźwiedzia, biega na nartach, może tyrać na budowie i być prywatnym detektywem. Nie uznaje autorytetów. Jeśli się zakochuje, to z miernym szczęściem. Samotnik. Pije, lecz z umiarem.
Policja go nie lubi. Taki Philip Marlowe w fińskim wydaniu. Czyli - zdawać się może - w powieściach kryminalnych nic nowego.
Intryga? Na helsińskim rynku heroiny pojawiła się nowa, syntetyczna odmiana narkotyku. Kosi ćpunów lepiej niż dobrze przestrzelany kałasznikow. Policja i mafia od dragów mają problem. Pierwsi muszą brać nadgodziny. Drudzy boją się o rynek. Z grubsza wiadomo od samego początku, że Viktorowi uda się poradzić z tą sytuacją.
Lecz sprawa nie w heroinie, ale w Viktorze, gdyż tak naprawdę to żaden Karppa, lecz Witusza Gronostajow, Karel, który zjechał do Finlandii dopiero wtedy, gdy upadek ZSRR otworzył granice. Więcej w nim sowieckiego Fina niż fińskiego. I tak obok sensacyjnej intrygi dostajemy pasjonujące zderzenie dwóch światów z czasów, gdy historia ponoć się skończyła. Miało być ciepło, miło i szczęśliwie, ale się średnio udało. Fin z sowieckiej Karelii - powiada Ronka - będzie w Finlandii Ruskiem. Co z tego, że mówi jak Fin, wygląda jak Fin i biega na nartach jak Fin z lepszej strony przerdzewiałej żelaznej kurtyny. Taki Fin to Fińczyk, tak samo jak Polak z Kazachstanu będzie Polaczkiem. I nie idzie tu tylko o akcent.
Głupie uprzedzenia? Oczywiście. Lecz zaletą powieści Ronki jest również to, że bierze rzeczywistość na klatę. Nie boi się opisywać spotkania bohaterów, którzy mają tego samego ojca i matkę, lecz wyrośli w innych warunkach, więc pamięć jednych organizuje kapitalizm i wolny świat, a drugich - Wołodia Ilicz. Ronka nie wartościuje, tu nie ma lepszych i gorszych. Są różni ludzie, inaczej pokiereszowani. Jak w życiu.
Na dodatek ta zdolność obserwacji, gdy w detalu odbija się obraz całości. Małe słówko, które mówi więcej niż godzinny monolog. Zachwyt nad blichtrem Zachodu i pewność, że my, koleżkowie z upadłego Imperium, wiemy o życiu więcej i głębiej. Wszystko to napisane bez egzaltacji, tak jak powinno być w dobrej książce sensacyjnej.
Dobrze, że Matti Ronka pisze wartkie kryminały. Bo gdyby pisał socjologiczne dysertacje, nikt nie miałby pojęcia, że Karppa i Gronostajow to niby te same zwierzęta, ale jednak bardzo różne.