Nie przebrzmiały jeszcze echa Europejskiego Kongresu Kultury, na którym intelektualiści snuli wizję wolnej kultury bez ograniczeń, kiedy ich marzenia zostały brutalnie sprowadzone na ziemię przez eurourzędników. W ubiegłym tygodniu Rada Ministrów Unii Europejskiej zdecydowała o przedłużeniu ochrony praw wykonawców i producentów muzycznych z 50 do 70 lat od chwili publikacji. Państwa członkowskie mają dwa lata na wprowadzenie zmian w swoim prawodawstwie.
Oznacza to, że wiele nagrań z przełomu lat 50. i 60. pozostanie jeszcze przez 20 lat własnością wytwórni płytowych i trzeba będzie za nie nadal płacić bez względu na to, czy wygasną prawa autorów muzyki i tekstu. A stawka jest wysoka: na początku lat 60. ukazywały się pierwsze albumy The Beatles i The Rolling Stones,
piosenki Cliffa Richarda i Charles'a Aznavoura. W Polsce nagrywali jazzmani tej miary co Krzysztof Komeda i Michał Urbaniak, w muzyce poważnej zaczynali kariery tenor Wiesław Ochman i pianistka Regina Smendzianka. Ich nagrania będą nadal chronione, nawet jeśli wygasną prawa autorskie kompozytorów czy librecistów. Przykład: Ochman śpiewający arie z oper Moniuszki.
Prawa na emeryturze Apel Rickarda Falkvinge'a, eurodeputowanego ze szwedzkiej Partii Piratów, który podczas wrocławskiego kongresu domagał się, aby
Polska głosowała przeciwko dyrektywie, pozostał bez echa. Silniejsze niż ruch wolnej kultury okazały się organizacje muzyków i producentów, które od wielu lat lobbowały za przedłużeniem okresu ochrony. Miały dobre argumenty: w porównaniu z kompozytorami i librecistami muzycy byli rzeczywiście poszkodowani. Ich prawa podlegały ochronie tylko przez 50 lat, i to od momentu publikacji, czyli premiery płyty czy emisji radiowej nagrania, podczas gdy prawa autorów są chronione jeszcze 70 lat po ich śmierci.
Tymczasem rośnie średnia długość życia w Europie, wykonawcy żyją dłużej i na starość często tracą dochody ze swoich wczesnych nagrań. A przecież to właśnie w młodym wieku muzycy i wokaliści nagrywają najwięcej i odnoszą największe sukcesy. Dotychczasowy system odbierał im rentę z tego tytułu w momencie, kiedy jej najbardziej potrzebowali.
W takiej sytuacji znalazł się Jan Ptaszyn-Wróblewski. Legendarny saksofonista i popularyzator jazzu nagrywał swoje pierwsze płyty z zespołem Krzysztofa Komedy pod koniec lat 50. Teraz ukazują się na rynku bez jego wiedzy i zgody, bo minął 50-letni okres ochrony.
- O wielu takich wydawnictwach dowiaduję się z półek sklepowych. Niedawno na przykład ukazała się w Poznaniu płyta z pierwszymi nagraniami sekstetu Komedy. Nikt mnie nie zawiadomił, nie przesłali mi nawet egzemplarza. Dlatego dobrze oceniam nowe przepisy, bo doszedłem do takiego etapu, że niektóre rzeczy by mi przepadały. 70 lat ochrony to słuszny okres. Nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś będzie chciał przypomnieć jakieś nagrania - mówi jazzman.
Producenci: pomóżcie Nowe przepisy mają być formą rekompensaty dla wykonawców i sposobem na zmniejszenie dystansu między nimi i autorami. Mówił o tym w 2008 roku Charlie McCreevy, ówczesny europejski komisarz do spraw rynku wewnętrznego, który wystąpił z inicjatywą zmiany prawa autorskiego. - Nie znam przekonującego powodu, dla którego kompozytor muzyki miałby korzystać z praw autorskich dłużej niż wykonawca. To wykonawca daje życie kompozycji, większość z nas nie ma pojęcia, kto napisał naszą ulubioną piosenkę, ale zazwyczaj znamy nazwisko wykonawcy.
Wykonawcy masowo poparli dyrektywę. Pod apelem w tej sprawie podpisało się blisko 40 tys. osób z branży muzycznej, w tym Plácido Domingo, Björn Ulvaeus z grupy ABBA i Paul McGuiness, menedżer U2. Czy jednak rzeczywiście oni będą głównym beneficjentem zmian?
Jak wylicza Centrum Ochrony Praw Intelektualnych (CIPP), to nie wykonawcy zarobią najwięcej, ale producenci. Wielkie koncerny zgarniają zazwyczaj dwie trzecie zysków ze sprzedaży nagrań. Dłuższy o 20 lat monopol oznacza dla nich dodatkowe miliony euro zysku, podczas gdy dochody pojedynczego
muzyka według obliczeń Komisji Europejskiej wzrosną od 150 euro do maksymalnie 2 tys.
Nie przypadkiem jednym z entuzjastów wydłużenia czasu ochrony praw wykonawców jest wielki tenor Plácido Domingo, który poza śpiewaniem przewodniczy Międzynarodowej Federacji Przemysłu Fonograficznego IFPI. Dyrektywa unijna to kolejny etap w walce biznesu muzycznego o zaostrzanie praw autorskich. Wytwórnie domagają się coraz dłuższych okresów ochronnych, aby zrekompensować kurczące się dochody ze sprzedaży płyt i muzyki online. Sprzedaż spada (w zeszłym roku o 7 proc.), bo nowoczesne technologie pozwalają na nieograniczone kopiowanie i przesyłanie muzyki w sieci. Dodatkowym elementem tej gry jest czas: powoli zbliża się moment, kiedy pierwsze nagrania pop z lat 50. zaczną przechodzić do domeny publicznej. Wypuszczenie ich spod kontroli byłoby dla wytwórni ogromną stratą.
To dlatego w ostatnich dwóch dekadach podniesiono pułap ochrony praw autorów z 25 do 70 lat po śmierci, a całkiem serio rozważane są propozycje wydłużenia go o kolejne 25 lat. Również prawa wykonawców miały być chronione przez 95 lat, ale nie zgodziły się na to niektóre państwa, m.in. Polska. W wyniku kompromisu przyjęto 70-letni okres ochrony wykonawców, zarazem jednak wydłużono do tego samego poziomu ochronę praw producentów. Dlaczego? Jak informuje polskie Ministerstwo Kultury, "polski rząd stoi na stanowisku, że wydłużenie czasu ochrony praw producentów fonogramów stanowi rodzaj rekompensaty za straty związane z piractwem i pozwala na zbudowanie zachęt do promowania nowych talentów".
A więc chodzi o zastrzyk finansowy dla wytwórni, które tracą dochody i nie mają z czego inwestować w promocję nowych wykonawców. Dyrektywa ma im pomóc w walce konkurencyjnej z koncernami amerykańskimi, które mają lepsze warunki do rozwoju - okres ochrony praw producentów wynosi tam 95 lat.
Prawa na wieczność Krytycy zaostrzenia praw autorskich wskazują na negatywne efekty dyrektywy:
- Wydłużenie ochrony praw autorskich wykonawców i producentów muzycznych jest szkodliwe dla kultury, bo ograniczy o kolejne 20 lat dostęp i możliwość wykorzystania utworów archiwalnych. Im dłuższe okresy obowiązywania praw, tym większe problemy mają cyfrowe biblioteki i archiwa - mówi Jarosław Lipszyc z fundacji Nowoczesna Polska.
Według Lipszyca zmiana przepisów służy głównie interesom wytwórni nagraniowych, które otrzymają w ten sposób dodatkowe 20 lat monopolu. - My, użytkownicy, te 20 lat stracimy - mówi Lipszyc.
Jeszcze radykalniej ocenia uchwalone zmiany stowarzyszenie Internet Society Poland (ISOC), polski oddział międzynarodowej organizacji wspierającej rozwój internetu na świecie. "Proponowane przedłużenie jest krokiem w kierunku ustanowienia prawa autorskiego jako prawa obowiązującego wiecznie i eliminacji domeny publicznej jako ogólnodostępnego skarbca kultury" - piszą o dyrektywie działacze organizacji. Ich zdaniem przedłużenie ochrony negatywnie odbije się na kondycji europejskiej kultury, zmniejszy dostępność utworów, zwiększy koszty produkcji audio i wideo bazującej na istniejących utworach (np. filmy dokumentalne), a także koszty obsługi prawnej.
Lipszyc dodaje, że nowa dyrektywa jest niekorzystna dla krajów takich jak Polska, które są importerem tzw. własności intelektualnej. Im dłuższe okresy obowiązywania praw, tym większy jest strumień tantiem płynących do Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. - W
USA filmy i muzyka to obecnie jeden z najważniejszych towarów eksportowych, i to one są beneficjentem zaostrzania globalnego systemu praw autorskich - przypomina Lipszyc.
Zwolennicy zmian uspokajają, że nie zmienią one nic w obiegu kultury: - Nagrania z lat 60. i tak nie znalazłyby się w domenie publicznej, bo prawa autorów są chronione dłużej niż wykonawców - przekonuje Agnieszka Parzuchowska-Janczarska, szef działu zagranicznego STOART, polskiego stowarzyszenia zrzeszającego muzyków.
Nowe przepisy dają szansę na ponowne wprowadzenie do obiegu zapomnianych nagrań. Dyrektywa wprowadza zasadę "use it or lose it" - "użyj albo strać". Jak wyjaśnia Parzuchowska-Janczarska, oznacza to powrót praw do artystów, jeżeli producent po 50 latach od opublikowania wykonań nie będzie ich rozpowszechniać. Artysta zrobi z nimi, co zechce, np. przekaże do domeny publicznej albo odda innemu producentowi.
Parzuchowska-Janczarska zwraca również uwagę, że dyrektywa bierze w obronę muzyków sesyjnych, mniej znanych i zazwyczaj gorzej opłacanych. Rekompensatą dla nich ma być Fundusz Muzyków Sesyjnych, na który producenci będą przekazywać 20 proc. dochodów uzyskanych w związku z wydłużeniem okresu ochrony artystów wykonawców. Będą w ten sposób dzielić się dodatkowym zyskiem z muzykami.
Zrzuta na muzyków Nie ulega wątpliwości, że muzycy powinni dostawać wynagrodzenie za swoją pracę i mieć kontrolę nad tym, co dzieje się z ich nagraniami. Pytanie tylko, jakimi metodami to osiągnąć. Na wrocławskim Kongresie wiele mówiono o konieczności poszukiwania nowych modeli biznesowych, dostosowanych do warunków rewolucji cyfrowej i pozwalających uniezależnić się muzykom od wielkich wytwórni. Jednym z nich jest crowd funding, czyli finansowanie z niewielkich dobrowolnych wpłat poprzez internet. Pionierem była tu brytyjska grupa
Marillion, która w ten sposób sfinansowała produkcję kilku albumów, a nawet trasę koncertową w Stanach Zjednoczonych.
Nowe kanały dystrybucji dóbr kultury przez internet to szansa dla kompozytorów, autorów i muzyków na osiągnięcie rynkowego sukcesu niezależnie od koncernów medialnych. "Rzeczywiste rozwiązanie problemów wynagrodzenia artystów można osiągnąć przez prawdziwą konkurencję producentów muzycznych i alternatywne formy promocji kultury" - piszą w swoim raporcie aktywiści Internet Society.
Lipszyc: - Polityka zaostrzania prawa autorskiego nie działa na korzyść społeczeństwa i twórców: im więcej restrykcji, tym mniejsza przestrzeń dla uczestników życia kulturalnego. Mam nadzieję, że to już ostatni akord tego szaleństwa.
Prawo autorskie potrzebuje większej elastyczności, o czym mówią już nawet takie osoby, jak Francis Gurry, prezydent Światowej Organizacji Własności Intelektualnej, agencji ONZ. Jeśli nie odwrócimy trendu, to społeczeństwo cyfrowe nie będzie mogło się rozwijać.