"Ręka Flauberta"
Renata Lis
Sic!, Warszawa"Jak być artystą. Na przykładzie Thomasa Manna"
Małgorzata Łukasiewicz
Więź, WarszawaPrawa ręka Gustawa Flauberta, najlepszego powieściopisarza Francji, wyglądała jak wyschnięta dłoń mumii. Był to rezultat oparzenia, jakiego młody Flaubert doznał od własnego ojca, lekarza. Ten epilepsję syna leczył puszczaniem krwi, a że krew spływała powoli, dla pobudzenia krążenia wylał na jego rękę wrzątek. Oparzenie było tak głębokie, że na pół martwa dłoń na zawsze pozostała zimna.
U praworęcznego pisarza prawa, poparzona dłoń symbolizuje powołanie. Nasilająca się epilepsja sprawiła, że rodzina odpuściła Flaubertowi
studia prawnicze i pozwoliła, by zajął się mało pożytecznym hobby - literaturą. Jej zimno to również zapowiedź estetyki Flauberta - chłodnego, bezosobowego stylu służącego zbudowaniu "samowystarczalnej" powieści.
Wygląd ręki przywodzący na myśl zmumifikowane zwłoki to z kolei związki literatury z królestwem umarłych, jej romantyczne korzenie. Nic dziwnego, że Renata Lis rękę Flauberta umieściła w tytule swej książki. To w dużej mierze opowieść o związkach Flauberta z dziedzictwem romantyzmu, od którego ciężaru próbował się przez całe życie wyzwolić. Jak sugeruje autorka - bezskutecznie.
Flaubert bardzo cielesnyKsiążka Lis trafia w dobry czas. Flaubert pozostaje dziś najbardziej żywym z wielkich XIX-wiecznych pisarzy francuskich. Jego pragnienie bezosobowości zakończyło się paradoksalnym sukcesem - rzeczywiście udało mu się rozproszyć we własnym dziele i niezależnie od jego własnych intencji jego książki podlegają dziś najróżniejszym interpretacjom - bywa konserwatystą i społecznym krytykiem, ojcem naturalizmu i estetyzmu, modernistą albo patronem ponowoczesnej powieści.
Książki poświęcone Flaubertowi powstają dziś masowo - od powieści ("Papuga Flauberta" Juliana Barnesa) po uczone rozprawy i biografie. Na polski przełożono niedawno jedną z ostatnich - "Flaubert. W niewoli słowa i kobiet" Amerykanina Fredericka Browna (absurdalny tytuł pochodzi od polskiego wydawcy). Przede wszystkim zaś w kilku ostatnich latach przełożona na nowo niemałą część dzieł pisarza ("Panią Bovary" - Ryszard Engelking, "Trzy baśnie" - Renata Lis i Jarosław Marek Rymkiewicz, "Kuszenie św. Antoniego" - Piotr Śniedziewski). Książka Lis, choć ułożona chronologicznie - od rodzinnego domu do pogrzebu - nie jest tradycyjną biografią i jeśli chodzi o naszą wiedzę o Flaubercie, właściwie dodaje niewiele. Ta opowieść o pisarzu w kilkudziesięciu obrazach, niekiedy płynnie przechodząca w biograficzną fantazję, odznacza się jednak niezwykłą intensywnością.
Obraz pierwszy. Dom rodzinny Flauberta przylegający do szpitala w Rouen, którym kieruje jego ojciec. Po jednej stronie ściany rodzina Flaubertów je kolację, po drugiej - umierają na cholerę pacjenci. Obraz drugi. Na rękach Flauberta umiera jego ukochana siostra Caroline. Choć nikt o tym nie wie, jej śmierci jest winien ich brat lekarz. W tamtych czasach nie wiedziano nic o zabójczej mocy bakterii - kilka dni wcześniej brat odbierał jej
poród brudnymi rękami, być może prosto od prosektoryjnego stołu. Obraz trzeci. Gustaw czuwa przy ciele zmarłego na syfilis ukochanego przyjaciela, poety dandysa Alfreda Le Poittevin, które jest tak rozłożone, że musi owinąć je w podwójny całun. Obraz czwarty. W trakcie podróży na Wschód, którą odbył z innym przyjacielem, przyszłym pisarzem Maxime'em Du Campem, w stanowiącej centrum egipskiej prostytucji Esnie poznaje piękną kurtyzanę. "Po jej cipie zostały mi plamy podobne do skrawków aksamitu. Byłem dziki" - zapisze. Będzie ją wspominał do końca życia.
Lis pokazuje Flauberta zwróconego w stronę zmarłych, który z żywymi obcował "od strony ich nieobecności". Z bliskimi przyjaciółmi, a nawet z kochankami, wolał obcować za pośrednictwem korespondencji niż bezpośrednio, rozpamiętując wspomnienia i obracając w rękach pamiątki, tak jakby już nie żyli. Śmierć bliskich, której doświadczył w dawce przekraczającej ludzką miarę nawet jak na XIX-wieczne standardy, zapisał aluzyjnie w swoich utworach. Lis polemizuje ze stereotypem Flauberta pozbawionego biografii, niemal bezcielesnego. O istocie jego pisarstwa stanowi zespolenie zaczerpniętego z doświadczenia zmysłowego szczegółu i matematycznej konstrukcji. "Homer ożeniony z Peryklesem".
Artysta jak urzędnikTa fascynująca książka, w której namiętność autorki do jej przedmiotu natychmiast udziela się czytelnikowi, nie jest jednak pozbawiona potknięć. Wbrew nakazom Flauberta Lis staje się w tej opowieści chwilami nazbyt obecna i nie zawsze ma do powiedzenia rzeczy odkrywcze ("książki wbrew pozorom nie rodzą się z głowy i ktoś, kto całe życie spędziłby w zamknięciu, niczego ciekawego raczej by nie napisał"), a czasem wręcz popada w egzaltację ("ach cudowne słówko może, które pozwalasz mi przypisywać Flaubertowi własne myśli, dzięki ci za to, że istniejesz"), niebezpiecznie ocierając się o komunały, które Flaubert, jak sama przypomina, wyśmiewał.
Autorka na siłę robi z Flauberta świadomego ideowego i politycznego konserwatystę, używając go chwilami jako narzędzia do własnej rozprawy ze współczesnością. To prawda, Flaubert niedobrze się czuł w wieku maszyn, rewolucje napawały go niechęcią, trudno też go uznać za zwolennika demokracji. Czy jednak był metafizycznym pesymistą, "Rosjaninem" z duszy? Czy przeszkadzałyby mu współczesne mosty i autostrady, a tłum turystów, którzy "nic nie słyszeli o Jałcie", w opactwie na wyspie San Michel napełniałby go odrazą?
Gdy Lis wyraża zadowolenie z nieszczęść, które spadły na Flauberta, upatrując w nich komunikatu od losu miażdżącego swoich wybrańców, i gdy chwali go za postawę w trakcie wojny francusko-pruskiej, w trakcie której "bez żadnych artystowskich póz odnalazł się w plemiennej społeczności", a potem, w obliczu kapitulacji, wyrażał żal, że
Paryż raczej nie spłonął, niż się poddał, zza pleców autorki wyziera cień jej mentora Jarosława Marka Rymkiewicza.
Flaubert "wynalazł" zawód powieściopisarza we współczesnym znaczeniu. To ktoś zamknięty w czterech ścianach biblioteki, prowadzący regularny tryb życia jak w urzędzie, kto musi przeczytać tysiąc książek, żeby napisać jedną. Wcieleń tego ideału było wiele, ale najdoskonalszym był Thomas Mann. Kilka miesięcy temu ukazała się również jego monografia. Stawka książki "Jak być artystą. Na przykładzie Thomasa Manna" Małgorzaty Łukasiewicz jest podobna - radykalna odmiana wizerunku klasyka, ale zamiar przeprowadzony znacznie bardziej konsekwentnie.
Podobnie jak w przypadku książki o Flaubercie zasadniczą rolę odgrywają tu zagadnienie artystyczne: jak i z czego zrobione są jego książki. Analizując trzy najważniejsze z nich, "Buddenbrooków", "Czarodziejską górę" i "Doktora Faustusa", autorka odpowiada: są montażem złożonym z cytatów, przy czym "cytaty" należy rozumieć szeroko, to zarówno sytuacje wzięte wprost z życia, jak i gry z tradycją literacką.
Kocham przeszłość. Bo wymyślam ją samJak sprawdzili badacze, w niektórych fragmentach powieści Manna cytaty stanowią nawet 70 proc. tekstu. "Buddenbrookowie" zostali w chwili publikacji potraktowani jako powieść z kluczem. Mieszkańcy Lubeki przez wiele dziesięcioleci nie mogli pisarzowi zapomnieć sposobu, w jaki ich przedstawił, a jego
dzieci czytały tę powieść jako historię ich rodziny.
Mann jako monter, nad literacką inwencję ceniący sobie reminiscencje ("uduchowienie zastanego tworzywa" "wyższe odpisywanie"), jak żaden z jego współczesnych zdawał sobie sprawę, że żyje w czasach kulturowego zmierzchu, kryzysu form ekspresji, starczej samoświadomości kultury, w której przepisywanie zastąpiło pisanie, a dzieło literackie przestało być monolitem o raz na zawsze ustalonym sensie. Nie wyciągał jednak z tego pesymistycznego wniosku: gra z tradycją miała u niego posmak figlowania albo radosnej hochsztaplerki. Ale nie były jałowe. Mann wiedział bowiem, że żadne przepisywanie nie jest niewinne, a zabawa z tradycją z konieczności jest jej krytyką i reinterpretacją.
Było to szczególnie ważne, gdyż w grę wchodziła kultura niemiecka, która w XX w. wydała z siebie trujące gazy. Mann - świadomy konserwatysta - był mistrzem jej karkołomnych reinterpretacji. Po pierwszej wojnie światowej porzucił szaty pruskiego monarchizmu i militaryzmu i stał się zwolennikiem demokracji, w eseju "O niemieckiej republice" (1922) interpretując w duchu demokratycznym niemiecką tradycję kulturalną. A po drugiej wojnie bronił Nietzschego przed etykietką intelektualnego ojca nazizmu.
W przypadku Manna mamy więc do czynienia z konserwatystą szczególnym, który nie broni zaciekle ustalonego raz na zawsze kształtu przeszłości, bo zdaje sobie sprawę, że przeszłość takiego kształtu nie posiada - dopiero my go wymyślamy. Najbardziej konserwatywny z wielkich modernistów postmodernistą ante litteram? I to jest dopiero rewolucja!