Inspirowali się nią Fellini i Almodóvar, Wim Wenders nakręcił o niej film. Od piątku możemy w Warszawie oglądać spektakle w choreografii Piny Bausch
Fot. Michael Probst AP
Pina Bausch
Kadr z filmu "Pina", reż. Wim Wenders
Dziś uznana za jedną z najważniejszych kobiet w tańcu XX wieku, od samego początku wzbudzała kontrowersje. Uważała, że tancerze mogą na scenie chodzić, mówić, używać ruchu z codziennego życia. Zamiast ilustrować spektakl muzyką operową albo chociażby utworami granymi przez orkiestrę, postanowiła zwolnić muzyków zatrudnionych w operze w Wuppertalu. Oglądając jej przedstawienia, widzowie słyszeli puszczany z taśm kolaż muzyczny: obok muzyki poważnej było to np. tango.
Tworzyła spektakle w czasie, kiedy w teatrze dramatycznym królowali twórcy teatru autorskiego, którzy narzucali aktorom swoją wizję spektaklu.
U niej było na odwrót. To z tancerzy czerpała inspiracje do kolejnych przedstawień, opierała je na ich biografiach, doświadczeniach, wspomnieniach z dzieciństwa. Spektakle TanzTheater Piny Bausch oscylują wokół tematów relacji damsko-męskich, miłości, śmierci, samotności. W różnorodnych osobach, jakie miała w swoim zespole, szukała cech, zachowań, które były uniwersalne. Część badaczy i obserwatorów uważa, że właśnie dzięki temu jej spektakle były rozumiane na całym świecie.
Pina Bausch zmarła dwa lata temu, gdy jej zespół był w tournée i grał spektakle we Wrocławiu. Świat taneczny zastanawiał się, co będzie dalej. Na razie działają. Wystawiają spektakle, które mają w repertuarze od początku, które już dziś tańczy kolejne pokolenie tancerzy.
Na scenie warszawskiego Teatru Wielkiego - Opery Narodowej zostaną zaprezentowane trzy spektakle: "Caffe Müller" oraz "Das Frühlingsopfer" (czyli "Święto wiosny") 16 i 17 września, a "Vollmond" ("Księżyc") - 21 i 22 września o godz. 19.