http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

10 książek do mocowania się z samym sobą

Rozmawiała Małgorzata I. Niemczyńska
2011-09-15, ostatnia aktualizacja 2011-09-15 17:55

Gdy ktoś mnie pyta, czy przeczytałem "to wszystko" (i pokazuje moją bibliotekę), to wiem, że o niczym poważnym nie pogadamy - mówi prof. Michał Paweł Markowski w rozmowie z Małgorzatą I. Niemczyńską

Nietzsche, jeden z pisarzy i filozofów, których czytać można bez końca, zawsze odkrywając ich na nowo
Fot. ASSOCIATED PRESS
Nietzsche, jeden z pisarzy i filozofów, których czytać można bez końca, zawsze...
Prof. Michał Paweł Markowski
Fot. Michał Łepecki / AG
Prof. Michał Paweł Markowski
SERWISY
Małgorzata I. Niemczyńska: Zdarzyło się panu od jakiejś książki "odpaść"?

Prof. Michał Paweł Markowski*: Wielokrotnie, choć najczęściej nie dlatego, że książki nie rozumiałem, ale dlatego, że nie widziałem w niej niczego ciekawego. Od bardzo wielu książek odpadam z nudów - bo wiem, jak się skończą, bo są wtórne, bo niczego nie odkrywają, bo gardzą czytelnikiem, bo są nijakie. Powiedzmy sobie szczerze: umiejętność czytania polega na selekcji. O wiele więcej skorzysta czytelnik kilku dogłębnie przeczytanych książek niż ktoś, kto niczego po przeczytaniu setek nie pamięta. Nie da się przeczytać wszystkiego i uświadomienie sobie tego prostego faktu idzie w parze z pogodzeniem się z własną skończonością. To jest wyzwalające odkrycie.

Wyzwolenie w ograniczeniu?

- Nietzsche napisał ponad sto lat temu, że czytać trzeba powoli, wolno przeżuwając, i nic się od tego czasu nie zmieniło. Poza tym pamiętajmy, że nie czyta się w izolacji, bo książki łączą się ze sobą - czytanie jednej zakłada już znajomość drugiej, trzeciej i tak dalej. Jak z życiem - człowiek zawsze już jest jakoś w życiu zahaczony, umocowany, nigdy nie zaczyna od początku. Nie można zacząć czytać Lacana ot, tak tylko, bo się coś tam słyszało albo czytało Žižka. Trzeba do tego wielu różnych, wysoce wyspecjalizowanych umiejętności: świetnej znajomości francuskiego, dogłębnej znajomości Freuda, Hegla, literatury surrealistycznej etc. Nie można czytać Agambena, jeśli się nie czytało tego, o czym on sam pisze: od Platona, przez mistyków średniowiecznych, po Primo Leviego. Owszem, można rzucać nazwiskami, nosić ich książki pod pachą, ale to są jednak regiony hermetyczne, wymagające, oddane w pacht specjalistom. I niech tak zostanie. Niech amatorzy czytają to, co im się podoba, byleby tylko czytali, a nie udawali, że czytają. A co to znaczy czytać? Przejmować się tym, co powiedział ktoś inny.

Prof. Henryk Markiewicz twierdzi, że przeczytał może 30 proc. swojej biblioteki. A pan?

- Biblioteki nie da się przeczytać, bo ona jest zawsze większa od nas, zawsze nas przerasta. Gdy ktoś mnie pyta, czy przeczytałem "to wszystko" (i pokazuje moją bibliotekę), to wiem, że o niczym poważnym nie pogadamy. Mam cztery spore biblioteki na różnych kontynentach, w kilku językach, obejmujące rozmaite dziedziny: od filozofii i nauki o literaturze, przez historię fotografii i literaturę światową, po nowości z neuroscience i katalogi z najciekawszych wystaw na świecie. Oczywiście nie przeczytałem wszystkich książek od deski do deski, bo to nie wyścigi ani konkurs. Kiedy nad czymś pracuję, to czytam gruntownie wszystko, co uważam za ważne. Wtedy też dużo kupuję książek na dany temat. Kiedy indziej, gdy mam czas albo kiedy szukam jakiegoś zaczepienia dla myśli, intensywnie podskubuję swoją bibliotekę - tu uszczypnę, tam podczytam, tu się zasiedzę, tam zasnę z książką na piersiach. Ale żeby to było możliwe, muszę mieć wybór. Żeby mieć wybór, muszę mieć ogromną bibliotekę. Czytanie jest dziedziną wolności. Im więcej wyboru, tym więcej wolności. Gdyby mi odebrano moje biblioteki, czułbym się okrojony z czegoś bardzo fundamentalnego. Bardzo mnie zresztą ciekawi stosunek różnych ludzi do ich bibliotek. Czytałem ostatnio ciekawą książkę Timothy'ego W. Rybacka "Hitler's Private Library" o stosunku Führera do książek. Bardzo pouczające. Z upodobaniem też przeglądam kupiony ostatnio cyfrowy katalog biblioteki Freuda. Pokaż mi swoją bibliotekę, a powiem ci kim jesteś? Coś takiego, tak. Ja przynajmniej o właścicielu biblioteki wiem prawie wszystko po jej oglądnięciu.

Skoro się więc zgadzamy, że na przeczytanie wszystkiego i tak nie starczy nam czasu i siły, które z mądrych tekstów warto poznać chociaż z drugiej ręki?

- Moim zdaniem wszystko należy poznawać z pierwszej ręki. Poznawanie z drugiej ręki jest dla leniwych duchem. Ale trzeba tu - żeby nam się nie plątało - wprowadzić istotne rozróżnienie. Książki "mądre" są czymś innym niż książki "trudne". Te drugie pisane są w różnych, czasami kompletnie niezrozumiałych żargonach i dotyczą problemów istotnych dla niewielkiej grupy ludzi. Czytelne są naprawdę jedynie dla specjalistów i nie ma potrzeby, by łamał sobie na nich zęby ktoś, kto może inaczej spędzić czas. Książki "mądre" z kolei to osobny gatunek, znany od dawna - to tzw. literatura mądrościowa, którą powinno się czytać jak najczęściej, bo służy duchowemu rozwojowi. Ludzie mylą te dwie kategorie i są sfrustrowani, bo zabierają się za książki, do których przeczytania niezbędny jest długi trening, podczas gdy z pożytkiem mogliby studiować dzieła bardziej dla siebie przyswajalne, napisane przystępniejszym językiem. Po co czytać traktaty Kanta, skoro można czytać aforyzmy Lichtenberga? Tezy filozoficzne te same, ale dowcipniej przedstawione. Kanta, Hegla, Marksa, Husserla, Heideggera, Derridę zostawmy specjalistom; jeśli nimi nie jesteśmy, czytajmy książki, które nam powiedzą o czymś ważnym przez pryzmat osobistego zaangażowania autora. Jak wyglądałby taki filozoficzny kanon książek mądrych? Na przykład tak oto, zaczynając od nowożytności: Montaigne ("Próby"), Emerson ("Dzienniki"), Thoreau ("Dziennik"), Kierkegaard ("Albo - albo"), Nietzsche ("Wiedza radosna"), Szestow ("Pochwała niezakorzenienia"), Pessoa ("Księga niepokoju"), Bataille ("Doświadczenie wewnętrzne"), Cioran ("Zeszyty"), Barthes ("Fragmenty dyskursu miłosnego"). To są pisarze, których można czytać na dwóch poziomach - specjalista wyczyta co innego niż amator, ale obydwaj mogą ich czytać z wielkim pożytkiem. Poza tym łatwiej medytować nad fragmentami i aforyzmami. Z tych samych powodów książka, do której zaglądam cały czas, to "Finnegans Wake" Joyce'a. Nie da się jej czytać cięgiem, ale można w kawałkach, najlepiej z komentarzami. To święty bełkot zachodniej cywilizacji, który umacnia przeświadczenie, że sens jest, choć go nie widać.

Czy o którymś z tych mądrych tekstów powiedziałby pan, że zmienił pana życie? Spojrzenie na świat? Inaczej rzecz ujmując - dlaczego warto?

- Montaigne i Nietzsche. To są pisarze, których czytam najdłużej, najchętniej i z największym upodobaniem, znajdując zawsze nowe rzeczy. Marzę o napisaniu książki o Montaigne'u, zwłaszcza po ukazaniu się ostatniej, bardzo ciekawej książki Sary Bakewell "How to Live, or a Life of Montaigne". Gdybym miał powiedzieć, dlaczego ci myśliciele są "moi", powiedziałbym, że fascynuje mnie ich mocowanie się ze sobą poprzez książki - własne i cudze. Mam kłopot z Kierkegaardem. Uważam go za fascynującego pisarza, czytam intensywnie jego dzieła i dzienniki, ale nie znam duńskiego, żeby go czytać w oryginale, co mnie zawsze deprymuje, więc czytam go po angielsku, co jest trochę bez sensu, ale trudno. Pasjonuje mnie filozofia widziana od strony prywatnego uwikłania, namiętności, zmagania się ze światem, z innymi ludźmi, filozofia widziana od strony lęków, obsesji, idiosynkrazji. Taka filozofia ma szansę na szerszy oddźwięk. Tak właśnie czytam Lukácsa, Wittgensteina, Williama Jamesa, Waltera Benjamina i traktuję ich jako pisarzy, których dzieła stoją u mnie w bibliotece tuż obok Prousta i Pessoi (to jest mój modernistyczny kanon). Biografia filozofia jest równie ważna co jego traktaty. Ostatnio czytałem z wypiekami na twarzy "The House of Wittgenstein: A Family at War" Aleksandra Waugh, wnuczka słynnego pisarza. Bardzo wciągający dramat rodzinny.

Nie ubolewa pan nad brakiem w podręcznikach szkolnych choćby wspomnienia o którymś ze szczególnie panu bliskich myślicieli?

- Nie ubolewam nad niczym. Kto chce czytać, znajdzie wszystko, czego mu potrzeba, choćby przeszkadzały mu w tym wszystkie podręczniki świata. Kto nie chce czytać, będzie mnożył fikcyjne przeszkody, żeby tego nie robić i mieć wygodne alibi. Gdy zacząłem ściągać dostępne w sieci książki na iPada, ogarnęło mnie nagle poczucie, że im więcej rzeczy można przeczytać, nie wychodząc z domu lub kawiarni, tym mniej się czyta. Ale nie jestem moralistą. Nikomu niczego nie narzucam.

A gdyby pana, powiedzmy, ogrodnik umówił się z szałową intelektualistką i przybiegł do pana po radę, z czym w choćby encyklopedycznej formie powinien się zapoznać przed randką?

- Tylko na amerykańskich filmach średniej klasy intelektualistki, na dodatek szałowe, umawiają się z ogrodnikami. Znam tylko jednego ogrodnika, z którym warto byłoby się umawiać, ale on już nie żyje, był gejem i mówił rzeczy trudne. Nazywał się Wittgenstein. Gdyby jednak mój znajomy chciał rzeczywiście osiągnąć sukces na randce, podsunąłbym "Dziennik uwodziciela" Kierkegaarda. I kazał się nauczyć na pamięć kilku aforyzmów Ciorana po francusku. Jeśli to by nie zadziałało, to nic by nie zadziałało. Powiedzmy sobie jednak szczerze: intelektualistki nie umawiają się z ogrodnikami, by rozmawiać o nihilizmie.

*Prof. Michał Paweł Markowski - krytyk literacki, eseista, tłumacz. Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownik Katedry Międzynarodowych Studiów Polonistycznych, zwycięzca konkursu na szefa Katedry Języka Polskiego i Literatury na Wydziale Sztuk Wyzwolonych i Nauk Ścisłych Uniwersytetu Illinois w Chicago.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3
  • 3
  • 4
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    26 głosów

Sposób na to, żebyśmy chcieli pracować dłużej?

Każdy pracujący Szwed dostaje co roku ''pomarańczową kopertę''. Tak ma być też w Polsce