Od piątku w kinach ''Skóra, w której żyję'' Almodóvara. Antonio Banderas w roli brawurowego naukowca-demiurga przypomina zarazem Frankensteina i Pigmaliona: lepi kobietę według swoich wyobrażeń niczym doskonałą, niemal pozbawioną głosu lalkę
"O nie, tylko nie to!" - mówi Vicente, gdy dowiaduje się, że został pozbawiony przyrodzenia. Ale to dopiero pierwsza część eksperymentu, który pójdzie dużo dalej. Vicente stanie się Verą (Elena Anaya), kobietą idealną obleczoną w skórę odporną na ukąszenia komarów i oparzenia. Nie w śnie, tylko w laboratorium nieco szalonego chirurga plastycznego Roberta Ledgarda (Antonio Banderas), jednego z najwybitniejszych na świecie specjalistów od transgenetyki.
Film Almodóvara, opowiadany niechronologicznie, dawkujący fabularne zwroty i zagadki, zaczyna się właśnie w prywatnym laboratorium lekarza. Na pierwszym planie krew - w fiolkach, strzykawkach, pod mikroskopem i w nowoczesnych maszynach do genetycznych badań. Ledgard ogląda ją z zachwytem, miesza z krwią zwierząt, testuje. Człowiek to dla niego tylko krew, skóra, ciało - obiekt ryzykownej zabawy, w której chodzi właściwie nie o naukę, ale prywatne wyrównanie rachunków z Panem Bogiem. Ten zabrał mu kiedyś ukochaną żonę, więc Ledgard tworzy po latach jej wierną kopię.
Temat genetycznej przemiany mężczyzny w kobietę, tym razem zaczerpnięty z powieści "Tarantula" Thierry'ego Jonqueta, wydaje się dla Almodóvara całkowicie naturalny. W jego filmach kobiecość i męskość to zawsze były względne kategorie, podrzędne wobec androginicznego obrazu człowieczeństwa, w którym ciało jest tylko "skórą, w której się żyje". Jednak w nowym obrazie twórcy "Drżącego ciała" tożsamość płciowa pozostaje tematem drugorzędnym. Vicente, jak najdalszy od transseksualizmu, zaskakująco łatwo wchodzi w rolę kobiety, do której odegrania został przecież - w imię dość późno wyjaśnionej zemsty - brutalnie zmuszony. Chodzi jak Vera, mówi jak Vera i nawet kocha jak Vera - męską tożsamość traci niezauważalnie, bezboleśnie. Czy tylko dlatego, że zamknięty w więzieniu chce za wszelką cenę przetrwać?
Od poskładanej ze zmutowanych ludzko-świńskich skrawków skóry Very ważniejszy wydaje się w filmie ten, który ją tworzy. Antonio Banderas w roli brawurowego naukowca-demiurga przypomina zarazem Frankensteina i Pigmaliona: lepi kobietę według swoich wyobrażeń niczym doskonałą, niemal pozbawioną głosu lalkę. Perspektywa chirurga udziela się reżyserowi i widzowi - zapominamy szybko, że za doskonałym ciałem Very stoi więziony i upodlony chłopak. I dajemy się wciągnąć w zachwyt nie nad postacią, ale nad fantazmatem kobiecości, która nadaje się głównie do tego, by na nią patrzeć.
"Skóra, w której żyję" jest bowiem głównie filmem o patrzeniu. W "Przerwanych objęciach" niewidomy reżyser dotykał ekranu jak świętości - z podobną atencją patrzy tym razem na wielki monitor Antonio Banderas. Verę trzyma pod kluczem w dużym, stylowo urządzonym pokoju pełnym ukrytych kamer - może swoje "dzieło" pieścić, może nawet się z nim kochać, ale najchętniej Verę podgląda, dotyka za pośrednictwem obrazu, który da się dowolnie przybliżać i oddalać. Autentyczna Vera, jak pokaże finał filmu, może zawieść, jej fantazmatyczny wizerunek - nigdy.
Przewijają się w "Skórze..." typowe dla hiszpańskiego reżysera motywy i postaci: romanse sprzed lat i nieślubne dzieci, ośmieszani mężczyźni (jak przebrany za tygrysa złodziej poszukiwany przez policję) i przerysowane kobiety (pielęgnująca dziewictwo dziewczyna na prochach), gwałty, sztuczne członki (do modelowania waginy) i groteskowe rodzinne spotkania po latach. Eksperyment Ledgarda, jeśli dobrze go zanalizować, ma w sobie rys nie tylko perwersyjny, ale wręcz kazirodczy. Nie brakuje też autotematycznych aluzji - a to do "Kiki", a to do "Wysokich obcasów" czy "Kwiatu mojego sekretu". Ale nowy film Almodóvara zaskakuje chłodem - jest wypieszczony w każdym kadrze, sterylny, jakby pozbawiony uwodzicielskiego błysku i emocji.
Kto wie zresztą, czy nie taki był zamiar reżysera - "Skóra, w której żyje" rozgrywa się przecież w świecie, w którym kolejnymi fabularnymi przewrotami rządzi zasada thrillera, a "powierzchnia" liczy się bardziej niż wnętrze.
Scena z wciąganymi przez odkurzacz rozłożonymi w pokoju skrawkami podartych kobiecych ubrań ma sens symboliczny, chociaż przede wszystkim wizualny - świetnie wygląda w kadrze. Elena Anaya w roli Very magnetyzuje, ale jest głównie pięknie fotografowanym obiektem. Z kolei Banderas z klasą nosi garnitury (wszystkie kostiumy projektował Jean-Paul Gaultier), uwodzi mroczno-czułym spojrzeniem, choć i on okazuje się tylko przesuwanym z miejsca na miejsce trybikiem w filmowym spektaklu.
To nie pozbawiony skrupułów chirurg jest więc w "Skórze..." prawdziwym demiurgiem, ale sam Almodóvar, który tę nieprawdopodobną (choć, jak twierdzi w wywiadzie dla "Dużego Formatu", niezbyt daleką od rzeczywistości) fabułę zamyka w ostentacyjnie podkreślany cudzysłów. Piękne ciała, piękne ubrania, piękne wnętrza - filmowa rzeczywistość zarejestrowana w efektownym Toledo zmienia się w celowo sztuczny, autonomiczny mikrokosmos, w którym rządzi to, co ładne. W ślad za swoim bohaterem reżyser z pozoru bawi się ciałem i próbuje wydrzeć tajemnicę śmierci, ale w finale balon powagi jest już tak napęczniały, że musi eksplodować śmiechem publiczności.
Można więc przypuszczać, że dość denerwujący ton serio jest w "Skórze..." jedynie maską - kryje się za nim reżyser prowokator, który nic już nie musi. Bo nawet jeśli jego nowy film wydaje się zakochany sam w sobie, Almodóvarowi z tym narcyzmem całkiem do twarzy.
"Skóra, w której żyję" , reż. Pedro Almodóvar, Hiszpania 2011, dystr. Gutek Film