http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nowa sztuka z Indii w warszawskiej Zachęcie

Dorota Jarecka
2011-09-05, ostatnia aktualizacja 2011-09-05 13:35

Jest w tym komiksie coś tak dobrze znanego, że aż ciarki przechodzą. Oto grupa ludzi prześladuje, torturuje i ściga grupę jeleni. Jeleń u Malika Sajada - jak mysz u Spiegelmana - to przedstawiciel zagrożonej mniejszości, mieszkaniec Kaszmiru

Praca ''Dzwoniąc z daleka'' na wystawie ''Pokolenie przemiany. Nowa sztuka z Indii''
Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Praca ''Dzwoniąc z daleka'' na wystawie ''Pokolenie przemiany. Nowa sztuka z...
ZOBACZ TAKŻE
"Pokolenie przemiany. Nowa sztuki z Indii", kuratorka Magda Kardasz. Galeria Zachęta, Warszawa, do 6 listopada

Borys Groys, znany krytyk sztuki rosyjskiego pochodzenia działający w Niemczech, pisze o klęsce sztuki współczesnej, która mówi o odmienności. O swojej inności chcą mówić ludzie z krajów postkolonialnych takich jak Indie czy Brazylia - pisze Groys. Jednak ilekroć idzie on na wystawę sztuki z tych krajów, uderza go pewne zjawisko - oto wszystkie prace są do siebie podobne, mianowicie składają się z instalacji, tekstów, fotografii i sztuki wideo. Nie to, że są złe, problem w tym, że wyglądają identycznie, a sztuki z Brazylii nie można odróżnić od sztuki z Meksyku, sztuki z Nowej Zelandii od sztuki z Chile. Co więcej, "gdyby nie wyglądały identycznie, nie byłyby w stanie wyrażać odmienności. Po to, by wyrażać odmienność, muszą być fundamentalnie takie same".

Zglobalizowany świat mówi jednym i tym samym językiem współczesnej sztuki. Tzw. Zachód ciągle przyciąga najróżniejszych twórców z tzw. marginesów, bo sztuka musi cały czas się rozwijać, a rynek sztuki musi rosnąć. Jednak kiedy już ci wszyscy ludzie z dalekich kultur w centrum tego świata się znajdą, wymaga się od nich, by przemawiali zrozumiałym, dostępnym językiem. Oni to oczywiście robią, bo chcą dotrzeć do jak najszerszej publiczności. A wtedy przestają być w jakiś sposób sobą.

Tylko co to znaczy "być sobą"? Może już nikt nie chce reprezentować odległej, zapuszczonej i niedorozwiniętej prowincji. A może już jej po prostu nie ma, a to, czego doświadczamy, to koniec egzotyki. Nie ma już "innych". "How far is India" - taki napis umieścił na ścianie Janek Simon, polski artysta doproszony do współczesnej indyjskiej wystawy. Właśnie - zależy, jak mierzyć, odległość to rzecz względna. Błąd robi ten, kto jakiejkolwiek egzotyki jeszcze się spodziewa.

Ten długi wstęp był po to, by skrócić drogę do Indii. Zachęta warszawska jest dzisiaj pełna prac artystów z tego ogromnego kraju. Jak widać, skutecznie opierają się naciskowi orientalizacji. Nie mówią o jakiejś wspólnej indyjskiej idei, nie realizują naszego marzenia, byśmy mogli w dwie godziny dowiedzieć się wszystkiego o ich kraju. Bezwzględnie rujnują mit i zawodzą nasze europejskie potrzeby.

Rozmawiam z Prajaktą Potnis, młodą artystką z Bombaju. W holu wejściowym Zachęty dokonała subtelnej interwencji - wzdłuż ścian na dole, w miejscu, gdzie ściana spotyka się z posadzką, przyczepiła białą falbankę. Według Prajakty taka falbanka powoduje, że budynek nabiera cech antropomorficznych, staje się niczym kobieta w sukni ślubnej. Prajakta przyjechała tu tydzień przed otwarciem wystawy, mówi, że przyglądała się Warszawie i że to miasto ma wstrząsającą historię, tak bardzo było zburzone. Jej praca to także reakcja na to odkrycie. Ściany to świadkowie historii, to kurtyna, która przykrywa okrutną przeszłość.

Druga jej praca to wplecione w ozdobną balustradę zachętowskich schodów setki ładowarek do telefonów. Ta fantastyczna instalacja-rzeźba silnie działa na wyobraźnię, przypomina te wszystkie momenty, kiedy próbuje się szybko wyjąć z plecaka ładowarkę do telefonu, a ona splata się z drugą ładowarką i kablami do olympusa. Nie jest to także specjalnie indyjskie. Taką pracę równie dobrze mógłby zrobić polski czy fiński artysta.

Ciekawi mnie stopień, w jakim ci artyści interesują się miejscem, do którego przyjechali. Nie, nie chodzi im o rozwijanie własnej egzotyki, ale o zrozumienie miejsca, w którym się znaleźli. Mithu Sen opowiada mi tę samą historię, którą przed chwilą usłyszałam od Prajakty Potnis. Warszawa była tak straszliwie zburzona, ślady tego zniszczenia można do dzisiaj odczuć, chodząc po tym mieście, jako artystka musiała zareagować. Dlatego naszkicowała czarną farbą na ścianach kilku różnych sal w Zachęcie fragmenty ikonicznej indyjskiej budowli - Tadż Mahal. W jej rysunkach miejscami jej mury zdają się krwawić, jakby miały w sobie coś żywego, jakby można było je zranić. To znów dialog z historią Warszawy, a jednocześnie ze stereotypem indyjskości. Tadż Mahal zostaje tu rozdrobniona na części, poszatkowana, jej cień idzie za zwiedzającym wystawę, wyskakując zza węgła. - Ta turystyczna atrakcja jest symbolem dość problematycznym - mówi mi Mithu. - Uchodzi za pomnik miłości, ponieważ jeden z władców zbudował ją jako grobowiec swej ukochanej żony. Jednak prawda jest taka, że kiedy urodziła mu czternaścioro dzieci i zmarła w połogu, on ożenił się z jej siostrą. To jest raczej pomnik władzy niż miłości.

Jeśli tak dużo słyszę od artystów z New Delhi i Bombaju o wojnie i burzeniu, to nie bez powodu. Ich kraj, jak podpowiada tytuł wystawy, jest rzeczywiście w trakcie przemiany. Nie zawsze na lepsze. Jest to miejscami gwałtowna i bezwzględna modernizacja, gdzie nowe dzielnice apartamentowców budowane są na zgliszczach dawnych dzielnic biedoty. "Pokolenie przemiany" uważnie się temu przygląda, jak np. młoda Charmi Gada Shah, która z resztek autentycznego wyburzonego skromnego domu w Bombaju stworzyła wzruszającą rzeźbę - ten sam strzaskany dom w miniaturze.

To jest jedno podejście. Drugie jest aktywistyczne, zaangażowane. Sharmila Samant to artystka z Bombaju, która współpracuje z ruchem społecznym Ghar Bachao Ghar Banao walczącym o prawa mieszkańców biednych dzielnic. Na wystawie pokazuje jedną ze swoich akcji - zaprojektowała tornistry dla grupy dzieci, które straciły szkołę w wyniku wyburzenia slumsów. Każdy tornister ma z tyłu składany stelaż, można z niego zrobić przenośny stół. - Widziałam wiele takich mieszkań - mówi mi Sharmila - jedynym meblem jest w nich najczęściej łóżko. To oczywiście utopia, 40 tornistrów nie zmieni systemu ani nawet nie rozwiąże lokalnego problemu.

Podobnie nic nie zmieni komiks Malika Sajada pt. "Zagrożone gatunki". Jednak czasem inna świadomość to już jest zmiana.

Komiks jest dokładnym potwierdzeniem słów Groysa. Jest w tym komiksie coś tak dobrze znanego, że aż ciarki przechodzą. Oto grupa ludzi prześladuje, torturuje i ściga grupę jeleni. Jeleń u Malika Sajada - jak mysz u Arta Spiegelmana - to przedstawiciel zagrożonej mniejszości, mieszkaniec Kaszmiru. Nawet styl rysunku wydaje się podobny do Spiegelmana, czujemy tu znajomą kreskę, te same emocje. Artysta z Kaszmiru świadomie nawiązuje do prac swego kolegi z Nowego Jorku. Dlatego Groys ma rację i zarazem racji nie ma. By coś powiedzieć światu, trzeba nauczyć się języka, którym świat się komunikuje. Jednak bywa to komunikat, który potrafi zaburzyć spokój konsumenta multikulturalizmu. Naprawdę nie chodzi w tym wszystkim o to, by zadowolić mieszkańca Zachodu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':