http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Drugi debiut Peppersów

Robert Sankowski
2011-08-29, ostatnia aktualizacja 2011-08-29 15:24

Lipiec 2011 - Red Hot Chili Peppers nagrywają teledysk do nowej piosenki na dachu wieżowca w kalifornijskim Venice
Lipiec 2011 - Red Hot Chili Peppers nagrywają teledysk do nowej piosenki na dachu wieżowca w kalifornijskim Venice
Fot. Splash News Splash News/EAST NEWS

Dziś premiera "I'm With You" - pierwszego od 2006 roku nowego albumu Red Hot Chili Peppers. - Nie ma żadnych wątpliwości - to dla nas nowy początek - mówi o tym materiale wokalista popularnej kalifornijskiej grupy Anthony Kiedis

Koncert Red Hot Chili Peppers na Stadionie Śląskim
Fot. Bartłomiej Barczyk / AG
Koncert Red Hot Chili Peppers na Stadionie Śląskim
Red Hot Chili Peppers na Stadionie Śląskim
Fot. Bartłomiej Barczyk / AG
Red Hot Chili Peppers na Stadionie Śląskim
Red Hot Chili Peppers "I'm With You"
Warner Bros.


- To jest zupełnie inny zespół, choć nazwa pozostała ta sama - wtóruje mu perkusista Chad Smith. - Zmieniamy się po raz kolejny. Rodzimy się na nowo - dorzuca basista Flea. "I'm With You" to pierwszy materiał legendarnego zespołu nagrany z zupełnie nowym muzykiem - gitarzystą i klawiszowcem Joshem Klinghofferem, który dołączył do zespołu dwa lata temu, po tym jak z Red Hot Chili Peppers odszedł jeden z filarów - nagrywający z formacją od końca lat 80. John Frusciante.

To między innymi jego decyzja była powodem, dla którego zespół milczał od wydania w 2006 roku dwupłytowego albumu "Stadium Arcadium". Nigdy wcześniej w historii tej kalifornijskiej grupy przerwa między dwoma kolejnymi płytami nie trwała aż tak długo. Początkowo Peppersi chcieli sobie zrobić tylko roczne wakacje. Mieli za sobą kilka bardzo intensywnych sezonów - od czasu, gdy po paru chudszych latach w 1999 roku longplay "Californication" na nowo umieścił ich w gronie światowych supergwiazd, bez ustanku nagrywali i koncertowali. To, co miało trwać dwanaście miesięcy, przeciągnęło się do dwóch lat. Jak dziś przyznają muzycy, pojawiła się realna groźba, że grupa już nigdy nie powróci.

- Ciągle wisieliśmy na telefonie, rozmawialiśmy i staraliśmy się wyjaśnić sobie nawzajem różne nabrzmiałe problemy. Stało się jasne, że musimy się dobrze zastanowić, czy ten zespół w ogóle ma jeszcze sens. Wiele spraw między nami nie działało tak, jak trzeba. Granie przestało sprawiać nam radość - opowiada Flea w rozmowie z serwisem internetowym Stereogum. Ostatecznie ceną za przetrwanie okazało się odejście Frusciantego. John od wielu lat był współkompozytorem i współtwórcą charakterystycznego brzmienia grupy. Niejeden zespół nie przetrwałby takiej straty. Ale nie Red Hot Chili Peppers. - Zdaliśmy sobie sprawę, że jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa - wyjaśnia Kiedis w wywiadzie dla magazynu "Rolling Stone".



Kalifornijczycy mają doświadczenie w przechodzeniu tak poważnych kryzysów. Kilka razy w swojej historii tracili wyjątkowo ważnych muzyków. - Umieraliśmy już co najmniej parę razy. I zawsze wracaliśmy - mówi Flea.

Po raz pierwszy przeżyli swoją śmierć w 1988 roku. I była to śmierć dosłowna - z przedawkowania heroiny zmarł oryginalny gitarzysta grupy Hillel Slovak. To było coś więcej niż strata muzyka. Hillel, Anthony i Flea byli kumplami ze szkolnej ławki. Paczką przyjaciół, muzycznym gangiem, który napędzał zespół. Na miejsce Slovaka w grupie pojawił się Frusciante. Genialny nastolatek, który dał grupie nową energię i poprowadził Red Hotów do pierwszych komercyjnych sukcesów: nagrał z nimi przełomową dla formacji płytę "Mother's Milk", a potem opus magnum formacji, jeden z kamieni milowych rocka lat 90., wydaną w 1991 roku płytę "Blood Sugar Sex Magic".



Przytłoczony gigantyczną popularnością, jaką nagle zdobyła formacja, John porzucił zespół w połowie azjatyckiej trasy w 1992 roku. Na kilka lat historia Peppersów pogrążyła się w chaosie. Zespół nieustannie szukał właściwego następcy Frusciantego, przez skład przetoczył się cały zastęp instrumentalistów. Formacja stała się nawet obiektem kpin, bo jej perypetie zaczęły przypominać problemy z perkusistą fikcyjnej grupy Spinal Tap - bohatera kapitalnej, obśmiewającej rockowe mity komedii "This Is Spinal Tap". Ostatecznie Red Hoci nagrali w 1995 roku album "One Hot Minute" z Dave'em Navarro znanym z innego giganta kalifornijskiej alternatywy - Jane's Addiction - po czym ostatecznie przeprosili się z Frusciantem.



Zanim John znów pożegnał się z kapelą, zagrał na trzech kolejnych hitowych płytach grupy. Jego drugie rozstanie z Peppersami nie miało aż tak dramatycznego przebiegu. Gdy odchodził na początku lat 90., był uzależniony od heroiny i nawet najbliżsi przyjaciele nie dawali mu większych szans na wyrwanie się z nałogu. Być może życie uratowała mu właśnie decyzja o opuszczeniu grupy. Z dala od presji show-biznesu i kolejnych tras koncertowych rzucił narkotyki i zaczął nagrywać niezwykle interesujące płyty solowe. Obecnie - przynajmniej jeśli wierzyć mediom - decyzja Frusciantego ma wyłącznie artystyczne powody.

"Nie robiliśmy z tego dramatu, a chłopcy z zespołu byli pełni zrozumienia - napisał John na swojej stronie internetowej. - Kocham ten zespół i wszystko, co z nim zrobiłem. Ale mówiąc wprost - moje zainteresowania powędrowały w zupełnie innym kierunku. Nagrywam teraz zupełnie inną muzykę".

Peppersi tym razem szybko zdecydowali się na następcę. Został nim Josh Klinghoffer. Prywatnie przyjaciel Frusciantego, a zawodowo - muzyk z poważnym doświadczeniem. Wzięty sideman, który grał między innymi z Beckiem, PJ Harvey i Trickym. A także z samymi Peppersami - wspierał ich jako drugi gitarzysta i klawiszowiec na ostatniej trasie koncertowej. To, że Josh gra również na klawiszach, mogło okazać się rozstrzygające przy decyzji o jego zatrudnieniu. To właśnie ich brzmienie zespół postanowił bardziej wyeksponować w nowym Red Hot Chili Peppers. - Sporo piosenek napisaliśmy na pianinie, bo Josh komponuje na tym instrumencie. Wiele nowych numerów wzięło więc swój początek od pianina. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiliśmy - wyznaje Flea w rozmowie ze Stereogum.



Ta zmiana to być może klucz do "I'm With You". Już jedno przesłuchanie płyty pokazuje, skąd te wszystkie deklaracje muzyków o "nowym początku" i "całkowicie odmienionej grupie". Być może mają one przygotować fanów na to, co usłyszą. Bo "I'm With You" na pewno ich zaskoczy. Szok? Chyba za dużo powiedziane. Niespodzianka połączona z konsternacją? Bliżej. Zapowiedzią tego, co dzieje się na tej płycie, jest już otwierający album "Monarchy Of Roses". Z nieco hendrixowskiego, gitarowego chaosu nagle wyskakuje nieomal dyskotekowa piosenka. Charakterystyczny funkowy puls basu, z którego słynie Flea, nabiera tanecznego jak nigdy charakteru, a ostatecznym ciosem jest ultrachwytliwy refren. Nie ma wątpliwości - Peppersi próbują wyciągnąć nas na parkiet.

Piosenkowym refrenem uderza też kolejny "Factory Of Faith". Co się dzieje? Niby Red Hot Chili Peppers już od dawna flirtują z popowymi melodiami. Początkiem były ballady w rodzaju niezapomnianego "Under The Bridge" z "Blood Sugar Sex Magic". Na "Stadium Arcadium" tą drogą podążały piosenki w rodzaju uroczego "Snow" czy "Tell Me Baby". Tym razem jednak grupa poszła zdecydowanie dalej. Decydują o tym nie tylko same melodie, lecz także brzmienie "I'm With You". Trzeba powiedzieć to wprost - to nie jest gitarowa płyta. Za czasów Frusciantego gitara wyznaczała kierunek kompozycji Peppersów. Instrument Klinghoffera, często przepuszczony przez różne efekty zniekształcające dźwięk, jest ukryty gdzieś w tle, tworzy raczej dyskretny podkład, niż rwie się do solowych popisów i dyktowania charakteru całym kompozycjom.



W kontekście całej płyty zaskakujący singel "The Adventures Of Rain Dance Maggie" - taneczny, rozkołysany, pozbawiony zdecydowanych gitarowych brzmień, za to obdarzony popowym refrenem - okazuje się sensowną częścią i świetnym reprezentantem większej całości. Takich numerów jest tu więcej. To zresztą niejedyne zaskoczenia na "I'm With You". Finał - "Brendan's Death Song" - brzmi trochę, jakby Peppersi chcieli się ścigać z Kings Of Leon. "Even You Brutus?" to połączenie muzyki starych kapel w stylu Supertramp z nieco broadwayowską, musicalową estetyką. A rytmiczny, oparty na bębnieniu pianina "Happiness Loves Company" brzmi bardziej jak pastisz niż piosenka nagrana na serio.

Trudno odbierać grupie grającej ze sobą tak długo prawo do zmian i eksperymentów. Warto jednak zapytać, dokąd mają one prowadzić. Zadziwiające, ale mimo tych wszystkich zabaw brzmieniami, tanecznych rytmów i wpadających w ucho melodii po pierwszych przesłuchaniach "I'm With You" w pamięci zostaje zaskakująco mało. Można dać tej płycie kolejną szansę. Ale można też mówić o rozczarowaniu. W sumie nie ma się co dziwić. Red Hot Chili Peppers grają już prawie 30 lat. Po trzech dekadach nie są już alternatywną kapelą wyznaczającą nowe trendy. Bardziej przypominają grupę w rodzaju The Rolling Stones pokolenia kalifornijskiego undergroundu. A przecież Stonesi w swojej dyskografii też mają co najmniej kilka mniej udanych albumów.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':