Linda Polman "Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej"przeł. Ewa Jusewicz-Kalter, Czarne, Wołowiec Niedługo po zakończeniu brutalnej wojny domowej w Liberii - małym kraju w Afryce Zachodniej - duża międzynarodowa organizacja humanitarna przywiozła tam transport wózków inwalidzkich. Nowiutkie wózki rozdano tym, którzy stracili nogi albo zostali sparaliżowani w czasie wojny.
Już po kilku dniach pojawiły się na ulicach stolicy kraju Monrovii w wersji nieco przerobionej: jako wózki z lodami i przewoźne sklepiki. Obsługiwali je handlarze, którzy nie mieli żadnych kłopotów z nogami. Inwalidzi nadal żebrali, czołgając się po dziurawych chodnikach.
Jak to się stało?
"Urzędnicy rozdzielili wózki inwalidzkie między rodzinę i znajomych, a ci z kolei wynajęli je małym indywidualnym przedsiębiorcom" - pisze holenderska reporterka Linda Polman w książce "Karawana kryzysu".
Chętnie wierzę w tę anegdotę. Zapewne jest, jak wiele innych w książce Polman, prawdziwa (jest też parę wątpliwych, ale do tego dojdziemy). W wyjaśnienie muszę jednak uwierzyć na słowo. Możliwe, że winni byli skorumpowani urzędnicy. Nie wierzę jednak, że jakakolwiek organizacja międzynarodowa rozdała tak drogie wsparcie bez kontroli. Bardziej prawdopodobne, że wózki wynajęli sami inwalidzi. Stały dochód z wynajmu bardzo im się przydał - w Liberii nie ma żadnych rent czy zasiłków. A żebrak czołgający się po ziemi wzrusza przecież bardziej niż inwalida na wózku - więc jeżdżenie na nim po mieście zupełnie się nie opłaca. Pomijam już, że po żadnym mieście afrykańskim na wózku nie da się łatwo poruszać!
Inwalidzi nie zrezygnowali więc z pomocy. Po prostu wykorzystali ją w sposób, który był bardziej racjonalny z ich punktu widzenia od tego, jaki wymyślili - nie znając realiów - zachodni filantropi.
Mordercy w swoich pięknych domach Ta historyjka pokazuje kłopot, jaki mam z książką Polman o pomocy humanitarnej. Jak wiele książek mających źródło w odruchu moralnego oburzenia, upraszcza obraz świata i wskazuje jednego winnego "totalnej moralnej katastrofy" (tytuł jednego z rozdziałów). To organizacje niosące pomoc humanitarną. Ta książka to wielki akt oskarżenia skierowany przeciwko nim: są cyniczne i skorumpowane, ich pracownicy pławią się w luksusie i wydają pieniądze na prostytutki, nie pomagają, komu trzeba, pomagają kosztownie i bez sensu, a "przy okazji" wspierają dyktatorów i watażków... Lista jest długa.
Jak to często bywa w takich sytuacjach, mamy tu wymieszane zarzuty prawdziwe, częściowo prawdziwe i całkowicie absurdalne. Takie, które mogą być wiarygodne tylko w oczach czytelnika nieznającego kontekstu, w jakim działają ludzie niosący pomoc humanitarną.
Źródło moralnego oburzenia autorki łatwo odkryć. W 1995 r. Polman pojechała do Gomy, kongijskiego miasta nieopodal granicy z Rwandą. W obozie w Gomie zebrały się setki tysięcy Hutu, którzy uciekli z Rwandy przed zemstą Tutsi (wcześniej mordowali Tutsi w ciągu kilkutygodniowej orgii zabijania). W Rwandzie tzw. wspólnota międzynarodowa sromotnie zawiodła - Zachód nie zrobił nic, chociaż świetnie wiedział o szykowanych masakrach. Kontyngenty wojsk europejskich wycofały się z kraju, zostawiając tysiące ludzi na pastwę morderców.
W Gomie osiadło 750 tys. Hutu, w tym wielu z tych, którzy wcześniej brali udział w zbrodniach. Warunki były straszne - w sumie zmarło około 50 tys. Hutu, przede wszystkim z powodu epidemii cholery. Ciała chowano za pomocą buldożerów w masowych grobach. Ponieważ było tam otwarte i bezpieczne lotnisko, świat szybko dowiedział się o katastrofie - i w poczuciu winy za bezczynność, którą okazał rok wcześniej, wysłał gigantyczną pomoc.
W kwietniu 1995 r. Polman zobaczyła obóz Hutu, który w ogóle nie przypominał telewizyjnych scen nędzy: "Kruszące się ścieżki zostały zamienione za pomocą buldożerów w bulwary przecinające dzielnice >>mieszkalne<< i >>biznesowe<<. Po obu stronach Boulevard de la Egalité, Rue de la Solidarité i Avenue de la Fraternité stały chaty, które od czasu przybycia Hutu z każdym kolejnym miesiącem stawały się coraz wygodniejsze i wyglądały teraz na niezniszczalne. Niektóre miały aż trzy piętra i były dekoracyjnie obrośnięte winoroślą. Sprawiały wrażenie przeznaczonych do permanentnego zamieszkania. Wulkaniczna ziemia Gomy była twarda, ale żyzna. Na poletkach ograniczonych kawałkami zastygłej lawy mieszkańcy obozu uprawiali ziemniaki, kapustę, fasolę i banany. Inni zajmowali się hodowlą kóz i kur, a niemal przed każdym domem widniał ozdobny ogródek z kwiatami".
Co w tym złego? Że organizacje międzynarodowe niosły pomoc humanitarną także mordercom. W obozie działały radiostacje nawołujące do zabijania "karaluchów" - czyli Tutsi. Polman: "Uciekając do Gomy, w wypełnionych samochodach i ciężarówkach, na wózkach ręcznych, taczkach i na bagażnikach rowerów i motorowerów, Hutu zabrali ze sobą wszystko, co w ich ojczyźnie nie było przytwierdzone do gruntu. Najpierw zamordowali właścicieli. Płaty blachy falistej z rwandyjskich dachów, drzwi, meble, materace, muszle toaletowe i umywalki, wszystko zostało przytaszczone do obozów dla uchodźców. Za sobą ciągnęli skradzione krowy i kozy".
Oczywiście nie było mowy o tym, żeby kogokolwiek pociągnąć do odpowiedzialności. Polman zobaczyła cynicznych pracowników organizacji pozarządowych, którzy świetnie wiedzieli, co się dzieje, ale nie robili nic, bo ich organizacje dostały kontrakty. I którzy przywozili samolotami wodę do picia z Europy (co akurat wydaje mi się mało prawdopodobne, choć nie udało mi się tego zweryfikować). Polman wyjechała z Gomy przekonana, że to, co tam zobaczyła, jest moralnym skandalem.
Te okropne, niewdzięczne ofiary Czy naprawdę był to skandal? Spróbujmy spojrzeć na sytuację bez emocji. Tysiące starców, kobiet i
dzieci umierało na cholerę w Gomie. Wśród nich byli ich synowie, mężowie i ojcowie - którzy parę miesięcy wcześniej zabijali Tutsi maczetami. Czy dlatego należało zostawić cywilów bez pomocy? Nie było, oczywiście, żadnych praktycznych możliwości oddzielenia morderców od niewinnych. Czy większym skandalem było zatem pomaganie tym, którzy umierali na cholerę - w tym paru mordercom - czy pozostawienie wszystkich, w tym niewinnych, tragicznemu losowi?
Polman zupełnie ignoruje to pytanie. Zupełnie tak, jakby - skoro świat nie pomógł zabijanym Tutsim - teraz w imię jakiejś niedorzecznej i dziwacznej moralnej równowagi powinien powstrzymać się od pomocy umierającym Hutu.
Odpowiedzialność za całą sytuację, dodajmy, ponoszą politycy, o których w książce Polman nie ma ani słowa. To oni zdecydowali, żeby nie wysyłać wojska do Rwandy. To oni zdecydowali, w jaki sposób mają być karani winni ludobójstwa (ostatecznie przynajmniej niektórzy stanęli przed międzynarodowym trybunałem, czego się zresztą od autorki nie dowiemy). To oni wyznaczyli organizacjom pozarządowym - zwłaszcza agendom ONZ - ramy, w których mogły działać. To oni dają pieniądze i stawiają warunki. Tymczasem według amerykańskiej reporterki całą odpowiedzialność za "moralny skandal" w Gomie ponoszą organizacje niosące pomoc humanitarną!
Drugi problem Polman ma z odbiorcami pomocy. Jak wie każdy, kto zajmował się pomocą społeczną, ludzie biedni, zmarginalizowani i cierpiący często wcale nie są sympatyczni ani wdzięczni, ale wkurzający, obcesowi, roszczeniowi i niemili. Sprawiają wrażenie, że wcale pomocy nie chcą. Kiedy w lutym tego roku zbierałem w Ugandzie materiały do reportażu o malarii, która zabija tam co roku tysiące małych dzieci, opowiadano mi, do czego się używa rozdawanych przez organizacje pozarządowe moskitier.