"Notatnik Teatralny", nr 62-63/2011 To już drugi monograficzny numer wrocławskiego pisma poświęcony Warlikowskiemu, obok Krystiana Lupy najważniejszemu dzisiaj twórcy teatralnemu z Polski. Poprzedni ukazał się w 2003 r., kiedy gwiazda Warlikowskiego dopiero zaczynała świecić, a jego spektakle wciąż walczyły o akceptację publiczności i krytyków. Nikomu się nie śniło, że pod koniec dekady Warlikowski, potępiany za radykalizm, zostanie dyrektorem własnego teatru w
Warszawie, a jego przedstawienia będą współprodukowane przez cenione europejskie teatry i festiwale, m.in. Théâtre National de Chaillot w Paryżu, Schaubühne w Berlinie czy festiwal w Awinionie. Że z "barbarzyńcy" stanie się klasykiem, którego kąsać będzie nowe pokolenie twórców. Oraz że pojawi się jako postać teatralna w politycznej burlesce "Tęczowa Trybuna 2012" Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki, którzy zarzucą mu, że nie walczy o prawa mniejszości seksualnych.
Nowy, podwójny numer obchodzącego 20-lecie "Notatnika" pokazuje drogę Warlikowskiego od enfant terrible polskiego teatru do czołowego reżysera europejskiego. Jego zasadniczą częścią jest kronika twórczości w świetnym opracowaniu Katarzyny Sobolewskiej. Przypomina miażdżące recenzje, zresztą nie tak dawne: "niezborna seria niefortunnych gagów i niezrozumiałych rozwiązań scenicznych", "spektakl całkowicie pozbawiony myśli i dobrego smaku", "trzygodzinny gniot". Trudno tu nie przytoczyć zdania prof. Janusza Deglera, który premierę "Oczyszczonych" z 2001 r. - przełomową w najnowszej historii polskiego teatru - skwitował zdaniem: "To chwilowa
moda, po której nic istotnego nie zostanie" (spektakl jest grany do dzisiaj). Albo tej autorstwa Jacka Marczyńskiego z "Rzeczpospolitej", który zarzucał Warlikowskiemu, że w operze "nie potrafił przekazać solistom ani jak wyznawać miłość, ani jak pokazać potęgę władzy, ani jak zabić zdrajcę".
Dzisiaj zbladły dawne spory: o nagość, nieortodoksyjne czytanie klasyki, poruszanie tematów tabu. Zmienił się też sam Warlikowski. W miejsce zamkniętych sztuk realizuje otwarte kolaże zbudowane z fragmentów prozy, dramatów, reportaży, piosenek, nadając przedstawieniom unikalną formę osobistych wypowiedzi. Nie znaczy to jednak, że przestał irytować - ostatnie przedstawienie "Koniec" wywołało znów sprzeczne opinie. Jedni widzą w nim objawienie nowego języka teatralnego, inni - objawy kryzysu. Ci ostatni wskazują na rozdźwięki wewnątrz zespołu Nowego Teatru, czego dowodem ma być rezygnacja dwójki jego stałych aktorów - Andrzeja Chyry i Magdaleny Cieleckiej - z udziału w najnowszej produkcji.
Nawet jeśli jest to kryzys, to taki, o jakim pisze na łamach "Notatnika" Georges Banu. Francuski teatrolog przypomina kryzysy twórcze innych wielkich europejskiego teatru: Brooka, Grotowskiego, Kantora. Jednych wyprowadziły poza teatr, innym pomogły wykrystalizować nowe idee i język. Czy Warlikowski również przewartościuje swoje rozumienie teatru? Można się będzie o tym przekonać już jesienią, na premierze "Opowieści afrykańskich według Szekspira" zaplanowanej najpierw w belgijskim Liege, potem w Warszawie. Po literaturze antyku i XX wieku reżyser wraca do swego ulubionego autora.
Anna Wojciechowska w "Notatniku" analizuje scenariusz niewystawionego jeszcze spektaklu oparty na trzech sztukach: "Królu Learze", "Otellu" i "Kupcu Weneckim" oraz na fragmentach "Lata" J.M. Coetzeego. Motywem wspólnym ma być wojna córek z ojcami, okrutna wojna na śmierć i życie Desdemony, Goneryli, Regany, Porcji, które walczą o prawo do wolności i równouprawnienia. "Gromadzona latami, pokoleniami wściekłość wylała z brzegów, nie tylko uzdrawiając, ale i niszcząc. Ani kobiety, ani mężczyźni nie byli na to przygotowani, dlatego ich spotkanie, wzajemne definiowanie zaczęło w skrajnych przypadkach przybierać formę walki, manifestacji, agresywnego wchodzenia na pola do tej pory przypisane mężczyźnie".
Wcześniej Warlikowski wprowadził do polskiego teatru inne drażliwe tematy: kwestię seksualnej tożsamości w "Oczyszczonych", pamięć Holocaustu w "(A)Polonii" i "Dybuku", rozliczenia z utopią społecznej rewolucji w "Burzy" czy homofobię w "Aniołach w Ameryce". Z tego punktu widzenia ciekawe są różnice w recepcji jego spektakli w Polsce i za granicą, o których piszą zagraniczni obserwatorzy kariery reżysera: Alicja Binder, Georges Banu i Thomas Irmer. O ile we Francji czy Niemczech Warlikowskiego zawsze postrzegano jako twórcę związanego blisko z polską tradycją i współczesnością, o tyle polska krytyka dostrzegała w jego spektaklach przede wszystkim aspekt uniwersalny i kosmopolityczny. Zdaniem Grzegorza Niziołka Warlikowski "odcina się od powszechnie doświadczanego w Polsce kompleksu >>gorszej Europy<<, buduje swój wizerunek ucznia najwybitniejszych reżyserów europejskiego teatru, porusza się w kręgu źródłowych tradycji dramatycznych i teatralnych (antyk, Szekspir), omija kluczowe dla polskiej kultury wątki (romantyzm, Wyspiański), sięga po najbardziej prowokacyjną współczesną dramaturgię europejską (Koltes, Kane). Nie pociągają go ani >>Dziady<<, ani dwudziestowieczna literatura polska, zbyt uwikłana w kwestie polityczne, które - zdaniem Warlikowskiego - straciły aktualność. Dlatego wybiera Greków i Szekspira - mistrzów teatru, >>czystych i wiekuistych<<".
Tymczasem teksty o zagranicznej recepcji Warlikowskiego pokazują coś zgoła przeciwnego: francuska prasa nazywa go "symbolem nowej Polski", postrzega jego spektakle w kontekście polskiego katolicyzmu i historii, przypisuje reżyserowi intencję "obudzenia świadomości kraju", "zadawania bolesnych, niewygodnych pytań". Po francuskich pokazach "Kruma", skądinąd sztuki niezawierającej bezpośrednich odniesień do polskiej rzeczywistości,
dziennik "L'Express" pisał: "Warlikowski ciągnie za sobą swoje demony. Demony Polski jednocześnie nawiedzanej przez cienie przeszłości i zwodzonej czarem liberalizmu". Podobne reakcje wywołały także "Anioły w Ameryce". Spektakl według dramatu Tony'ego Kushnera o początkach epidemii AIDS odebrano w Polsce jako opowieść o samotności i erozji uczuć, tymczasem w Paryżu i Awinionie działał jak polityczna bomba. "Tylko ktoś będący świadkiem przeszłej i nowej Polski, reżyser świadomy wagi historii, jaka zaważyła na ludzkich losach, mógł udzielić zdezorientowanej publiczności tego festiwalu podobnej lekcji na temat istnienia" - podsumował pokazy w Awinionie krytyk "Téléramy" i dodał, że
Polska pozostaje dla reżysera stałym punktem odniesienia: "Artysta europejski, ale nierozłącznie polski, nigdy jeden bez drugiego".
Ten kierunek interpretacji potwierdza sam reżyser w cytowanych w "Notatniku" wywiadach: "Teatr nie jest sztuką kosmopolityczną. Czuję się stworzony do pracy w Polsce. (...) Rozumiem sytuację w Polsce i reaguję na nią w przedstawieniach". A we francuskim wywiadzie mówi: "W Warszawie można jeszcze marzyć, płakać. Potrzebuję Warszawy, tego gigantycznego cmentarza, gdzie niestety nie było już Żydów ani inteligencji, kiedy tam przyjechałem. W Warszawie czuję się odpowiedzialny za nasz podupadły, zagubiony, nędzny naród, przeinaczony na skutek wojny, antysemityzmu, komunizmu. Trzeba mu pomóc odnaleźć tożsamość, pamięć".