http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

W niedzielę 90. urodziny wybitnej poetki Julii Hartwig

red
2011-08-13, ostatnia aktualizacja 2011-08-16 13:19

Czytając bardzo dobre wiersze, z jednej strony jestem onieśmielona, ale z drugiej - nabieram ochoty, żeby pisać, żeby znaleźć się w gronie wielkich poetów - Julia Hartwig opowiada o swoim dzieciństwie, wojnie, rodzinie i poezji

Julia Hartwig (ur. 1921 r. w Lublinie) - poetka, eseistka, tłumaczka, autorka książek dla dzieci. Debiutowała zbiorem wierszy
Fot. Anna Bedyńska
Julia Hartwig (ur. 1921 r. w Lublinie) - poetka, eseistka, tłumaczka, autorka...
Wisława Szymborska i Julia Hartwig
Fot. Paweł Ulatowski / AG
Wisława Szymborska i Julia Hartwig
SERWISY
O rodzinnym Lublinie

Stare Miasto zadziwiało swoją odrębnością, tam mieszkali zarówno bogaci mieszczanie, jak i biedota żydowska. Miało w sobie atmosferę obrzędowości: myślę o sobotnich światłach świec w oknach żydowskich, a także o procesji Bożego Ciała. Inne wspomnienia są późniejsze - gdy mój brat Edward zaczął fotografować Lublin. Jego pierwszy krok ku fotografii wynikł z tego, że nagle zrozumiał, gdzie jest i co widzi. To było piękne, uległ czarowi miasta, bo przecież miłość to także rodzaj poznania.

Spośród nas to Edward dał temu miastu najwięcej - zostawił piękne zdjęcia, wydawał albumy. Upoetyzował Lublin jak Józef Czechowicz w poezji. Nasz ojciec Ludwik założył w Lublinie zakład fotograficzny, to on nauczył Edwarda rzemiosła.

O matce i jej samobójstwie

Szukałam przyczyn i sprawców, ale nie znalazłam. I miałam ogromny żal - w końcu byliśmy my, dzieci, a ona nas zostawiła. Pozostało mi myśleć, że musiała to być dla niej konieczność absolutna. Na pewno wielką zgryzotą było oddalenie od rodziny. Ojciec miał dwa zakłady fotograficzne w Moskwie, tam się poznali. Dobrze im się powodziło, ale wybuchła rewolucja bolszewicka, więc uciekli. Dla ojca był to powrót do kraju, dla niej - rozstanie z najbliższymi, i to na zawsze. Starała się później o wyjazd do Rosji, ale nie dostała paszportu. Pochodziła z domu starowierów, mam do tej pory zachowane zdjęcie jej rodziny - bardzo sympatycznie się przedstawiają, po czechowowsku. Siedzą za stołem w ogrodzie, mają ładne, inteligentne twarze, brodaty dziadek wygląda jak patriarcha. Mama ogromnie za nimi tęskniła, a w dodatku rzadko miała okazję nawet porozmawiać po rosyjsku, bo w Polsce tuż po odzyskaniu niepodległości było to źle widziane.

Nie eksponowała swojej religijności. Zachodziła tak samo do kościoła, jak i do cerkwi, ale mnie do cerkwi zabierała tylko od wielkiego święta, zwłaszcza na Wielkanoc, która u prawosławnych obchodzona jest najbardziej uroczyście. Pamiętam, jak od stania na długim nabożeństwie bolały mnie nogi, pamiętam zapach kadzideł i wspaniałe chóry powtarzające wciąż te same motywy modlitwy.

O przyjaźni z Anną Kamieńską

Od kiedy miałyśmy po 14 lat, pisałyśmy razem z Anią Kamieńską. Często u niej bywałam i pokazywałyśmy sobie te pierwsze, pożal się Boże, utwory. Byłyśmy też redaktorkami pisma międzyszkolnego, które ukazywało się w normalnym druku i trafiało do dorosłych odbiorców. To w nim miałam poetycki debiut.



Na podziemnym uniwersytecie

Zgłosiłam się na polonistykę i na wykład z filozofii. Wykłady odbywały się w grupach cztero-, sześcioosobowych, w małych pokoikach. Miałam szczęście trafić do najlepszych profesorów: Tatarkiewicza, Kotarbińskiego, Ossowskiej, Krzyżanowskiego. A na wykładzie Kotarbińskiego byłam z późniejszymi filozofami - Klemensem Szaniawskim i Jerzym Pelcem. Profesorowie stanowili niezwykłe, całkiem odrębne osobowości. Tatarkiewicz był wzorem salonowej uprzejmości i szyku. Zawsze świetnie ubrany, mówił pięknie i klarownie, wspaniałą polszczyzną. Kotarbiński budził respekt powagą, mocną posturą i sumiastymi wąsami. Z kolei profesor Ossowska była jakby uosobieniem wykładanego przez siebie przedmiotu - etyki. Trudno było sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek inny mógł prowadzić te zajęcia. Natomiast wyróżniającą cechą Krzyżanowskiego była ironia. Na jego kurs chodziło ze mną dwóch poetów - Chmura i Topornicki, czyli Stroiński i Gajcy. Gdybyśmy chodzili razem na wykłady dłużej, ze Stroińskim próbowałabym się zaprzyjaźnić.

Pierwsze spotkanie z Miłoszem

Zastukałam, otworzył mi Miłosz, domowo ubrany - przerwałam im chyba wtedy jakieś małżeńskie wygrzewanie na słońcu. Dostałam herbaty i ciasteczko, pokazałam mu wiersze. Miałam tremę, ale on się zachował łagodnie. Na pochwały nie miałam co liczyć, bo z natury nie był do nich skłonny. Spojrzał na moje teksty i powiedział mniej więcej coś takiego: "A, o miłości... Miłość to nie jest temat na wiersze". Strasznie mnie tym zaskoczył, ale po jakimś czasie zrozumiałam, o co mu chodziło.

Po wojnie

Entuzjazm, owszem, był, ale głównie po stronie pisarzy, którzy przyszli z 1. Armią, takimi jak: Putrament, Ważyk, Pasternak, później Jastrun. Odbywało się coś w rodzaju łapanki na młodych, opublikowano wówczas nasze wiersze w słabiutkiej antologii poetów lubelskich. Mnie jednak trudno było się poddać nastrojom, ponieważ zaraz po wejściu Armii Radzieckiej został aresztowany mój brat Edward. Wywieziono go do obozu i zwolniono dopiero po półtora roku. To było bardzo bolesne przeżycie, które mnie wtedy wypełniło prawie bez reszty.

Uczęszczałam na KUL, ale krótko. Już w '46 roku pojechałam do Krakowa na romanistykę, a po roku do Łodzi, gdzie zaproponowano mi prowadzenie kroniki literackiej prasy francuskiej w "Kuźnicy", piśmie marksistowskim, ale ciekawym, z wybitnymi osobowościami, takimi jak: Hertz, Rudnicki, Brandys czy Jastrun. Był tam również Ważyk, który powierzył mi przekłady niektórych wierszy do swojej antologii poetów francuskich. To były moje pierwsze próby przekładowe, wyróżnione zresztą później przez Miłosza.

O mężu Arturze Międzyrzeckim

Był pogodny, a równocześnie niósł za sobą niepokojącą mnie przeszłość, tę z czasów zsyłki w głąb ZSRR, a potem kampanii włoskiej i bitwy pod Monte Cassino. Niechętnie o tym mówił. Najbardziej dramatyczna opowieść, jaką mi zostawił, pochodziła z czasów, kiedy w Rosji dowiedział się o mobilizacji i podróżował uczepiony drzwiczek wagonu, żeby się zaciągnąć. Ktoś próbował go zepchnąć, chorował na tyfus. Był w tych opowieściach ogromny dramatyzm, a również wdzięczność i sympatia do Rosjan, którzy mu pomogli w chorobie i którzy przyjmowali go, nieznajomego, na noc. W "Opowieściach mieszkańca namiotów" opisał swój pobyt w armii w Afryce Północnej - na przemian lirycznie i ze wzruszeniem.

Kiedy się pobieraliśmy, oboje byliśmy poetami i mieliśmy dość znane nazwiska. Było wiadomo, że będziemy kontynuować naszą pracę. Ale to był normalny dom: posiłki, dziecko, muzyka, praca. Wielu ludzi u nas bywało, dobrze się tu czuli. Wtedy się przyjmowało ludzi kolacją czy obiadem, dzisiaj już nie ma takiego obyczaju. Teraz trzeba się zapowiedzieć, żeby nie wywołać konfuzji. Wiedliśmy życie towarzyskie, Artur był pogodnym, świetny rozmówcą. Towarzyszyłam mu, bo nie znosił wychodzić beze mnie. Potem wieczorem rozmawialiśmy, wypijaliśmy kieliszek wina. Zawsze byliśmy razem. Ale nie było tak, że dom nasz zainfekowała - że tak powiem - poezja. O poezji rzadko się rozmawiało. Nie odczuwaliśmy takiej potrzeby.

Z poetyckiego punktu widzenia byliśmy odmienni i każde z nas było zagłębione w tym, co robiło. Kiedy wydałam tomik "Czułość", powiedziałam Arturowi: "Ty właściwie nic mi nie mówiłeś o tym tomiku. Czy ty go czytałeś?". On odparł: "To ja ci napiszę na kartce, które wiersze mi się podobały". I dostałam kartkę, na której były prawie wszystkie wiersze.

Dla naszej córki Danieli napisaliśmy wspólnie trzy książki - zgodnie z jej coraz to wyższym wiekiem. Kiedy w bibliotece szkolnej jedna z jej koleżanek wzięła te książki do ręki, a Daniela rzuciła: "To napisali moi rodzice", koleżanka nie uwierzyła, po prostu stuknęła się w głowę, taki fakt wydawał się jej nieprawdopodobny.

Siadaliśmy, ustalaliśmy fabułę, dzieliliśmy się rozdziałami, pisaliśmy, a potem porządkowaliśmy całość. No, to był jedyny taki przypadek w naszej pracy. Dużo było w tym elementu zabawy.

O poezji

Wiersz jest moją komunikacją ze światem, z innymi, choć brzmi to troszkę paradoksalnie, zwłaszcza w odniesieniu do klasyki, bo przecież co mają wspólnego Rimbaud czy Baudelaire ze światem współczesnym. A jednak zarówno oni, jak i Iwaszkiewicz czy niektórzy poeci amerykańscy ze starej gwardii coś mówią mi o tym, co chcę wiedzieć, albo naprowadzają mnie na jakiś trop. I jest wręcz tak - nie wstydzę się tego powiedzieć - że czytając bardzo dobre wiersze, z jednej strony jestem onieśmielona, ale z drugiej - nabieram ochoty, żeby pisać, żeby znaleźć się w tym gronie. Po prostu czuję bliskość poetów, czuję, że łączy mnie z nimi jakieś braterstwo. Nawet gdyby oni nie chcieli mieć ze mną nic wspólnego, bo dopuszczam i taką myśl.

O życiu

Mimo tylu strat, tylu chwil trudnych i przeżytych wojen uważam swoje życie za szczęśliwe i spełnione. Miał w tym swój udział zachwyt nad światem i nad prawdziwą sztuką.

Wypowiedzi Julii Hartwig z wywiadów: Małgorzaty Szlachetki "Ulec czarowi miasta" (GW Lublin 09/06/2011), Donaty Subbotko "Ośmieliłam się otworzyć" (DF 28/05/2009 - cały wywiad można przeczytać tutaj) oraz Jarosława Mikołajewskiego "Największe szczęście, największy ból" (WO 26/03/2005). Wywiady w całości do przeczytania na www.wyborcza.pl/kultura

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3
  • 1
  • 3
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':