Nazywam się Marcus. Rodzice wybrali to imię w hołdzie dla pierwszego czarnoskórego, który odważył się powiedzieć, że jeśli biali nie zaczną nas szanować w Ameryce, to wróćmy do Afryki i tam stworzymy swój nowy świat
Rozmowa z Marcusem Millerem, basistą, kompozytorem, który 20 sierpnia zagra na festiwalu Solidarity of Arts w Gdańsku
Tomasz Handzlik: Pamiętasz pierwsze spotkanie z Milesem Davisem?
Marcus Miller: Miałem 21 lat, pracowałem jako muzyk sesyjny w Nowym Jorku. Pewnego dnia zadzwonił Miles. Nie znaliśmy się wcześniej, a on jak gdyby nigdy nic zaprosił mnie na nagranie. I to prosto do studia Columbia. Tak nagraliśmy album "The Man with the Horn".
Marcus Miller podczas koncertu "Możdżer+" na Solidarity of Arts 2010
W 1983 roku Davis po raz pierwszy przyjechał do Polski. Nie było cię wtedy w jego zespole.
- Rozstaliśmy się kilka miesięcy przed tą trasą. Chciałem się skupić na własnej karierze. Do 1983 r. nagrałem z Milesem trzy płyty, zagrałem setki koncertów.
Więc to nie był strach przed wyprawą za żelazną kurtynę?
- Wiem, że ten koncert był dla was, Polaków, bardzo ważny. Tuż po stanie wojennym, w czasach walki z komuną. Miles grał nawet w Moskwie. I ja pewnie też bym się odważył, ale byłem już wtedy zajęty własnymi projektami.
Miles nie bał się podróży do Europy Wschodniej?
- On nie bał się niczego. Był odważny i otwarty. I to pewnie również dzięki tej otwartości na świat udało mu się zdobyć status muzycznego rewolucjonisty. A prywatnie? Wielu muzyków może potwierdzić, że wcale nie był taki straszny, jak się o nim mówi. Był świetnym kumplem i wyluzowanym facetem. Miał kapitalne poczucie humoru. A jeśli kogoś naprawdę polubił, traktował go niemalże jak część rodziny.
W swojej autobiografii opisał prześladowania afroamerykanów przez nowojorską policję.
- W latach 50. i 60. traktowano nas jak śmieci - czarny równa się narkoman. Nie mieliśmy prawa wejść do restauracji, o spojrzeniu na piękną białą kobietę już nie wspominając. Policja zatrzymywała nas na każdym kroku, najczęściej zupełnie bezpodstawnie. Było bardzo ciężko, ale znalazło się parę osób, które próbowały z tym walczyć. To byli mocni ludzie, którzy nie dawali się stłamsić. Miles był jednym z nich. Łamał te wszystkie wymyślone przez białych zakazy, za co oczywiście słono płacił.
Nienawidził białych?
- Został kilkakrotnie pobity przez białych policjantów, kilka razy wsadzili go do więzienia. Ale nie zmiękł. I nie stał się rasistą. To byłoby nie do pojęcia.
Czarnoskórych łączyła wtedy szczególna więź?
- Niezwykła. W Montgomery w stanie Alabama istniało niepisane prawo, wedle którego jadący do pracy czarni mogli usiąść w autobusie jedynie z tyłu, na ostatnich fotelach. Jeśli autobus był pełny, musieli odstępować swoje miejsca białym pasażerom. Pewnego dnia do Montgomery przybył Martin Luther King. Skrzyknął wszystkich czarnych i rozpoczęli bojkot autobusów. Chodzili do pracy na piechotę. Wkrótce firma przewozowa zaczęła ponosić takie straty, że biali ustąpili: "Siadajcie, gdzie chcecie". Dzięki Kingowi, który pomógł uświadomić ludziom, że działając wspólnie, można osiągnąć najtrudniejsze cele, rozpoczęła się batalia o równouprawnienie.
W takich warunkach czarnym muzykom ciężko było pewnie zaistnieć?
- Bardzo ciężko, zwłaszcza że ludzie kierowali się stereotypami. A rzeczywistość, według której mieliśmy być dilerami albo narkomanami, kreowali ludzie, którzy nic o nas nie wiedzieli.
Czarnoskóra społeczność podzieliła się wtedy na dwie grupy. Jedna działała według myśli Martina Luthera Kinga, który walcząc o równouprawnienie, dążył do tego, byśmy mogli żyć i współpracować z białymi. Druga grupa chciała się odseparować, ale mieć zagwarantowane te same, co biali, prawa. Kierował nią Malcolm X, który mówił: "Nie potrzebujemy białych, chcemy po prostu móc stworzyć własną społeczność i gospodarkę".
Podziwiałem go za odwagę i inteligencję, ale bardziej przemawiała do mnie wizja Luthera Kinga.